Po śmierci mężów zostałyśmy z sąsiadką z naprzeciwka same, każda za swoimi drzwiami. W styczniu zaczęłyśmy gotować obiady razem, raz u niej, raz u mnie. Od marca mamy do siebie klucze, a wieczorem, zanim zgaszę światło, pukam dwa razy w ścianę.
Dwa pukania. Wtedy Halina odpakowuje z drugiej strony i też puka. Dwa razy. To znaczy: jestem, nie śpię, wszystko dobrze. Takie nasze dobranoc. Mój syn Tomek powiedział ostatnio przez telefon, że to dziwne. Że brzmię jak pensjonariuszka domu starców. Nie odpowiedziałam mu, bo coś mnie ścisnęło w gardle, ale pomyślałam: a ty, Tomku, kiedy ostatni raz zapukałeś do moich drzwi?
Henryk odszedł w październiku. Trzustka. Trzy miesiące od diagnozy do pogrzebu - szybko, strasznie szybko. Czterdzieści lat małżeństwa zmieściło się potem w jednym kartonie, który musiałam zanieść do ZUS-u. Książeczka ubezpieczeniowa, akt zgonu, zaświadczenie o stażu pracy. Urzędniczka za szybką nawet nie podniosła głowy. Ja stałam w kolejce i myślałam, że za chwilę ktoś mnie zapyta, czy wszystko w porządku. Nikt nie zapytał.
Halinie mąż zmarł trzy tygodnie przede mną. Znaczy - trzy tygodnie przed Henrykiem. Bogdan. Serce. Na działce ROD, w sobotę, przy podlewaniu pomidorów. Sąsiadka z trzeciego piętra powiedziała mi o tym na klatce, szeptem, jakby to była tajemnica. Pamiętam, że wtedy jeszcze żyłam w swoim świecie - wożenie Henryka na chemię, gotowanie bulionów, szukanie wygodniejszych poduszek. Na Halinę nie miałam czasu. Na nikogo nie miałam czasu.
W listopadzie spotkałyśmy się na cmentarzu. Pierwszy listopada, tłum ludzi, znicze, chryzantemy. Stałam nad grobem Henryka i nagle zobaczyłam ją - cztery rzędy dalej, w granatowym płaszczu, z jednym zniczem w ręce. Bardzo chuda. Pomyślałam, że zawsze była szczupła, ale to było coś innego. To była chudość kogoś, kto zapomina jeść.
Skinęłyśmy sobie głowami. Nic więcej. Wracałyśmy potem tym samym autobusem, siedziałyśmy obok siebie w milczeniu. Na naszym piętrze powiedziała: "Dobranoc, Bożena" - i zamknęła za sobą drzwi. Ja zamknęłam swoje. I to milczenie zostało na dwa miesiące.
Bo ja i Halina nigdy nie byłyśmy przyjaciółkami. Trzydzieści lat na jednym piętrze, a między nami zawsze były tylko uprzejmości. "Dzień dobry", "ładna pogoda", "widziała pani hydraulika?". Henryk z Bogdanem czasem zamienili zdanie o meczu, raz naprawiali razem zamek w drzwiach do piwnicy. Ale żebyśmy siadły do kawy? Nigdy. Ja miałam swoje koleżanki z pracy, Halina swoje z parafii. Nasze światy się nie stykały.
W styczniu zadzwoniła do moich drzwi. Stała z garnkiem w rękach i powiedziała: "Bożena, ugotowałam za dużo żurku, bo ciągle liczę na dwie osoby. Weźmiesz?"
Wzięłam. Zjadłam. Następnego dnia zaniosłam jej pusty garnek i talerz z trzema kawałkami szarlotki. Wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale zamiast tego powąchała szarlotkę i zapytała: "Z kruszonką?". "Z kruszonką" - potwierdziłam. I tak zaczęłyśmy gotować razem.
Obiady raz u niej, raz u mnie. Żurek, rosół, kluski śląskie, bo Halina jest spod Gliwic. Schabowy, kopytka, grochówka. Krojenie marchewki w jej kuchni, piątkowe leniwe u mnie. Najpierw gadałyśmy o przepisach, potem o mężach, a potem - o tym, co zostaje, kiedy mężów już nie ma.
"Wiesz, co jest najgorsze?" - powiedziała kiedyś, siekając cebulę. Oczy jej łzawiły i nie wiem, czy od cebuli. - "Że rano budzę się i przez sekundę myślę, że Bogdan poszedł do łazienki. I ta sekunda jest najlepsza i najgorsza część dnia."
Znałam to. Ja nie myślałam o łazience. U mnie to były kapcie. Kapcie Henryka stały przy łóżku jeszcze do lutego, bo nie potrafiłam ich przestawić. W końcu Halina je zobaczyła, kiedy przyszła po miskę do ciasta. Nic nie powiedziała. Następnego dnia przyniosła mi parę nowych, moich. Różowe, miękkie, z jakiegoś marketu. "Te stare się rozpadają" - powiedziała, patrząc na moje podarte klapki, nie na kapcie Henryka. Zrozumiałam.
W marcu dała mi klucz. Normalnie, bez ceremonii, przy kawie. "Jakby mi się coś stało w nocy" - powiedziała. Ja jej dałam swój następnego dnia. Tomek, kiedy się dowiedział, zamilkł na chwilę. Potem powiedział: "Mamo, obca kobieta ma klucze do twojego mieszkania?". Obca kobieta. Trzydzieści lat za ścianą.
"A ty masz klucz?" - zapytałam. Nie odpowiedział. Bo nie ma. Bo mieszka w Gdańsku, ma żonę, ma dwójkę dzieci, ma pełne ręce roboty. Ja to rozumiem. Naprawdę rozumiem. Ale rozumienie nie ogrzewa wieczorów.
Tomek przyjechał na Wielkanoc. Dwa dni. Halina przyniosła barszcz biały i babkę piaskową, bo wie, że ja bab nie piekę. Tomek siedział przy stole, patrzył na nią, jadł, dziękował, ale widziałam, że mu coś nie pasuje. Kiedy Halina wyszła, powiedział: "Mamo, ludzie mogą gadać".
"Ludzie gadają od trzydziestu lat, synku. Zawsze o czymś."
"Ale to wygląda... nie wiem. Jakbyście były rodziną."
Spojrzałam na niego. Mój syn. Czterdzieści lat. Duże dłonie jak Henryk, ten sam sposób marszczenia czoła.
"A nie jesteśmy?" - zapytałam. I sama nie wiedziałam, co miałam na myśli.
Tomek wrócił do Gdańska. Halina przyszła wieczorem z herbatą. Piłyśmy w ciszy, patrząc przez okno na latarnie osiedlowe. Potem poszła do siebie, ja umyłam kubki i zgasiłam światło w kuchni.
A potem zadzwoniła Renata, moja siostra z Poznania. Ktoś jej powiedział - a może Tomek, nie wiem - że dzielę życie z sąsiadką. "Bożena, wszystko w porządku? Bo Tomek się martwi, że ta kobieta cię wykorzystuje. Że może liczy na mieszkanie."
Na mieszkanie. M-trzy na trzecim piętrze bloku z siedemdziesiątego szóstego roku. Halina, która ma identyczne M-trzy naprzeciwko, miałaby mnie wykorzystywać dla mojego.
Rozłączyłam się spokojnie, ale potem siedziałam w fotelu i czułam, jak coś we mnie twardnieje. Nie złość - coś głębszego. Zdałam sobie sprawę, że przez czterdzieści lat byłam czyjaś - Henryka, Tomka, rodziny. A teraz, kiedy pierwszy raz wybrałam kogoś sama, to natychmiast stało się podejrzane.
Wieczorem zapukałam dwa razy w ścianę. Halina odpowiedziała. Dwa razy.
Leżałam potem w ciemności i myślałam, że jutro muszę z nią porozmawiać. Powiedzieć, co mówi Tomek. Co mówi Renata. Że ludzie zaczynają mieć opinię o naszych obiadach. Że może powinnyśmy to jakoś... wyjaśnić. Ułożyć.
Albo nie muszę nic mówić. I jutro po prostu pokroję marchewkę - bo środa, więc obiad u Haliny - i będzie jak co dzień. Rosół albo pomidorowa. Dwa talerze. Dwie łyżki. Nic do wyjaśniania.
Tylko że te dwa pukania - nasze dobranoc, nasza jedyna pewność w nocy - dla jednych brzmią jak troska, a dla innych jak zamek, który powinien budzić niepokój. I nie wiem jeszcze, który dźwięk jest prawdziwy.