Wigilie urządzamy „rotacyjnie" - raz u córki, raz u syna, raz u mnie, tak ustalili po śmierci Stefana. W tym roku wypadało u mnie. W listopadzie córka ogłosiła przy niedzieli: „robimy u nas, mamy większy stół". Stół po rodzicach, rozkładany na dwanaście osób, stoi u mnie w dużym pokoju.

Siedziałam wtedy z łyżeczką w ręce, nad niedopitą herbatą z cytryną, i myślałam, że się przesłyszałam. Patrzę na Kaśkę, na jej męża Damiana, na syna Marcina - nikt się nie odezwał. Cisza. Tylko zegar w przedpokoju tykał, ten sam zegar, który Stefan nakręcał co niedzielę.

- Kaśka, ale przecież w tym roku moja kolej - powiedziałam spokojnie, choć poczułam, jak mi się ściska gardło.

- Mamo, no wiem, ale pomyśl logicznie. U nas jest więcej miejsca, Damian może postawić dodatkowy stół w salonie, dzieciaki będą miały gdzie biegać. U ciebie jest ciasno, zwłaszcza jak przyjdzie Marcin z Olą i z trojgiem dzieci.

Ciasno. U mnie jest ciasno. W mieszkaniu, w którym wychowałam ją i Marcina. Trzy pokoje na Gocławiu, blok z wielkiej płyty, czwarte piętro.

Pięćdziesiąt cztery metry, ale duży pokój ma swoje dwadzieścia trzy, i kiedy się rozłoży ten stół - dębowy, ciężki jak diabli, jeszcze tato Stefana go robił na zamówienie w latach siedemdziesiątych - to mieści się dwanaście osób i jeszcze zostaje miejsce na serwantkę z kryształami. Sześćdziesiąt trzy Wigilie ten stół przeżył. Sześćdziesiąt trzy.

- Nie jest ciasno - odpowiedziałam. - Jest tak, jak było zawsze.

Kaśka westchnęła. Tym swoim westchnieniem, które znaczy: „mamo, znowu się upierasz". Damian patrzył w talerz. Marcin chrząknął i powiedział:

- Kaśka ma trochę racji. Ola mówi, że ostatnio u ciebie ledwo się mieściliśmy.

Ola mówi. Oczywiście, że Ola mówi. Synowa, dobra kobieta, naprawdę dobra - ale od kiedy to synowa decyduje, gdzie Wigilia? Zagryzłam wargi i nic nie odpowiedziałam. Obiad skończył się szybko. Marcin pocałował mnie w czubek głowy, jak zawsze, i poszli.

Zostałam z brudnymi talerzami i ciszą, która po odejściu Stefana trzy lata temu stała się domownikiem. Stefan byłby wściekły. Nie, Stefan by nie krzyczał - on nigdy nie krzyczał. Ale postawiłby na swoim cichą dyplomacją. Usiadłby, nalał herbaty, powiedział: „Dzieciaki, mamy ustalenia, trzymamy się ustaleń, a jak chcecie zmieniać, to se głosujemy". I wszyscy by się zaśmiali, i Wigilia byłaby u nas.

Ale Stefana nie ma. Jest tylko Bożena, sześćdziesiąt trzy lata, emerytowana księgowa ze spółdzielni mieszkaniowej, która nie chce robić afery, ale czuje, że ktoś jej coś zabiera. Nie stół. Nie Wigilię. Coś większego.

Przez tydzień się nie odzywałam. Ani do Kaśki, ani do Marcina. Nie dlatego, że się obraziłam - choć trochę się obraziłam - ale dlatego, że chciałam zrozumieć, dlaczego mnie to tak boli. Przecież to tylko kolacja. Dwanaście potraw, opłatek, kolędy. Można je jeść tu albo tam. Jaka różnica?

Różnica jest taka, że kiedy Stefan umierał - szybko, za szybko, trzy miesiące od diagnozy do końca - jedyne, o co mnie poprosił, to żebym trzymała rodzinę razem. „Bożenka, ty ich trzymaj. Przy stole. Bo jak przestaną się schodzić przy jednym stole, to się rozejdą". Mówił to z trudem, bo już słabo oddychał, a ja kiwnęłam głową i obiecałam.

I teraz myślałam: czy on miał na myśli ten konkretny stół? Czy każdy stół? Czy może to ja się czegoś kurczowo trzymam, a powinnam odpuścić?

W środę zadzwoniła Kaśka.

- Mamo, no co się dzieje? Nie odbierasz.

- Odbierałam, tylko nie dzwoniłaś.

- Bo czekałam, aż ci przejdzie.

- Nie przeszło.

Cisza w słuchawce. Potem Kaśka powiedziała coś, co mnie zabolało bardziej niż ta cała historia ze stołem.

- Mamo, ja się martwię, że ty w tym mieszkaniu siedzisz sama i robisz z Wigilii pomnik taty. A tata by chciał, żebyśmy się normalnie spotkali, a nie żebyś ty trzy dni stała przy garach i potem leżała z kręgosłupem do marca.

Miała rację z tym kręgosłupem. Zeszłoroczna Wigilia - u Marcina, bo tak wypadało - skończyła się dla mnie wizytą u ortopedy, bo nalepowanie pierogów mnie wykończyło. Ale i tak zaniosłam na tę Wigilię pięć blach, bo Ola robi pierogi z gotowym ciastem ze sklepu i ja na to patrzeć nie mogę.

- Kaśka, to nie chodzi o pomnik - powiedziałam. - To chodzi o słowo. Ustaliliśmy, że rotacyjnie. Tato tego chciał. Jeśli to zmieniamy, to zmieniamy razem, a nie tak, że ty ogłaszasz, a ja mam się zgodzić.

Długa cisza. Bardzo długa.

- Masz rację - powiedziała w końcu. - Przepraszam. Nie pomyślałam.

I mogłoby się na tym skończyć. Ale w sobotę Marcin przyjechał po swoje narty, które trzyma u mnie w piwnicy - wieczna przechowalnia, moje mieszkanie - i przy kawie powiedział mimochodem:

- Mamo, wiesz, Kaśka chyba po prostu chce, żebyś nie była sama z tymi przygotowaniami. Ona się boi, że ty sobie nie poradzisz. Nie mówi tego wprost, bo nie chce cię urazić.

Odstawiłam filiżankę. Spojrzałam na niego. Na mojego syna, czterdzieści lat, mechanik w warsztacie na Pradze, duże ręce, oczy Stefana.

- A ty? Ty też się boisz, że sobie nie poradzę?

Marcin patrzył w okno. Potem powiedział:

- Trochę tak.

To „trochę tak" mnie załamało. Nie wściekłość, nie kłótnia - jedno ciche „trochę tak" od syna, który do tej pory traktował mnie jak osobę, która zawsze sobie radzi. Budżet domowy, rachunki, zakupy, remonty, pogrzeb Stefana, papiery w ZUS-ie, spadek - to ja załatwiałam. Ja. A teraz nagle się boją, że nie dam rady ugotować wigilijnej kolacji?

Albo może się boją czegoś innego. Że ten pusty stół - dębowy, rozkładany, na dwanaście osób - z jednym nakryciem mniej niż kiedyś będzie im przypominał, że ojca nie ma. Że łatwiej jest zrobić Wigilię gdzie indziej niż siąść na krześle, na którym siedział Stefan, i udawać, że wszystko jest jak dawniej.

Nie powiedziałam tego Marcinowi. Nie powiedziałam też Kaśce, kiedy zadzwoniła wieczorem z pytaniem, czy może wpadnie w niedzielę z sernikiеm.

Zaczęłam za to sprzątać duży pokój. Wytarłam stół specjalnym olejem, jak Stefan to robił co pół roku. Wyciągnęłam obrus - ten biały, haftowany, jeszcze po mamie. Sprawdziłam, ile mam talerzy z serwisu, tego z niebieskim wzorkiem, kupionego na srebrne wesele. Jedenaście. Tuzin był, ale jeden stłukł wnuk w zeszłym roku. Jedenaście wystarczy, bo nas tyle w tym roku będzie: ja, Kaśka z Damianem i dwójką dzieci, Marcin z Olą i trójką. Jedenaście.

W grudniu wywiesiłam na lodówce kartkę z menu, jak co roku. Barszcz z uszkami, karp, pierogi z kapustą i grzybami, pierogi ruskie, kutia, śledzie, kompot z suszu, sernik i makowiec. Zrobiłam listę zakupów. Pojechałam na Halę Mirowską po suszone grzyby, bo tam Stefanowa znajoma sprzedaje najlepsze, podgrzybki i prawdziwki z Podlasia.

Nie dzwoniłam do dzieci z pytaniem, czy Wigilia u mnie. Nie dyskutowałam. Po prostu przygotowywałam się, jakby nic się nie stało. Jakby ustalenia obowiązywały. Bo obowiązują.

Jest piątek, szesnasty grudnia. Za tydzień Wigilia. Kaśka nie zadzwoniła, żeby powiedzieć, że zmienia zdanie. Ale nie zadzwoniła też, żeby potwierdzić swój plan. Marcin milczy. Ola przysłała mi na WhatsAppie zdjęcie pierniczków, które piekła z dziećmi. Odpisałam serduszko.

Stół stoi rozłożony w dużym pokoju. Nakryty białym obrusem. Czeka.

Nie wiem, czy przyjdą do mnie. Ale wiem, że jeśli nie przyjdą, usiądę przy nim sama, z pustym nakryciem dla Stefana i z opłatkiem. I nie dlatego, że chcę robić z siebie ofiarę. Tylko dlatego, że niektórych obietnic nie można przenieść pod inny adres.

A może jednak można?