W niedzielę weszłam do jeziora. W styczniu. Z morsami - czapka na głowie, Irena na brzegu z termosem i miną „przeżyjesz - zabiję". Pół minuty, które odejmuje lata. Rodzina: „zwariowała". Serce: „nareszcie". W przyszłą niedzielę wchodzę odrobinę dłużej. Woda już wie, że wrócę.

Ale zacznijmy od tego, jak w ogóle do jeziora trafiłam. Bo nie trafiłam tam z rozpędu. Raczej z desperacji - takiej cichej, domowej, która nie krzyczy, tylko siada na kanapie o dwudziestej pierwszej i patrzy w telewizor, nie widząc, co leci.

Mam na imię Bożena. Sześćdziesiąt dwa lata, trzydzieści osiem lat w księgowości, ostatnie trzy na emeryturze. Mąż Ryszard, dwoje dorosłych dzieci - Agnieszka w Poznaniu, Tomek tutaj, w Wrocławiu, dwie przecznice od nas.

Na papierze - spełnione życie. W praktyce, odkąd przestałam wychodzić codziennie do pracy, zaczęłam znikać. Nie dosłownie. Nikt mnie nie szukał, bo nikt nie zauważył.

Ryszard ma swój warsztat. Mechanika samochodowa, jedenaście godzin dziennie, soboty włącznie. Wracał do domu, jadł, oglądał sport, zasypiał. Powtarzalność, w której kiedyś widziałam bezpieczeństwo, zamieniła się w coś dusznego. Próbowałam rozmawiać. „Rysiek, może byśmy gdzieś pojechali?" - „Gdzie, Bożena? W styczniu? Daj spokój." I znowu cisza.

Tomek dzwonił we wtorki. Zawsze we wtorki, zawsze o osiemnastej, zawsze te same cztery minuty. „Cześć, mamo. Co słychać? U nas dobrze. Zuzia miała anginkę, ale już lepiej. Dobra, lecę. Pa." Agnieszka pisała SMS-y - krótkie, z emotkami serduszek. Kochane dzieci. Zajęte dzieci.

Nie byłam nieszczęśliwa. To za duże słowo. Byłam - pusta. Jak ten kryształowy wazon po babci, który stoi na meblościance i nikt od lat nie wstawił do niego kwiatów.

Irenę znam od podstawówki. Siedziałyśmy w jednej ławce, potem każda poszła swoją drogą - ona do fryzjerstwa, ja do księgowości. Spotkałyśmy się znowu na pogrzebie wspólnej koleżanki. Hani. Pięćdziesiąt dziewięć lat, udar. Na stypie siedziałyśmy obok siebie i milczałyśmy, i w tym milczeniu było więcej niż w moich wszystkich rozmowach z Ryszardem z ostatnich miesięcy.

Potem Irena zadzwoniła. „Bożena, wiesz co? Zapisałam się do morsów. Chodź ze mną." Myślałam, że żartuje. Irena - mistrzyni ciepłych szali i herbaty z miodem - do lodowatej wody? „Irena, ty masz ciśnienie" - powiedziałam. „A ty masz depresję" - odpowiedziała. Nie powiedziałam nic, bo miała rację.

Trzy tygodnie mnie namawiała. Trzy tygodnie odmawiałam. A potem przyszedł ten czwartek. Ryszard wrócił z warsztatu, zjadł kotlet, powiedział „dobranoc" o dwudziestej trzydzieści i poszedł spać. Nie zapytał, jak minął mi dzień. Nie dlatego, że go to nie obchodzi. Raczej dlatego, że zakładał, iż moje dni nie mają o czym opowiadać. I najgorsze było to, że miał rację.

W piątek rano napisałam do Ireny: „Kiedy morsy?"

„Niedziela, siódma rano. Jezioro Piotrówka. Zabierz czapkę i pokorę" - odpisała w trzy sekundy, jakby czekała z palcem na klawiaturze.

Ryszardowi powiedziałam w sobotę wieczorem. Obierał jabłko przy stole, nożem, spiralką - jedyna rzecz, którą robił z uwagą. Podniósł głowę.

- Do jeziora? W styczniu? Bożena, ty poważnie?

- Poważnie.

- A jak cię szlag trafi? Masz sześćdziesiąt dwa lata, nie dwadzieścia.

- Wiem, ile mam lat, Rysiek. Właśnie dlatego idę.

Nie zrozumiał. Machnął ręką i wrócił do jabłka. Agnieszce nie powiedziałam wcale. Tomkowi wspomniałam we wtorek przy jego czterominutowym telefonie. „Mamo, co ty gadasz? Jakie morsy? Dzwonię do taty." - „Tomek, nie dzwoń do taty. To jest moja decyzja."

W niedzielę o szóstej trzydzieści stałam nad jeziorem. Mgła. Szron na trawie. Irena obok mnie - w czapce z pomponem, z termosem, z miną, jakby prowadziła mnie na egzekucję. Ale przyszła. I to ona powiedziała cicho, patrząc na wodę: „Boże, co my robimy." Na co stojący obok pan Zbigniew - siedemdziesiąt lat, wąs, kalesony do kolan - odpowiedział spokojnie: „Żyjemy, proszę pani. Żyjemy."

Weszłam. Stopy najpierw - i ten szok, jakby ktoś przyłożył mi tysiąc igieł do skóry. Kolana. Biodra. Do pasa. Pół minuty. Może czterdzieści sekund. Nie liczyłam. Liczyłam oddechy. Pierwszy - urwany, chaotyczny. Drugi - głębszy. Trzeci - i nagle coś się otworzyło. Jakby ktoś wyrwał korek z butelki, w której siedziałam od trzech lat.

Wyszłam z wody trzęsąc się jak osika. Irena owinęła mnie ręcznikiem, wcisnęła mi kubek gorącej herbaty i powiedziała: „No i co, żyjesz?" Żyłam. Pierwszy raz od miesięcy - naprawdę żyłam.

W domu Ryszard patrzył na mnie jak na osobę, której nie rozpoznaje. Nie gniewał się. Był zdezorientowany. „I co, zimno było?" - zapytał. „Okropnie" - powiedziałam i uśmiechnęłam się. Chyba go to przestraszyło bardziej niż same morsy.

W następne dni zaczęłam robić rzeczy, których nie robiłam od lat. Wstałam o szóstej i poszłam na spacer. Kupiłam sobie buty trekkingowe. Znalazłam w szufladzie stary notes i zaczęłam zapisywać - nie wiersze, nie pamiętnik, raczej takie luźne zdania. „Dzisiaj pachniało mrozem i świerkiem." „Ryszard się uśmiechnął, kiedy zobaczył, że gotuję żurek." Drobiazgi. Ale moje.

Tomek przyjechał w środę. Bez zapowiedzi - co się nigdy nie zdarza. Usiadł w kuchni, patrzył na mnie, jakby szukał objawów choroby.

- Mamo, my się martwimy.

- Kim to „my"?

- Ja, Agnieszka, tata. Mamo, ty nagle... morsy, spacery o świcie. Agnieszka mówi, że to może być... no wiesz... faza.

- Faza czego?

- No... kryzysu. Takiego... emerytalnego.

Odłożyłam łyżkę. Spojrzałam na syna. Ma trzydzieści cztery lata. Dobry chłopak. Kocha mnie. Ale patrzy na mnie i widzi matkę, która ma siedzieć w domu, gotować rosół i czekać. A ja nie chcę już czekać. Tylko nie umiałam mu tego powiedzieć tak, żeby zrozumiał.

- Tomku - powiedziałam. - Wiesz, kiedy ostatni raz zrobiłam coś po raz pierwszy?

Milczał.

- Nie pamiętam. I to jest problem. Nie morsy.

Ryszard nie komentuje. Ale w sobotę wieczorem, kiedy szykowałam rzeczy na niedzielne morsowanie, podszedł i bez słowa położył na stole swoje stare kąpielówki. Spojrzałam na niego. Wzruszył ramionami.

- Nie mówię, że wchodzę - powiedział. - Ale mogę potrzymać termos.

Nie wiem, czy wejdzie. Nie wiem, czy Tomek przestanie się martwić. Nie wiem, czy Agnieszka kiedyś zadzwoni na dłużej niż trzy emotki. Nie wiem nawet, czy te morsy to nie jest naprawdę faza - może minie, może za miesiąc wrócę na kanapę i będę znowu gapiła się w telewizor.

Ale w przyszłą niedzielę wchodzę odrobinę dłużej. Woda już wie, że wrócę. Pytanie, czy reszta mojego życia też się o tym dowie.