Mąż odszedł do młodszej, kiedy dzieci były małe. Alimenty ściągał komornik. Teraz ma siedemdziesiąt cztery lata, jest po udarze, a młodsza odeszła. Córka: „mamo, weź go do siebie, on już nikogo nie ma". Miał. Dwadzieścia trzy lata temu.

Kasia zadzwoniła w niedzielę, tuż po ósmej rano. Wiedziała, że o tej porze będę już po kawie, bo od trzydziestu lat wstaję o szóstej - nawet teraz, na emeryturze. Odebrałam z balkonu, gdzie podlewałam pelargonie. Głos córki był dziwnie miękki, taki jak wtedy, gdy w trzeciej klasie rozbiła wazon z kryształem i przyszła się przyznać.

- Mamo, muszę z tobą porozmawiać. Ale na spokojnie, dobrze?

Postawiłam konewkę na posadzce. Pelargonie mogły poczekać.

- Mów, Kasiu.

- Tata miał udar. Leży w szpitalu na neurologii. Tamta go zostawiła, już chyba z pół roku temu. Nie ma nikogo, mamo. Naprawdę nikogo.

Stałam na balkonie mojego bloku na Gocławiu z telefonem przy uchu i patrzyłam na osiedlowy plac zabaw, na którym kiedyś Kasia i Michał budowali babki z piasku.

Miałam sześćdziesiąt trzy lata, byłam trzeci rok na emeryturze z księgowości, i właśnie usłyszałam, że Ryszard Korczak - mężczyzna, który zostawił mnie z dwójką dzieci, pustym kontem i rachunkami za prąd - potrzebuje pomocy.

- Kasiu - powiedziałam spokojnie, choć serce mi waliło - a od kiedy ty masz kontakt z ojcem?

Cisza. Długa, gęsta cisza, w której słyszałam, jak Kasia oddycha przez nos, tak jak Ryszard oddychał, kiedy szukał słów.

- Od jakichś pięciu lat, mamo. Przepraszam, że ci nie mówiłam.

Pięć lat. Moja córka, która jako dwunastolatka płakała w poduszkę, bo ojciec nie przyszedł na jej komunię, spotykała się z nim od pięciu lat. Piła z nim pewnie kawę w jakiejś cukierni, rozmawiała o życiu, może pokazywała zdjęcia wnuczki. A ja przez te pięć lat nic nie wiedziałam.

Ryszard odszedł w dziewięćdziesiątym dziewiątym. Kasia miała jedenaście lat, Michał osiem. Nie było żadnej wielkiej sceny, żadnego trzaskania drzwiami - wrócił pewnego piątku z pracy, usiadł przy stole kuchennym i powiedział, że się wyprowadza. Że poznał kogoś. Że jest mu przykro, ale nie może inaczej.

Pamiętam, że na kuchence stygł rosół. Normalny, piątkowy rosół z marchewką i pietruszką, taki jak zawsze. Michał rysował przy stole kredkami. Kasia oglądała telewizję w pokoju. Cały świat się rozpadał, a rosół stygł i tłuszcz zastygał na wierzchu w złote kółka.

Tamta miała na imię Sylwia. Dwadzieścia dziewięć lat. Pracowała w biurze podróży. Mogłam być jej matką. Ryszard miał wtedy pięćdziesiąt jeden lat i nagły przypływ przekonania, że życie go omija. Że zasługuje na coś lepszego niż blok na Gocławiu, żona księgowa i dwójka dzieci, które ciągle czegoś potrzebują.

Alimenty? Teoretycznie zasądzone, praktycznie - ściągane przez komornika. Ryszard pracował na czarno u kolegi w warsztacie samochodowym, więc oficjalnie nie zarabiał. Komornik ściągał ochłapy - dwieście, trzysta złotych co kilka miesięcy. Resztę ciągnęłam sama. Podwójna zmiana w biurze rachunkowym, wieczorami zlecenia dla małych firm, w weekendy sprzątanie w prywatnej przychodni. Dzieci miały jeść, mieć czyste ubrania, iść na wycieczkę szkolną.

Nie opowiadam tego po to, żeby się użalać. Opowiadam, żeby było jasne, co usłyszałam, stojąc na balkonie z konewką w ręku: że mam wziąć do siebie człowieka, który mnie zostawił z tym wszystkim.

- Mamo - Kasia mówiła szybko, jakby bała się, że jej przerwę - ja bym go wzięła, ale u nas trzy pokoje, Zosia ma dopiero dwa latka, Krzysztof pracuje na zmiany. Michał jest w Anglii, sam wiesz. Tata po tym udarze nie może sam funkcjonować. Potrzebuje kogoś na stałe.

- A dlaczego nie ta Sylwia? - zapytałam.

- Mamo, Sylwia odeszła. Pół roku temu. Tata mieszkał sam, w kawalerce na Pradze. Sąsiad zadzwonił po pogotowie, jak go znalazł na klatce schodowej.

Odłożyłam telefon i weszłam do kuchni. Zrobiłam sobie herbatę z cytryną. Usiadłam przy stole - tym samym stole, choć trzy razy lakierowanym - i patrzyłam na ścianę, na której kiedyś wisiało nasze ślubne zdjęcie. Teraz wisiał tam obrazek z Zakopanego, kupiony na wycieczce z koleżankami z pracy.

Przez następne trzy dni Kasia dzwoniła codziennie. Najpierw z informacjami - rehabilitacja, rokowania, lewa strona ciała osłabiona, mowa bełkotliwa, ale umysł jasny. Potem z prośbami. Potem z pretensjami.

- Mamo, to jest człowiek. Nasz ojciec.

- Wasz ojciec - poprawiłam ją.

- Twój mąż.

- Były mąż, Kasiu. Od dwudziestu lat.

Michał zadzwonił z Manchesteru. Był krótki, jak to Michał: „Mamo, rób, jak uważasz. Ja go nie potrzebowałem przez dwadzieścia lat i on mnie nie potrzebował. Ale ty jesteś dorosła, nie będę ci mówił, co masz robić."

W czwartek pojechałam do tego szpitala. Nie wiem dlaczego. Może ze zwykłej ciekawości, a może z czegoś głębszego, czemu nie chciałam jeszcze dać nazwy. Wzięłam osiemnastkę, potem tramwaj, potem szłam piechotą przez podwórko pełne kwitnących kasztanowców. Maj był ciepły i pachniał tak, jakby świat nie miał żadnych problemów.

Leżał na sali czteroosobowej, pod oknem. Poznałam go od razu, choć wyglądał jak ktoś obcy. Chudy, szary na twarzy, z wąskimi ustami ściągniętymi w dół po lewej stronie. Włosy białe, rzadkie. Ręce na kocu jak z patyczków. To nie był ten Ryszard, który odchodził - sprężysty pięćdziesięciolatek z postawą kogoś, kto właśnie wygrał los na loterii.

Otworzył oczy. Patrzył na mnie długo. Potem powiedział jedno słowo, niewyraźne, ale zrozumiałe:

- Bożena.

Usiadłam na taborecie obok łóżka. Nie dotknęłam go. Nie płakałam. Siedziałam i patrzyłam na tego człowieka, z którym przeżyłam dwadzieścia dwa lata, urodziłam dwójkę dzieci, spędziłam siedemnaście wigilii. I który pewnego piątku usiadł przy kuchennym stole i powiedział, że odchodzi.

- Słyszałam, że potrzebujesz pomocy - powiedziałam.

Skinął głową. Z prawego oka pociekła mu łza. Jedna, powolna, po pomarszczonej skórze.

Wróciłam do domu. Pelargonie na balkonie zwiędły, bo przez trzy dni zapomniałam podlać. Podlałam je starannie, każdą doniczkę. Potem usiadłam z herbatą i myślałam. Nie o przeszłości - o przeszłości myślałam już wystarczająco dużo. Myślałam o tym, kim jestem teraz. O tych trzech pokojach, w których wreszcie jest cicho i czysto. O porannej kawie w spokoju. O koleżankach, wycieczkach, książkach czytanych do północy. O życiu, które skleiłam z odłamków i które jest moje, tylko moje.

Kasia zadzwoniła wieczorem.

- Byłaś u niego, mamo. Pielęgniarka mi powiedziała. I co?

- Byłam - potwierdziłam.

- To go weźmiesz?

Milczałam. Za oknem osiedlowe latarnie zapalały się jedna po drugiej, jak co wieczór.

- Kasiu - powiedziałam w końcu - czy ty rozumiesz, o co mnie prosisz?

- Rozumiem, mamo. Proszę, żebyś była lepsza niż on.

I to zdanie zawisło między nami jak cięciwa naciągnięta do granic. Bo Kasia miała rację - mogłam być lepsza. Pytanie tylko, czy musiałam. Czy ktokolwiek ma prawo wymagać ode mnie, żebym za cenę własnego spokoju ratowała człowieka, który mój spokój zniszczył dwadzieścia trzy lata temu.

Następnego ranka wstałam o szóstej jak zwykle. Zrobiłam kawę. Podlałam pelargonie. A potem zaczęłam sprzątać mały pokój - ten, w którym kiedyś był pokój Michała. Wynosiłam pudła z książkami, składałam stary rower treningowy, wycierałam kurz z parapetu. Robiłam to powoli, metodycznie, jak ktoś, kto jeszcze nie podjął decyzji, ale już przygotowuje miejsce na jej konsekwencje.

Na dnie szuflady znalazłam nasze stare zdjęcie z wakacji nad Bałtykiem. Sopot, dziewięćdziesiąty trzeci. Kasia na ramionach Ryszarda, Michał trzyma mnie za rękę, wszyscy się śmiejemy. Obróciłam zdjęcie. Na odwrocie moim pismem: „Najlepsze lato".

Położyłam je z powrotem w szufladzie. Nie na wierzchu, ale i nie na samym dnie.