Przez cztery lata codziennie odbierałam wnuki ze szkoły, żeby córka nie płaciła opiekunce. W poniedziałek dostałam SMS-a: od jutra przychodzi pani z agencji. Wiadomość miała trzy zdania i w żadnym nie było słowa „dziękuję".

Przeczytałam tę wiadomość trzy razy. Potem odłożyłam telefon ekranem w dół, jakby to coś zmieniało. Herbata na stole stygła. Zegar w kuchni tykał. A ja siedziałam i czekałam, aż mnie przestanie boleć to jedno zdanie, które tam powinno być, a którego nie było.

Zadzwoniłam do Krysi, sąsiadki z parteru, bo do kogo miałam zadzwonić - do córki? Krysia powiedziała: „Bożena, może to nieporozumienie, może pisała w biegu." Może. Tylko że Patrycja nigdy nie pisała w biegu. Patrycja wszystko robiła z planem, z tabelką, z kalendarzem na telefonie. Jeśli napisała trzy zdania bez „dziękuję", to znaczy, że te trzy zdania wystarczały.

Mam sześćdziesiąt dwa lata, od trzech jestem na emeryturze, a wcześniej dwadzieścia siedem lat pracowałam w księgowości w mleczarni pod Poznaniem. Mąż Andrzej odszedł osiem lat temu - nie umarł, odszedł, do kobiety z sanatorium w Ciechocinku, ale to inna historia, na którą brakuje mi już łez i cierpliwości. Zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu na Ratajach. Balkon wychodzi na podwórko z klonem, który pamięta czasy, gdy się tu wprowadzaliśmy. I przez cztery lata ten balkon był dla mnie tylko miejscem, gdzie wieszałam pranie, bo od siódmej rano do szóstej wieczorem żyłam życiem moich wnuków.

Olek i Hania. Siedem i dziewięć lat teraz, trzy i pięć, kiedy zaczęłam je odbierać. Patrycja dostała awans w firmie logistycznej - kierowniczka zmiany, potem koordynatorka regionu. Grzegorz, jej mąż, jeździł TIR-em na trasach do Niemiec, więc bywał w domu jak gość hotelowy. Ktoś musiał po dzieci do szkoły, ktoś musiał odrobić z nimi lekcje, nakarmić obiadem, zaprowadzić Hanię na angielski, a Olka na judo. Opiekunka kosztowała dwa tysiące miesięcznie. Ja nie kosztowałam nic.

„Mamo, to tylko na chwilę" - powiedziała Patrycja cztery lata temu, stojąc w moim przedpokoju z torbą pełną kluczy, ubrań na zmianę i plastikowym pudełkiem z kanapkami. „Jak się rozkręcę w pracy, to coś wymyślimy." Rozkręciła się. Nie wymyśliła.

Nie żałuję ani jednego dnia z tymi dziećmi. Chcę, żeby to było jasne. Robiłam rosół w czwartki, bo Olek go uwielbiał. Szyłam Hani kostium na jasełka - anioł z tiulowymi skrzydłami, pół nocy przy maszynie. Chodziłam na wywiadówki, gdy Patrycja „nie mogła się wyrwać". Tłumaczyłam ułamki, bo podręcznik był pisany tak, jakby autorzy nienawidzili dzieci. Czytałam im na dobranoc, aż Hania powiedziała, że jest za duża na czytanie, a miesiąc później poprosiła, żebym jednak czytała, tylko cicho, żeby Olek nie słyszał. Mam zeszyt, w którym zapisywałam ich śmieszne powiedzonka. Czterdzieści sześć stron, drobnym pismem.

A teraz: pani z agencji.

W środę nie wytrzymałam i zadzwoniłam do Patrycji. Odebrała po piątym sygnale, głosem osoby, która ma ważniejsze sprawy.

- Mamo, rozmawiałyśmy o tym. Napisałam ci w poniedziałek.

- Nie rozmawiałyśmy, Patrycja. Ty mi napisałaś SMS-a. To nie jest rozmowa.

- No dobrze, to teraz rozmawiamy. Pani Agata zaczyna od jutra. Będzie odbierać dzieci i zostawać z nimi do mojego powrotu. Możesz odpocząć.

- A jeśli ja nie chcę odpoczywać?

Cisza. Słyszałam, jak przekłada telefon do drugiego ucha.

- Mamo, dzieci potrzebują kogoś, kto ma z nimi siłę biegać po podwórku. Olek rośnie, jest coraz bardziej energiczny. Myślę, że to lepsze rozwiązanie. Dla wszystkich.

Dla wszystkich. To słowo „wszystkich" uderzyło mnie bardziej niż brak „dziękuję" w SMS-ie. Bo w tym „wszystkich" byłam ja - problem, który trzeba było rozwiązać. Babcia, która się zestarzeła. Babcia, która nie nadąża. Babcia, którą można wymienić na panią z agencji za - ile teraz? - trzy tysiące miesięcznie. Cztery lata temu Patrycja nie miała dwóch tysięcy. Teraz ma trzy i nagle babcia jest za wolna.

W piątek pojechałam do nich po swoje rzeczy. Bo przez cztery lata u Patrycji zebrało się trochę moich drobiazgów - kubek z napisem „Najlepsza babcia", fartuch, kapcie, zapasowe okulary, ten zeszyt z powiedzonkami. Hania była w szkole. Olka zastałam w domu - miał katar.

- Babciu! - rzucił się na mnie w przedpokoju, cały gorący, w piżamie z dinozaurami. - Zostaniesz na obiad? Pani Agata robi makaron, ale bez sera, bo mówi, że ser się przykleja.

Pani Agata stała w kuchni. Młoda, może trzydzieści lat. Uśmiechnęła się uprzejmie. Na blacie leżała tabelka z planem dnia - wydrukowana, kolorowa, z magnesami. Patrycji dzieło. Patrycja, która nigdy nie zrobiła tabelki dla mnie, bo ja po prostu wiedziałam. Bo byłam matką i babcią, nie pracownicą, której trzeba dać instrukcję.

Zabrałam kubek, kapcie i zeszyt. Fartuch zostawiłam.

- Babciu, a w poniedziałek przyjdziesz? - Olek stał w drzwiach, nos czerwony, oczy mokre, ale nie od płaczu, od kataru.

- Przyjdę, skarbie - powiedziałam.

Nie wiem, czy przyjdę. Patrycja nie dzwoni, żeby zaprosić. A ja nie chcę się wpychać. Przez cztery lata wpuszczano mnie bez pytania, bo byłam potrzebna. Teraz musiałabym pytać o pozwolenie. I to jest chyba najgorsze - nie to, że mnie zastąpili, ale to, że w jednym SMS-ie z trzema zdaniami zmienił się mój status. Z osoby niezbędnej stałam się gościem. A gość powinien uprzedzić, że wpadnie.

Krysia mówi, że powinnam porozmawiać z Patrycją na spokojnie, powiedzieć, co czuję. „Dzieci nie wiedzą, że nas ranią, dopóki im nie powiesz" - tak mówi Krysia, która ma dwóch synów w Irlandii i widuje wnuki na ekranie laptopa. Może ma rację. Może powinnam usiąść z córką przy kawie i powiedzieć: bolało mnie, że nie podziękowałaś. Że potraktowałaś mnie jak opiekunkę, którą się zwalnia.

Ale jest też druga myśl, ta cichsza, której nie mówię Krysi. Może Patrycja miała prawo. Może dzieci faktycznie potrzebują kogoś młodszego, szybszego. Może ja się za bardzo przywiązałam i zaczęłam traktować wnuki jak swoje, a one są jej. I może ten SMS był jedynym sposobem, w jaki umiała to zrobić - szybko, krótko, bez rozmowy, bo wiedziała, że w rozmowie bym ją przekonała. Że powiedziałabym: dam radę, jeszcze mogę, nie trzeba żadnej pani. I znowu minęłoby kolejne cztery lata.

Wczoraj otworzyłam zeszyt z powiedzonkami. Na ostatniej stronie Hania narysowała coś w zeszłym roku - dom z dużym oknem i trzy postacie. Pod spodem napisała swoim okrągłym pismem: „Babcia, ja i Olek. Nasz piątek." Bo w piątki robiliśmy naleśniki.

Zamknęłam zeszyt i schowałam go do szuflady. Nie na wierzch, nie na widok. Ale też nie na samo dno.