Na skierowanie do Ciechocinka czekałam dwa lata. Termin wypadł w lutym, akurat w ferie. Córka: „mamo, przesuń, kto przypilnuje dzieci? Sanatorium nie ucieknie". Przesunęłam. Następny termin za dziewiętnaście miesięcy. Ferie trwały dwa tygodnie.
Dwa tygodnie. Czternaście dni. Tyle córka nie mogła sobie poradzić z własnymi dziećmi. A ja miałam czekać kolejne dziewiętnaście miesięcy z kolanami, które budziły mnie w nocy, bo bolały nawet wtedy, gdy się nie ruszałam.
Odłożyłam słuchawkę i usiadłam przy kuchennym stole. Herbata z cytryną stygła w kubku z napisem „Najlepsza babcia na świecie" - Zuzia mi go pomalowała na Dzień Babci. Patrzyłam na ten kubek i myślałam: kiedy ja przestałam być jeszcze kimś oprócz babci?
Mam na imię Halina, ale od trzydziestu lat wszyscy mówią na mnie Hala. Sześćdziesiąt dwa lata, emerytowana księgowa ze spółdzielni mieszkaniowej w Poznaniu. Mąż Ryszard - kierowca ciężarówki, pięć lat temu odszedł.
Nie umarł, odszedł. Do Beaty z Leszna, młodszej o piętnaście lat. Ale to nie o nim ta historia. Ta historia jest o mnie. I o mojej córce Agnieszce.
Aga urodziła się, kiedy miałam dwadzieścia sześć lat. Jedynaczka, bo po niej lekarze powiedzieli, że więcej nie będzie. Wychowałam ją na porządnego człowieka - tak mi się przynajmniej wydawało. Studia skończyła, pracuje w urzędzie miasta, męża ma, Tomka, dwoje dzieci: Zuzię dziesięć lat i Filipa siedem. Mieszkają na tym samym osiedlu co ja, dwa bloki dalej. Blisko. Czasem za blisko.
Bo ta bliskość - to nie bliskość serca. To logistyka. Ja jestem blisko, więc jestem pod ręką. Rano mogę odebrać Filipa z zerówki, bo Aga ma zebranie. W środę mogę ugotować obiad, bo Tomek wraca późno i dzieci będą głodne. W piątek mogę wziąć Zuzię na noc, bo oni idą na urodziny kolegi. Mogę, mogę, mogę. A kiedy ja czegoś potrzebuję?
Pierwszy raz powiedziałam Agnieszce o skierowaniu do sanatorium w październiku. Lekarz dał je w sierpniu, po rezonansie kolana. Gonarthroza, tak to się nazywa. Dwa lata czekania na termin w Ciechocinku. Aga wtedy machnęła ręką: „Mamo, dasz radę, jesteś twarda". Byłam twarda. Całe życie byłam twarda. Kiedy Ryszard odszedł, nie płakałam przy córce. Kiedy ojciec umarł i trzeba było sprzedać dom pod Gnieznem, zajęłam się wszystkim sama. Kiedy po pięćdziesiątce zaczęły mnie budzić bóle, brałam ibuprofen i szłam do pracy. Twarda Hala.
Termin przyszedł pocztą w grudniu. Ciechocinek, luty, turnus dwudziestoczterodniowy. Zadzwoniłam do Agi z radością, jakbym wygrała w totka. A Aga na to: „Mamo, ale to w ferie. A my z Tomkiem planowaliśmy wyjechać na narty. Kto weźmie dzieci?"
- Może weźmiecie je ze sobą? - zaproponowałam ostrożnie.
- Mamo, no co ty. Zuzia ma korepetyty z angielskiego, Filip ma treningi. Poza tym to ma być nasz wyjazd, ja i Tomek. Wiesz, jak dawno nigdzie nie byliśmy sami?
Wiedziałam. Bo to ja pilnowałam dzieci, kiedy oni ostatnio wyjeżdżali. I przedostatnim razem. I wcześniej.
- Aga, ja czekałam na to dwa lata - powiedziałam cicho.
- No i poczekasz jeszcze trochę. Przesuniesz, dostaniesz nowy termin. Sanatorium nie ucieknie, mamo.
Sanatorium nie ucieknie. Ale moje kolano nie poczeka. I moje sześćdziesiąt dwa lata nie poczekają. I te noce, kiedy budzę się o trzeciej, bo ból przeszywa od kolana po biodro, i leżę w ciemności, i nie mam kogo poprosić o szklankę wody - te noce też nie poczekają.
Przesunęłam termin. Zadzwoniłam na NFZ, wyjaśniłam sytuację. Pani w słuchawce westchnęła ze współczuciem i powiedziała: następny wolny termin za dziewiętnaście miesięcy. Wrzesień przyszłego roku. Może. Jeśli nikt nie zrezygnuje wcześniej.
W ferie wzięłam Zuzię i Filipa. Aga z Tomkiem pojechali do Zakopanego. Codziennie dostawałam zdjęcia z nartostrady - uśmiechnięci, zarumienieni, z kieliszkami grzanego wina. Odpisywałam: „Pięknie, bawcie się dobrze". A wieczorem siadałam na kanapie z poduszką pod kolanem i myślałam, że coś jest nie tak. Że gdzieś po drodze zgubiłam się w tym macierzyństwie. Że wychowałam córkę, która mnie kocha - bo ona mnie kocha, tego jestem pewna - ale nie widzi mnie. Nie widzi mnie jako osoby, która też czegoś potrzebuje.
Tydzień po feriach przyszła Aga z sernikiem. Usiadła w kuchni, nalewałam herbatę, a ona patrzyła na mnie i powiedziała:
- Mamo, dobrze wyglądasz. Odpoczęłaś z dziećmi, co?
I wtedy coś we mnie pękło. Nie krzyczałam. Nie płakałam. Powiedziałam spokojnie, z serwetką w ręku, patrząc jej prosto w oczy:
- Agnieszka, ja nie odpoczywam z twoimi dziećmi. Ja z nimi pracuję. Kocham je, ale to jest praca. A ty zabrałaś mi jedyną szansę na prawdziwy odpoczynek, na leczenie, bo nikt inny na świecie nie mógł przez dwa tygodnie przypilnować twoich własnych dzieci.
Aga postawiła kubek na stole. Przez chwilę milczała. Potem powiedziała coś, czego się nie spodziewałam:
- No a kto miał to zrobić, mamo? Tomka rodzice mieszkają w Szczecinie. Ty jesteś tu, obok. To naturalne.
Naturalne. To słowo kręciło mi się w głowie przez następne dni. Naturalne, że babcia zrezygnuje. Naturalne, że poczeka. Naturalne, że jej ból jest mniej ważny niż narty w Zakopanem. Od kiedy to stało się naturalne?
Zaczęłam się zastanawiać, czy to moja wina. Czy to ja ją tak wychowałam, zawsze dostępna, zawsze gotowa, nigdy nie mówiąca „nie". Kiedy Aga miała dwanaście lat i chciała, żebym została w domu zamiast jechać na wycieczkę zakładową - zostałam. Kiedy miała dwadzieścia pięć i potrzebowała pieniędzy na wesele - oddałam jej oszczędności. Kiedy urodziła Zuzię i przez trzy miesiące nie mogła się pozbierać - praktycznie zamieszkałam u niej. Nigdy nie powiedziałam: a ja?
Trzy tygodnie po tej rozmowie w kuchni zadzwonił telefon z sanatorium w Ciechocinku. Ktoś zrezygnował z marcowego turnusu. Czy pani Halina Majewska jest zainteresowana? Termin od jutra, bo dzwonili już do trzech osób i nikt nie mógł tak nagle.
Miałam spakowaną torbę od lutego. Nie rozpakowałam jej, stała w szafie. Jakby czekała.
Zadzwoniłam do Agi. Powiedziałam, że jutro wyjeżdżam na dwadzieścia cztery dni.
- Mamo, ale jak to? A kto odbierze Filipa w środę? I Zuzia ma w czwartek urodziny w szkole, miałaś upiec szarlotkę...
- Aga - przerwałam. - Jadę.
Cisza. Taka cisza, jaką słyszę w nocy, kiedy budzę się z bólu. Gęsta, pełna rzeczy niewypowiedzianych.
- Mamo, no dobrze - powiedziała w końcu, głosem, z którego nie umiałam wyczytać, czy jest zraniona, zła, czy może po raz pierwszy naprawdę zaskoczona. - Jakoś się zorganizujemy.
Spakowany plecak z lekami, kapcie, piżama, dwie książki. Na stole zostawiłam kartkę z numerem telefonu do sanatorium. Zamknęłam drzwi na dwa zamki. Na klatce schodowej było cicho, pachniało środkiem do podłóg i czyjąś kolacją.
W autobusie do Ciechocinka siedziałam przy oknie i patrzyłam na mijane pola. Szare jeszcze, ale gdzieniegdzie przebijała zieleń. Kolano pulsowało, jak zawsze. Ale w środku czułam coś, czego nie czułam od lat - że jadę gdzieś dla siebie. Tylko dla siebie.
Telefon zawibrował. Wiadomość od Agi: „Mamo, a gdzie trzymasz przepis na szarlotkę?"
Uśmiechnęłam się. Nie odpisałam. Jeszcze nie teraz.