Po dwudziestu latach padła mi pralka. Syn obiecał: „pożyczymy ci na nową, mamo, tylko po pierwszym". Pierwszy minął, drugi też. Piorę w wannie. W niedzielę synowa pochwaliła się nowym ekspresem: „cztery tysiące, ale za to jaka pianka".
Nie powiedziałam ani słowa. Uśmiechnęłam się, wypiłam tę kawę z pianką i wróciłam do siebie autobusem 174, bo taksówka za droga. Przez całą drogę patrzyłam w okno i liczyłam.
Nie pieniądze - liczyłam lata. Ile razy prałam Darkowi koszulki po treningach, ile razy suszyłam mu buty nad kaloryferem, ile razy w nocy wstawałam do pralki, bo rano musiał mieć czystą koszulę do szkoły. Dwadzieścia lat tej pralki to było dwadzieścia lat jego życia. I mojego.
Mam na imię Halina, za trzy miesiące skończę sześćdziesiąt dwa lata. Mieszkam na Gocławiu, w bloku z wielkiej płyty, czwarte piętro bez windy. Trzydzieści osiem lat pod tym samym adresem. Przeprowadziłam się tu z mężem Ryszardem, kiedy byłam w czwartym miesiącu ciąży z Darkiem. Ryszard pracował jako elektryk w hucie na Pradze, ja jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej. Życie zwyczajne, ale nasze.
Ryszard odszedł osiem lat temu. Rak płuc, dziewięć miesięcy od diagnozy do końca. Darek miał wtedy dwadzieścia pięć lat, właśnie poznał Paulinę. Pamiętam, jak stał nad grobem ojca i powiedział: „Mamo, teraz ja się tobą zajmę". Paulina stała obok i trzymała go za rękę. Wydawała się dobra. Ciepła. Może wtedy jeszcze była.
Pralka zaczęła nawiewać na początku marca. Najpierw nie chciała odwirowywać, potem zaczęła cieknąć. Wezwałam serwisanta, pan Zbyszek z parteru, który naprawia wszystko. Popatrzył, potrząsnął głową. „Pani Halino, łożyska, pompa, uszczelki. To wyjdzie drożej niż nowa. Mechanizm ma swoje lata, nie opłaca się".
Nowa najtańsza pralka - sprawdziłam w tym internecie - tysiąc dwieście złotych. Moja emerytura po ZUS-ie to dwa tysiące sto. Czynsz, leki na ciśnienie, rachunki za prąd i gaz, jedzenie. Została mi na koniec miesiąca stówka, może dwie. Na pralkę musiałabym zbierać pół roku, nie jedząc.
Zadzwoniłam do Darka.
„Mamo, teraz nam ciężko, wiesz. Paulina się urządza, remonty, raty. Ale po pierwszym pożyczymy ci, obiecuję".
Pożyczymy. Nie damy - pożyczymy. Złapałam się na tym słowie dopiero wieczorem, kiedy moczyłam pościel w wannie. Mój syn chce mi pożyczyć pieniądze na pralkę. Mój jedyny syn, któremu zmieniałam pieluchy, któremu płaciłam za korepetycje z angielskiego, którego postawiłam na nogi sama, kiedy Ryszard chorował i nie mógł pracować. Pożyczyć.
Nie powiedziałam mu tego. Powiedziałam: „Dobrze, synku, nie spieszy się".
Pierwszy minął. Zadzwoniłam - nie, żeby przypominać. Zadzwoniłam, bo w niedzielę były jego imieniny. Odebrała Paulina.
„Darek wyszedł po bułki. Wie pani co, teściowo, my teraz mamy taki trudny okres, bo wziął samochód na raty i jeszcze ten remont łazienki..."
Wie pani. Teściowo. Trzy lata po ślubie i nadal „pani". Przełknęłam.
„Rozumiem, kochana. Przekaż Darkowi życzenia".
Drugi miesiąc minął. Cisza. Piorę w wannie. Ręce mam popękane, bo detergent żre skórę, a rękawice gumowe kosztują, więc używam ich na zmianę - jedna ręka w rękawicy, drugą pomagam. Pościel jest najgorsza. Mokra pościel waży chyba z dwadzieścia kilo, a ja mam sześćdziesiąt jeden lat i kręgosłup po czterdziestu latach pochylania się nad biurkiem.
Sąsiadka Krysia z drugiego piętra zaproponowała, że mogę u niej prać. Odmówiłam. Podziękowałam, ale odmówiłam. Dlaczego? Bo się wstydzę. Wstydzę się, że mój syn - ten, który miał się mną zająć - nie kupił mi pralki. Że chodzę po klatce schodowej z miednicą mokrego prania jak moja babcia na wsi pod Radomiem w latach pięćdziesiątych.
A potem była ta niedziela.
Darek zaprosił mnie na obiad. Ucieszyłam się, bo dawno mnie nie zapraszał. Pojechałam z sernikiem, który piekłam od szóstej rano, bo Darek zawsze lubił mój sernik. Autobus, przesiadka, dwadzieścia minut piechotą, bo nie chciałam wydawać na drugi bilet.
Mieszkanie ładne. Nowe. Trzypokojowe na Białołęce, developer, balkon, miejsce w garażu podziemnym. Na kredyt oczywiście, ale ładne. Paulina otworzyła drzwi w nowej sukience - takiej, co to wygląda jakby była z niczego, a kosztuje pewnie więcej niż moja emerytura.
Darek uściskał mnie w przedpokoju. Pachnął dobrze. Mój chłopak.
Usiedliśmy w kuchni. I wtedy Paulina powiedziała to zdanie.
„Teściowo, popatrzcie, kupiliśmy nowy ekspres do kawy. Cztery tysiące, ale za to jaka pianka!"
Pokazywała mi ten ekspres jak dziecko nową zabawkę. Srebrny, lśniący, z wyświetlaczem dotykowym. Cztery tysiące złotych. Trzy razy tyle, ile kosztuje najtańsza pralka. Pianka.
Popatrzyłam na Darka. Siedział przy stole i kroił chleb. Nie podniósł wzroku. Wiedział. Oczywiście, że wiedział. W jego szczęce zobaczyłam to napięcie, które znałam od dziecka - zaciśnięte zęby, jakby gryzł coś, co nie chce przejść.
„Piękna pianka" - powiedziałam. I wypiłam tę kawę do końca.
Przez resztę obiadu rozmawialiśmy o pogodzie, o sąsiadach Darka, o tym, że Paulina zapisała się na jogę. Nikt nie powiedział słowa o pralce. Ja nie powiedziałam, bo nie umiem prosić dwa razy. Darek nie powiedział, bo - i tu jest coś, czego nie rozumiem do końca - chyba nie wie, jak to powiedzieć przy Paulinie. A może wie, ale nie chce.
Wróciłam do domu o szóstej. W wannie czekało namoczone pranie. Uklękłam na macie, którą kładę, żeby nie bolały kolana, i zaczęłam prać. Koszula nocna, dwie bluzki, ręczniki. Woda szara, ręce czerwone.
I wtedy się rozpłakałam. Nie z powodu pralki. Z powodu tego, że Darek patrzył w chleb, kiedy Paulina mówiła o piance. Że wiedział i milczał. Że może tak właśnie wygląda dorosłość mojego syna - że nauczył się milczeć w nieodpowiednim momencie, tak jak Ryszard milczał, kiedy trzeba było walczyć o podwyżkę, tak jak ja milczałam, kiedy trzeba było powiedzieć „nie".
Krysia zapukała wieczorem, przyniosła mi kompot z jabłek. Usiadła w kuchni i popatrzyła na moje ręce.
„Halina, weź tę pralkę na raty u mnie w sklepie. Oddam ci zniżkę pracowniczą".
Krysia pracuje w sklepie z AGD na Grochowskiej. Mogła mi to zaproponować od początku, ale czekała, aż Darek się ogarnie. Teraz już nie czekała.
„Pomyślę" - powiedziałam.
I myślę. Od trzech dni myślę. Nie o pralce - o tym, czy jak wezmę tę pralkę od Krysi, to znaczy, że odpuściłam synowi. Że zwolniłam go z tej jednej obietnicy, jedynej, o którą go prosiłam. Że powiem mu: nic nie musisz, daj spokój, mama sobie poradzi. Jak zawsze.
A może powinnam po prostu zadzwonić i powiedzieć to, czego nigdy nie mówię: „Darek, jestem zła. Jestem rozczarowana. Pianka za cztery tysiące, a matka pierze w wannie".
Ale wtedy on się obrazi. Albo - co gorsza - Paulina się obrazi, a Darek stanie po jej stronie, bo tak teraz jest, bo tak być powinno, bo żona jest ważniejsza niż matka. Wiem to. Rozumiem to. Sama tak chciałam, kiedy Ryszard stawiał swoją matkę ponad mnie. Koło się zamyka.
Jutro rano znowu będę klęczeć przy wannie. Namoczę bluzki, wyżmę ręczniki, rozwieszę na suszarce w pokoju, bo na balkonie wieje. I będę się zastanawiać, czy bardziej boli mnie kręgosłup, czy to, co siedzi gdzieś między żebrami, w miejscu, które żaden lekarz nie zbada.
Cztery tysiące. Ale za to jaka pianka.