Od czterech lat co rano jeżdżę do teściowej: opatrunki, leki, obiad, w sobotę kąpiel. Szwagier Marek wpada raz w roku, na jej urodziny. W tym roku teściowa złapała go za rękę: „Mareczku, tylko ty o mnie pamiętasz". Tort kroiłam ja.
Nóż wszedł w biszkopt prosto i gładko. Ale ręka mi drżała. Sernik z polewą czekoladową, piekłam go od wieczora, bo Halina lubi akurat taki - nie za słodki, z odrobiną skórki pomarańczowej.
Stałam z tym nożem nad tortem i słyszałam, jak przy stoliku w pokoju Marek opowiada o remoncie łazienki w swoim domu pod Poznaniem. Teściowa słuchała z takim zachwytem, jakby opisywał wyprawę na Kilimandżaro.
A ja kroiłam tort. I milczałam.
Mam na imię Renata. Sześćdziesiąt lat skończę w listopadzie. Z Andrzejem wzięliśmy ślub trzydzieści dwa lata temu, w kościele na Woli, w taką ulewę, że goście biegali z gazetami nad głowami. Andrzej zawsze mówił, że deszcz w dniu ślubu to szczęście. Może miał rację - trzydzieści dwa lata to nie jest mało. Ale czasem szczęście ma dziwny kształt.
Kiedy Halina zachorowała, nie było dyskusji, kto się nią zajmie. Andrzej pracuje na dwie zmiany w zakładzie energetycznym, Marek mieszka trzysta kilometrów dalej. „Renatko, ty jesteś w domu, ty dasz radę" - powiedział mi mąż pewnego wieczoru, kiedy wrócił z dyżuru. Nie zapytał. Stwierdził.
A ja nie byłam „w domu". Pracowałam wtedy jeszcze w księgowości w spółdzielni na pół etatu. Zrezygnowałam trzy miesiące później, bo nie dało się łączyć. Opatrunki na owrzodzenia na nogach teściowej trzeba było zmieniać dwa razy dziennie. Lekarz wypisywał recepty, ale po leki jeździłam ja. Na NFZ kolejki, więc umawiałam wizyty prywatnie - za pieniądze, o które nikt mnie potem nie pytał.
Codzienność z Haliną wygląda tak: budzik o szóstej, herbata, kanapka w biegu. O siódmej jestem u niej na osiedlu - dziesięć minut autobusem z naszego bloku na Bielanach. Otwieram drzwi swoim kluczem, bo Halina sama już nie wstanie. Najpierw leki - garść tabletek rozłożona w plastikowym pojemniku z dniami tygodnia. Potem opatrunki. Potem śniadanie - owsianka albo jajecznica, bo tylko to chce jeść. Potem sprzątanie, pranie pościeli co trzy dni, bo Halina ma problemy z pęcherzem. Obiad gotuję u siebie wieczorem i przywieram w termosie. W sobotę kąpiel - najcięższa rzecz, bo Halina waży swoje osiemdziesiąt kilo, a ja mam kręgosłup niezbyt zdrowy po latach siedzenia nad fakturami.
Marek? Marek dzwoni raz w miesiącu. „Mamo, jak się czujesz? A daj Renatę." I mnie mówi: „Renata, gdyby co, to dzwoń, przyjedziemy z Kasią." Przez cztery lata „przyjedziemy" zdarzyło się sześć razy. Trzy razy na urodziny Haliny, raz na Wigilię, raz kiedy myśleli, że Halina umiera po zapaleniu płuc - ale ona się pozbierała - i raz, kiedy Marek miał konferencję w Warszawie i wpadł na dwie godziny. Dwie godziny. Z kwiatami.
Halina za każdym razem płakała ze szczęścia na jego widok.
Mnie nigdy nie powiedziała dziękuję. Nie żeby liczyła - naprawdę nie liczyłam. Ale zauważyłam, bo człowiek zauważa takie rzeczy, nawet jeśli się przed tym broni.
Andrzej widzi, jak wracam zmęczona. Czasem powie: „Może jutro odpuść, niech jeden dzień poleży sama." Ale oboje wiemy, że nie odpuszczę. Bo kto zmieni opatrunki? Kto poda leki o odpowiedniej porze? Mają być o ósmej, nie o dwunastej. Andrzej potrafi naprawić każdą instalację elektryczną w bloku, ale matce leku nie poda. Boi się tych owrzodzeń. Mdli go. Mnie też mdliło na początku. Przeszło.
Tort kroiłam w kuchni, bo przy stoliku nie było miejsca. Marek przywiózł kwiaty - lilie, Halina je uwielbia - i dużego pluszowego misia, jakby matka miała pięć lat, nie osiemdziesiąt trzy. Kasia, żona Marka, kręciła się z telefonem i robiła zdjęcia. „Na Facebooka" - szepnęła do mnie, jakby to było oczywiste. Na jednym zdjęciu było widać, jak Marek karmi Halinę czekoladką. Pod zdjęciem Kasia napisała potem: „Najlepsza teściowa na świecie, kochamy Cię!". Dwieście polubień.
Nikt nie zrobił mi zdjęcia, kiedy tydzień wcześniej jechałam z Haliną karetką na ostry dyżur, bo ciśnienie skoczyło jej do dwustu. Siedziałam w poczekalni do drugiej w nocy. Rano przyjechałam do niej jak zwykle, o siódmej.
Kiedy Halina powiedziała tamto zdanie - „Mareczku, tylko ty o mnie pamiętasz" - Marek się uśmiechnął. Taki ciepły, skromny uśmiech. Pewnie nawet uwierzył. A może nie. Może wiedział, że to niesprawiedliwe, ale wygodniej było się uśmiechnąć niż powiedzieć: „Mamo, to Renata o ciebie dba codziennie."
Nie powiedział.
Andrzej siedział obok i mieszał herbatę łyżeczką. Spojrzeliśmy na siebie. On spuścił wzrok. Wiedział. Ale też nic nie powiedział.
„Halina" - zaczęłam, stawiając przed nią talerz z sernikiem. I coś we mnie się zacisnęło. Taki supeł w gardle, który nie pozwala mówić, ale jednocześnie popycha słowa na zewnątrz. Halina podniosła na mnie oczy - mętne, starsze niż ona sama.
„Halina, cieszę się, że Marek przyjechał" - powiedziałam spokojnie. „Ale opatrunki jutro rano zmienię jak zawsze. O siódmej."
Cisza. Kasia schowała telefon. Marek przestał się uśmiechać. Halina patrzyła na mnie przez chwilę, a potem wzięła widelczyk i zaczęła jeść sernik. „Dobry" - powiedziała cicho. I nic więcej.
Wracałam do domu autobusem. Był maj, lipy kwitły nad przystankiem, powietrze pachniało tak, jakby ktoś rozlał miód na chodniku. Usiadłam przy oknie i myślałam o tym, co powiedziałam. I o tym, czego nie powiedziałam. Bo chciałam powiedzieć dużo więcej. Że jestem zmęczona. Że mnie boli kręgosłup i że budzę się w nocy z myślą, czy zamknęłam okno u Haliny. Że wydałam na jej leki więcej niż Marek przez cztery lata. Że nie chcę wdzięczności - chcę, żeby ktoś widział.
Andrzej czekał w domu z kolacją. Kanapki z szynką i ogórkiem, herbata z cytryną. Postawił przede mną talerz i powiedział: „Wiem, że to było nie fair."
„Co zrobisz?" - zapytałam.
Milczał dłuższą chwilę. Potem wzruszył ramionami. „Matka jest stara, Renata. Nie zmienisz jej."
I pewnie miał rację. Ale ja tej nocy nie mogłam zasnąć. Leżałam i patrzyłam w sufit, i zastanawiałam się, czy rano znów pojadę o siódmej. I wiedziałam, że pojadę. I nie wiedziałam, czy to jest siła, czy słabość, czy po prostu przyzwyczajenie, które wrosło mi w kości tak głęboko, że nie potrafię go już od siebie odróżnić.
Budzik zadzwonił o szóstej. Wstałam. Zrobiłam herbatę. Wzięłam torbę z opatrunkami.
Przy drzwiach zatrzymałam się na chwilę dłużej niż zwykle.