Syn obiecywał odśnieżyć schody „jutro z rana" - przez tydzień, a śnieg padał po swojemu. Student spod czwórki odśnieżył w kwadrans, taryfa: szarlotka i termos. Syn przyjechał w sobotę z łopatą do lśniących schodów. Teraz podział jest jasny: pan Kuba odśnieża, syn dzwoni. Obietnice topnieją szybciej niż śnieg. Szarlotka - nigdy.
Tamten grudzień zaczął się obficie. Pierwszy poważny śnieg spadł we wtorek rano, jeszcze przed szóstą - obudziło mnie skrzypienie łańcuchów na kołach pługów jadących ulicą Dąbrowskiego. Wyjrzałam przez okno i schody przed domem wyglądały jak góra lodowa.
Osiem stopni, czterdzieści lat ich schodzenia w dół i w górę, a nigdy nie wydawały mi się tak strome jak tego ranka.
Zadzwoniłam do Tomka o siódmej. Wiedziałam, że wstaje wcześnie, bo pracuje na pierwszą zmianę w warsztacie samochodowym na Wildzie. Odebrał po piątym sygnale, głosem kogoś, kto jeszcze nie otworzył oczu.
- Mamo, co się stało?
- Synek, napadało ze dwadzieścia centymetrów. Sama nie dam rady, biodro mi dokucza. Przyjedziesz po pracy odśnieżyć?
- Jasne, mamo. Jutro z rana się tym zajmę, dzisiaj do szóstej siedzę, potem muszę Olę odebrać z baletów.
Jutro z rana. Zapamiętałam te słowa, bo usłyszałam je potem jeszcze sześć razy. Każdego dnia to samo. „Jutro z rana, mamo, obiecuję." A śnieg padał po swojemu, jakby ktoś tam na górze miał własny plan i moje schody były jego prywatną zaspą do wypełniania.
Mam na imię Halina, od trzech lat jestem wdową. Zbyszek odszedł nagle - tętniak, jednego dnia był, drugiego go nie było. Zostawił mnie z domem jednorodzinnym na poznańskim Dębcu, z ogrodem, który był jego królestwem, i z schodami, które zawsze odśnieżał sam, zanim zdążyłam nalać mu herbatę. Po jego śmierci Tomek powiedział: „Mamo, cokolwiek będziesz potrzebowała, dzwoń." I dzwoniłam. Przez trzy lata dzwoniłam, a Tomek przyjeżdżał. Czasem szybko, czasem wolniej. Ale przyjeżdżał.
Tego grudniowego tygodnia coś się zacięło.
W środę wyszłam po bułki do piekarni na rogu. Na schodach poślizgnęłam się na pierwszym stopniu i gdyby nie barierka, leżałabym na chodniku z drugim złamanym biodrem. Pierwsze złamanie - sprzed pięciu lat, sanatorium w Ciechocinku, trzy miesiące rehabilitacji. Nie chciałam powtórki. Zadzwoniłam do Tomka.
- Prawie się zabiłam na tych schodach.
- Mamo, nie dramatyzuj. Jutro rano wpadnę, słowo.
- Tomek, mówisz to od wtorku.
- Wiem, wiem. Ale Ola była chora, potem Dorota miała dyżur, musiałem z małą siedzieć. Jutro na pewno.
Jutro na pewno. Odłożyłam telefon i spojrzałam na zdjęcie Zbyszka na komodzie. Stojak z łopatą, łapami od rękawic wystawał mu kłak siana - bo podkładał pod rękawice siano, mówił, że tak go ojciec nauczył i że żadna kupna rękawica tak nie grzeje. Uśmiechnęłam się do tego zdjęcia i poczułam, jak coś ściska mnie w gardle. Nie złość. Smutek. Taki spokojny, szary smutek, który mówi ci, że jesteś sama naprawdę, a nie tylko na papierze.
W czwartek zapukał do moich drzwi chłopak spod czwórki. Wysoki, chudy, w kurtce za cienką na taki mróz. Kuba. Studiował coś na Politechnice, wprowadził się we wrześniu, widywałam go na klatce, zawsze mówił „dzień dobry" i przytrzymywał mi drzwi. Miał może dwadzieścia dwa lata i te rzadkie teraz oczy, które patrzą na człowieka, a nie przez niego.
- Pani Halino, widzę, że schody nieodśnieżone. Chce pani, żebym zrobił?
Stałam w drzwiach z kubkiem herbaty w ręku i nie wiedziałam, co powiedzieć. Obcy człowiek. Student. Pyta, czy chcę.
- Kuba, ale ja nie mogę tak za darmo...
- A ma pani szarlotkę? Bo czuję, że piekła pani coś rano, na klatce pachnie jak u mojej babci w Krotoszynie.
Rzeczywiście, rano upiekłam szarlotkę. Z nawyku, bo Zbyszek lubił do kawy po obiedzie. Teraz piekłam ją dla siebie, zjadałam dwa kawałki, resztę zamrażałam albo nosiłam sąsiadce z parteru, pani Zosi.
- Szarlotka jest. I termos z herbatą mogę zrobić.
- To mamy deal - uśmiechnął się i poszedł po łopatę.
Kwadrans. Piętnaście minut i schody lśniły jak w marcu. Kuba wszedł na chwilę, wypił herbatę, zjadł dwa kawałki szarlotki i powiedział: „Pani Halino, jak znowu napadnie, to proszę zapukać w kaloryfer, słyszę przez ścianę." Wyszedł, a ja zostałam z pustym talerzem i dziwnym uczuciem, jakby ktoś otworzył okno w dusznym pokoju.
W piątek napadało znowu. Zapukałam w kaloryfer. Kuba przyszedł z łopatą, odśnieżył, zjadł szarlotkę. Tym razem piekłam specjalnie - z podwójną porcją cynamonu, bo powiedział, że babcia dawała dużo cynamonu. Przy herbacie opowiadał o studiach, o dziewczynie, która nie chce się z nim spotykać, bo nie ma samochodu. Słuchałam i myślałam, że mój Tomek w jego wieku opowiadał mi te same rzeczy, tyle że o Dorocie i o tramwajach, bo tramwajem ją woził na randki.
W sobotę rano pod dom zajechał Tomek. Widziałam go z okna - wysiadł z auta, otworzył bagażnik, wyciągnął łopatę. Stanął przed schodami i patrzył. Schody czyste, suche, posypane piaskiem - Kuba nasypał, bo miał worek w piwnicy.
Tomek wszedł z tą łopatą do przedpokoju. Postawił ją pod wieszakiem i patrzył na mnie, jakby szukał pretekstu, żeby nie czuć się winnym.
- Kto odśnieżył?
- Kuba spod czwórki. Student.
- Obcy chłopak ci odśnieża schody?
- Nie obcy. Sąsiad.
Tomek usiadł przy stole, nie zdejmując kurtki. Widziałam, jak ściska dłonie na kolanach. Nie był zły. Był zawstydzony. Albo coś pomiędzy - ta twarz mężczyzny, który wie, że zawiódł, ale nie umie tego powiedzieć wprost.
- Mamo, miałem ciężki tydzień.
- Wiem, Tomek. Zawsze masz ciężki tydzień.
- To nie jest fair.
- Wiesz co nie jest fair? Że obcy chłopak w za cienkiej kurtce robi to, co obiecuje mój syn.
Cisza. Długa, gęsta, pachniała szarlotką, bo właśnie wyjęłam blachę z piekarnika. Dla Kuby. Tomek patrzył na tę blachę i chyba zrozumiał. Albo nie zrozumiał, tylko poczuł - a to czasem ważniejsze.
- Zostawisz mi kawałek? - zapytał cicho.
- Ta szarlotka jest dla Kuby - powiedziałam. I zanim zdążyłam powiedzieć cokolwiek więcej, dodałam: - Ale mogę upiec drugą. Dla ciebie. Jeśli następnym razem przyjedziesz, zanim zdąży to zrobić dwudziestolatek z Krotoszyna.
Tomek wstał, założył kurtkę, podniósł łopatę. W drzwiach odwrócił się.
- Przepraszam, mamo.
Nie odpowiedziałam. Patrzyłam, jak schodzi po tych czystych schodach i wsiada do auta. Łopata na tylnym siedzeniu, okno uchylone, mimo mrozu. Pojechał.
Następnego tygodnia znowu padało. Zadzwonił we wtorek wieczorem. „Mamo, jutro z rana przyjadę." Nie przyjechał. W środę zapukałam w kaloryfer. Kuba przyszedł w pięć minut.
I tak się ułożyło. Pan Kuba odśnieża, syn dzwoni. Kuba je szarlotkę przy moim stole i opowiada o egzaminach, a ja słucham i myślę o tym, jak dziwnie życie rozkłada role. Syn mnie kocha - wiem to. Dzwoni co drugi dzień, pyta o zdrowie, przywozi wnuczkę w niedzielę. Ale schody odśnieża ktoś inny.
Czasem wieczorem, pakując szarlotkę w folię aluminiową, żeby rano zanieść Kubie pod czwórkę, myślę sobie: czy to ja zawiodłam jako matka? Czy nie nauczyłam Tomka czegoś, co powinnam była? A może to nie o wychowanie chodzi, tylko o to, że człowiek ma ograniczoną ilość uwagi i ktoś zawsze stoi na końcu kolejki? I czy ja, z tą szarlotką dla obcego chłopaka, nie robię synowi czegoś, czego nie powinnam?
Obietnice topnieją szybciej niż śnieg. Ale szarlotka - ta zostaje.