Na Dzień Babci Ola narysowała nas obie: babcię Ewę, mamę synowej, na nartach, a mnie przy garnku z pierogami. Synowa powiesiła go na lodówce - „jak trafnie!". W ferie zapisałam się na kurs narciarski dla seniorów. Zdjęcie z Białki wysłałam Oli.
Rysunek wisiał na lodówce trzy tygodnie. Codziennie rano, nalewając kawę, patrzyłam na te dwie babcie narysowane flamastrami. Babcia Ewa - smukła, w turkusowym kombinezonie, z nartami. Ja - okrągła, w fartuchu, z garnkiem. Ola ma siedem lat i rysuje świat takim, jakim go widzi. Problem w tym, że Ola widziała dokładnie to, co dorośli jej podpowiedzieli.
Mam na imię Krystyna, mam sześćdziesiąt trzy lata i od trzydziestu ośmiu jestem żoną Andrzeja. Mieszkamy w Krakowie, na Nowej Hucie, w bloku, który pamięta czasy, kiedy jeszcze mówiło się o nim „nowy". Syn Tomek ożenił się osiem lat temu z Dagmarą. Dagmara jest córką Ewy. I tu zaczynają się schody.
Ewa jest młodsza ode mnie o cztery lata. Smukła, wysportowana, z fryzurą jakby dopiero wyszła od fryzjera - choć pewnie tak właśnie jest, bo chodzi co tydzień. Jeździ na narty, biega, chodzi na jogę.
Na Instagramie - bo tak, Ewa ma Instagram - wrzuca zdjęcia z górskich szlaków z hashtagiem „aktywna babcia". Kiedy pierwszy raz to zobaczyłam, poczułam coś, czego się wstydzę do dziś. Zazdrość tak ostrą, że aż zakłuło pod mostkiem.
Bo ja jestem tą drugą babcią. Tą od pierogów, bigosu i sernika na niedzielę. Tą, która czeka z obiadem, a nie z plecakiem. I przez lata mi to nie przeszkadzało. Naprawdę. Aż do tego rysunku.
- Mamo, nie przesadzaj - powiedział Tomek, kiedy zadzwoniłam do niego następnego dnia. - Ola rysuje co jej się podoba. Wczoraj narysowała tatę jako robota.
- Ale tata-robot to jest fajne - odpowiedziałam. - A babcia przy garnku to jest... no co? Nudne.
Tomek westchnął. Znał ten ton. Ton, który mówi: nie będę robić afery, ale będę o tym myśleć do końca życia.
- Mamo, Ola cię kocha. Uwielbia twoje pierogi.
- Właśnie. Tylko pierogi.
Rozłączyłam się i usiadłam przy stole w kuchni. Andrzej czytał gazetę. Spojrzał znad okularów.
- Znowu o ten rysunek?
- Nie. O to, że mam sześćdziesiąt trzy lata i jedyne, z czego jestem znana w tej rodzinie, to pierogi z kapustą i grzybami.
Andrzej odłożył gazetę. Patrzył na mnie chwilę, jakby mierzył, czy to poważna rozmowa, czy taka, po której wystarczy przytulić i zaparzyć herbatę.
- Krysiu, robisz najlepsze pierogi w Krakowie. To nie jest mała rzecz.
Kocham mojego męża. Ale tamtego dnia chciałam go uderzyć gazetą.
Wieczorem, kiedy Andrzej już spał, weszłam do internetu. Wpisałam: „kurs narciarski dla seniorów Podhale". Wyświetliło się kilka wyników. Białka Tatrzańska, Zakopane, Szczawnica. Ceny, terminy, poziom: początkujący. Seniorzy mile widziani. Serce mi waliło, jakbym robiła coś zakazanego.
Następnego dnia zadzwoniłam. Pani po drugiej stronie była ciepła, rzeczowa. Tak, przyjmują osoby po sześćdziesiątce. Tak, mają łagodne stoki. Tak, sprzęt można wypożyczyć. Nie, nie trzeba mieć żadnego doświadczenia.
- A mogę zapytać, co panią skłoniło? - spytała na koniec.
- Wnuczka - powiedziałam. I sama nie wiedziałam, czy się śmieję, czy płaczę.
Andrzejowi powiedziałam dopiero dwa dni przed wyjazdem. Myślałam, że będzie zaskoczony. Że powie: zwariowałaś, w twoim wieku, z twoimi kolanami. Ale on odłożył widelec, popatrzył na mnie i powiedział:
- To ile par skarpet pakować?
- Ty nie jedziesz.
- Jak to nie jadę?
- To jest moja rzecz, Andrzej. Moja.
Obraził się na dwa dni. Potem odpuścił. Podwiózł mnie na dworzec i powiedział tylko: „Nie łam nóg. Jedne mamy."
Białka w lutym pachniała mrozem, smażoną kiełbasą z budek i czymś jeszcze - wolnością, choć brzmi to głupio jak na kobietę, która po prostu wyjechała na cztery dni z domu. W grupie było nas dwanaście osób, najstarsza pani miała siedemdziesiąt jeden lat. Instruktor, chłopak młodszy od mojego syna, miał anielską cierpliwość.
Pierwszego dnia przewracałam się jedenaście razy. Policzyłam. Bolały mnie mięśnie, o których istnieniu nie wiedziałam. Kolana protestowały. Ale kiedy trzeciego dnia zjechałam sama - powoli, krzywo, z prędkością spacerującego żółwia - poczułam coś, czego nie potrafiłam nazwać. Jakby ktoś otworzył okno, które przez lata było zamalowane farbą.
Zdjęcie zrobiłam na stoku. Stałam w wypożyczonym kombinezonie, w za dużym kasku, z kijkami w rękach i uśmiechem, który pewnie wyglądał jak grymas na zmarzniętej twarzy. Wysłałam je Oli na tablet - Dagmara pozwoliła jej mieć komunikator do kontaktu z dziadkami.
Ola odpisała po godzinie. Trzy emotikony z serduszkami i jedno zdanie: „Babciu Krysiu, to TY jesteś na nartach?!!!"
Trzy wykrzykniki. Nigdy w życiu trzy wykrzykniki nie znaczyły dla mnie tak wiele.
Dagmara zadzwoniła tego samego wieczoru. Głos miała dziwny. Nie wrogi - raczej zaskoczony, jakby ktoś przestawił jej meble w pokoju, kiedy była w pracy.
- Mamo Krysiu, widziałam zdjęcie. Super, że pani się wybrała.
- Dziękuję, Dagmarko.
- Ola jest zachwycona. Mówi, że teraz ma dwie babcie narciarki.
Cisza. Krótka, ale wymowna.
- A mama Ewa co mówi? - zapytałam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.
- Mama... mama powiedziała, że to fajne. Że grupy dla seniorów mają dobry poziom bezpieczeństwa.
Poziom bezpieczeństwa. Znałam Ewę wystarczająco dobrze, żeby usłyszeć w tym zdaniu to, co naprawdę myślała: że to zabawne, że pierogowa babcia bawi się w narty. Że to uroczy kaprys. Że pewnie po jednym wyjeździe wrócę do garnków.
A może nie. Może Ewa powiedziała to szczerze, bez podtekstu, a ja sama wkładam jej w usta słowa, które istnieją tylko w mojej głowie. Nie wiem. I to jest chyba najgorsze - że po tylu latach nie potrafię odróżnić prawdziwej Ewy od tej, którą sobie stworzyłam z zazdrości.
Wróciłam do Krakowa w czwartek wieczorem. Andrzej czekał z rosołem. Usiadłam przy stole, zmęczona tak, że ledwo trzymałam łyżkę, i powiedziałam:
- Zapisuję się na następny termin. W marcu.
Andrzej pokiwał głową. A potem dodał cicho:
- Wiesz, Krysiu, że nie musisz nikomu nic udowadniać? Że to nie jest konkurs?
Wiedziałam. I jednocześnie nie wiedziałam. Bo kiedy Ola w następną sobotę narysowała nowy obrazek - dwie babcie na nartach, obie uśmiechnięte, obie w kaskach - i Dagmara znowu powiesiła go na lodówce, poczułam triumf. Taki prawdziwy, gorący, dziecięcy. I zaraz potem - wstyd. Bo czy naprawdę pojechałam na Białkę dla siebie? Czy po to, żeby wygrać z rysunkiem siedmiolatki?
Ola teraz ma na lodówce dwa obrazki. Ten stary i ten nowy. Patrzę na nie i nie wiem, który mówi o mnie więcej prawdy.
Marcowy kurs jest opłacony. Kijki kupiłam własne. Ale pierogi na niedzielę nadal robię co tydzień - bo Ola je kocha. I może w tym właśnie jest odpowiedź, której szukam. A może nie.