Wnuczka pokazała mi w telefonie profil synowej. Zdjęcie mojego salonu - fotel Stefana, moje firanki, mój fikus - i podpis: „nasze przyszłe gniazdko, jeszcze trochę cierpliwości". Pierwszy komentarz: „a kiedy parapetówka?".
Zuzia miała wtedy taką minę, jakby nie wiedziała, czy się śmiać, czy płakać. Dziesięć lat, wielkie oczy, telefon matki podkradziony pod pretekstem gierki. - Babciu, a co to znaczy „gniazdko"? To nasze mieszkanie, prawda? - zapytała. Przytaknęłam, bo głos mi się gdzieś schował między żebrami.
Nazywam się Halina, mam sześćdziesiąt osiem lat i od czterech jestem wdową. Stefan odszedł w styczniu, cicho, we śnie, jakby nie chciał robić kłopotu.
Zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu na Pradze, z fikosem, którego Stefan pielęgnował trzydzieści lat, z jego fotelem, z zapachem Old Spice'a w szafie, którego nie potrafiłam się pozbyć.
I z synem Markiem, który od tamtego czasu dzwonił coraz częściej - nie żeby zapytać, jak się czuję, ale żeby sprawdzić, jak się czuje mieszkanie.
Marek ma czterdzieści dwa lata, pracuje jako elektryk, dobrze zarabia. Żona Patrycja jest młodsza o dziesięć lat, prowadzi coś w internecie - blog, profil, nie wiem jak to się nazywa. Mieszkają w wynajmowanym dwupokojowym na Targówku, razem z Zuzią i młodszym, Kubusiem. Ciasno, wiem. Ale czy to znaczy, że moje mieszkanie jest już do wzięcia?
Bo widzicie, to nie był pierwszy sygnał. Tylko że ja - jak to stara kobieta - tłumaczyłam sobie wszystko dobrymi intencjami.
Pół roku po pogrzebie Stefana Patrycja przyszła z miarką budowlaną. - Sprawdzam tylko, mamo, bo Marek chciał wiedzieć, czy ta szafa zmieści się w waszym przedpokoju - powiedziała z uśmiechem. Szafa, owszem, stała u nich i się nie mieściła. Ale Patrycja mierzyła nie tylko przedpokój. Słyszałam, jak w sypialni otwiera drzwi szafy Stefana, jak kroczy po kuchni, licząc kroki. Pomyślałam wtedy: dziewczyna się po prostu interesuje. Może chce pomóc mi przestawić meble.
Potem były pytania Marka przy niedzielnym obiedzie. Czy nie jest mi za dużo sprzątania. Czy nie boję się sama w nocy. Czy nie pomyślałam o czymś mniejszym, wygodniejszym, bliżej przychodni. - Mamo, są takie ładne kawalerki na Grochowie, z windą, nowe - mówił, nakładając sobie dokładkę bigosu. - Byłoby ci wygodniej.
- Mnie jest wygodnie tutaj - odpowiadałam. I zmieniałam temat.
Ale Marek nie zmieniał. Przy kolejnej wizycie przyprowadził kolegę, Darka, który „tak się składa" jest z agencji nieruchomości. Darek pił herbatę, chwalił widok z okna, pytał o metraż. Siedemdziesiąt dwa metry, trzecie piętro, rozkładowe, okna na dwie strony. - Piękne mieszkanie, pani Halino. W tej okolicy to ze cztery tysiące za metr - powiedział, jakby mi robił komplement.
Nie powiedziałam wtedy nic. Wieczorem długo siedziałam w fotelu Stefana. Dotykałam wytartych podłokietników i myślałam: czy ja jestem nierozsądna? Może Marek ma rację. Może starej kobiecie nie potrzeba trzech pokoi. Może powinnam ustąpić, bo to przecież rodzina, bo wnuki rosną, bo Patrycja w tym wynajmowanym mieszkaniu jest nieszczęśliwa.
A potem Zuzia pokazała mi ten telefon.
Zdjęcie mojego salonu. Zrobione chyba ostatnio, bo na parapecie stała doniczka z hiacyntem, którą Patrycja przyniosła mi na imieniny dwa tygodnie temu. Kiedy robiła to zdjęcie? Pewnie gdy wychodziłam zaparzyć herbatę. Sfotografowała fotel Stefana, firanki, fikus i fragment regału z książkami. A pod spodem ten podpis, jakby to już było postanowione. Jakby ja już się wyprowadziłam.
Nie spałam całą noc. O trzeciej nad ranem wstałam i zrobiłam sobie herbatę z cytryną. Usiadłam przy kuchennym stole, na którym jeszcze Stefan wyrżnął kiedyś nożem swoje inicjały - głupi żart z młodości, za który go zbeształam, a teraz gładzę te litery palcem jak relikwię. I powiedziałam sobie na głos: - Halina, zastanów się. Co ty chcesz zrobić?
Bo to nie jest takie proste. Marek to mój jedyny syn. Kocham go. Kocham Zuzię i Kubusia. I widzę, że im ciasno, że Kubuś śpi w pokoju z rodzicami, że Patrycja jest zmęczona. To wszystko widzę. Ale widzę też coś innego: że nikt mnie nie zapytał. Że nikt nie usiadł naprzeciwko mnie i nie powiedział: mamo, pogadajmy szczerze, jak to rozwiązać. Zamiast tego - miarki, agenci nieruchomości, zdjęcia w internecie i podpis „nasze przyszłe gniazdko". Jakbym była lokatorką, która wreszcie się wyniesie.
Rano zadzwoniłam do Marka. Głos miałam spokojny, bo się przygotowałam.
- Synku, widziałam zdjęcie na profilu Patrycji.
Cisza. Długa. Potem: - Jakie zdjęcie, mamo?
- Mojego salonu. Z podpisem o gniazdku. Marek, ja jeszcze żyję.
Usłyszałam, jak bierze oddech. Potem szept Patrycji w tle, szybki, nerwowy. I jego głos, już inny: - Mamo, to nie tak, to Patrycja po prostu marzy, wiesz, jak to kobiety, wrzucają takie rzeczy, nie myślała, że ktoś to zobaczy...
- Zobaczyło to dwieście osób, Marek. I sąsiadka Krystyna ze czwartego piętra, bo mi wczoraj dzwoniła z kondolencjami. Myślała, że umieram, skoro mieszkanie już jest „do wzięcia".
Znowu cisza. A potem Patrycja wyrwała mu telefon. - Mamo, przepraszam, to była głupota, ja to skasowałam, proszę, nie rób z tego afery, my po prostu...
- Patrycja - powiedziałam powoli - ja nie robię afery. Ja chcę, żebyście wiedzieli jedno: to jest moje mieszkanie. Stefana i moje. Ja tu umrę albo ja stąd wyjdę, ale to będzie moja decyzja. Nie wasza. Nie internetu. Moja.
Odłożyłam słuchawkę i usiadłam w fotelu Stefana. Fikus rzucał cień na ścianę, firanki lekko falowały od uchylonego okna. Wszystko było na swoim miejscu. I ja byłam na swoim miejscu.
Minęły trzy tygodnie. Marek nie dzwoni. Patrycja skasowała zdjęcie - sprawdziłam, bo Zuzia mnie nauczyła. Na profilu synowej jest teraz zdjęcie tulipanów i cytat o cierpliwości. Nie wiem, czy to do mnie.
Wczoraj przyszedł list z ZUS-u, rutynowy. Odłożyłam go na szafkę w przedpokoju, obok kluczy i zdjęcia Stefana z naszego ślubu. Patrzyłam na to zdjęcie i myślałam: Stefan, co byś powiedział? Czy byś im oddał? Czy byś się wkurzył? A może, znając ciebie, usiadłbyś z Markiem przy piwie i jakoś by się dogadali, po męsku, bez tych zdjęć w internecie?
Nie wiem. Wiem tylko, że cisza w telefonie jest gorsza od tamtego zdjęcia. Bo zdjęcie to był brak szacunku, ale cisza - cisza jest karą. A ja nie jestem pewna, za co mnie karzą. Za to, że nie chcę umrzeć szybciej? Za to, że mam swoje mieszkanie i swój fikus?
Podlewam go codziennie. Stefanowy fikus. Rośnie jak szalony, jakby za dwóch.