Syn wypowiedział mój telefon stacjonarny - „przepłacasz, mamo, masz komórkę". Na stacjonarny co niedzielę po mszy dzwoniła Gienia z Torunia, jedyna, która pamięta numer na pamięć; komórki nie ogarnia. Nie rozmawiałyśmy od trzech tygodni. Zaoszczędziłam czterdzieści złotych.
Czterdzieści złotych. Tyle kosztuje mnie cisza, która zapada w niedzielę o dwunastej trzydzieści, kiedy wracam z kościoła, stawiam wodę na herbatę i siadam przy kuchennym stole. Kiedyś w tym momencie dzwonił telefon. Taki zwykły, szary aparat z przyciskami, który stał na szafce w przedpokoju od dziewięćdziesiątego trzeciego roku. Teraz na szafce leży tylko serwetka szydełkowa i plastikowy koszyczek na klucze.
Tomek przyjechał w lutym, w sobotę, z torbą narzędzi i stosem papierów do podpisania. Mój syn ma czterdzieści dwa lata, pracuje jako elektryk w dużej firmie we Wrocławiu i od kilku lat postanowił, że będzie mnie „optymalizował". Zaczęło się od rachunków za prąd - wymienił mi żarówki na ledowe. Potem przyszła kolej na ubezpieczenie mieszkania, plan taryfowy w komórce, a na końcu stacjonarny. Usiadł przy tym samym kuchennym stole, rozłożył wydruki i powiedział: „Mamo, patrz - czterdzieści złotych miesięcznie za telefon, z którego dzwonisz może raz w tygodniu. Na komórce masz nielimitowane połączenia. To nie ma sensu".
Miał rację. Na papierze wszystko się zgadzało. Tomek zawsze ma rację na papierze.
- A Gienia? - spytałam wtedy.
- Mamo, daj jej numer komórki. Nagraj się na pocztę, wyślij SMS-a.
- Gienia ma siedemdziesiąt osiem lat i telefon z klapką, którego używa tylko do dzwonienia. SMS-ów nie czyta, bo nie widzi liter bez okularów, a okulary zostawia przy telewizorze.
Tomek westchnął tym swoim westchnieniem, które znam od kiedy miał szesnaście lat i tłumaczył mi, jak nagrać film na wideo. Cierpliwe, ale z nutą zmęczenia. Jakby mówił do kogoś, kto nie rozumie prostych rzeczy.
- To niech poprosi wnuczkę, żeby jej wpisała nowy numer. Mamo, to jest dwudziesty pierwszy wiek.
Podpisałam wypowiedzenie. Bo co miałam zrobić? Syn przyjechał specjalnie z Wrocławia, dwie i pół godziny w jedną stronę, żeby mi pomóc. Żeby zaoszczędzić mi te czterdzieści złotych, które - jak sam powiedział - „w skali roku robią prawie pięćset". Nie chciałam być tą upartą staruszką, która trzyma się rzeczy bez sensu. Pięćset złotych rocznie to nie jest mało. Za pięćset złotych można kupić porządne buty na zimę.
Gienia dzwoniła w niedziele od jedenastu lat. Zaczęło się po śmierci mojego męża, Kazimierza. Gienia to moja kuzynka, córka siostry mojej matki. Wychowywałyśmy się razem w Chełmnie, potem ja wyszłam za Kazimierza i przeprowadziłam się do Poznania, a ona za swojego Staszka i została w Toruniu. Przez lata widywałyśmy się na pogrzebach i weselach, czasem na imieninach. Ale po śmierci Kazimierza Gienia zadzwoniła pewnej niedzieli i powiedziała: „Bożenka, ja teraz będę dzwonić co tydzień, bo ty tam siedzisz sama i głupiejsz z tego siedzenia".
I dzwoniła. Co niedzielę, po mszy, między dwunastą a pierwszą. Opowiadała o wnukach, o serialach, o sąsiadce, która znowu suszyła bieliznę na balkonie tak, że kapało na dół. Ja opowiadałam o swoim osiedlu, o cenach pomidorów, o tym, że w parku przy bloku posadzili nowe lipy. Rozmowy trwały dwadzieścia, trzydzieści minut. Czasem godzinę. Potem robiłam sobie obiad i reszta niedzieli jakoś szła lżej.
Numer mojego stacjonarnego Gienia znała na pamięć od lat. Sześćdziesiąt jeden, a potem siedem cyfr - powtarzała je jak pacierz. Kiedy kiedyś żartowałam, że pewnie nawet we śnie by je wyrecytowała, odpowiedziała poważnie: „A jakżeby nie, Bożenka, bo jakby co, to ja muszę wiedzieć, gdzie dzwonić".
Numer mojej komórki zapisałam jej na kartce i wysłałam listem. Tak, listem, bo Gienia e-maila nie ma, a przez telefon dyktować jedenaście cyfr kobiecie, która słyszy na jedno ucho - to się nie uda. Czekałam tydzień. Dwa. W trzecią niedzielę po odłączeniu stacjonarnego usiadłam przy stole z herbatą i patrzyłam na komórkę. Ekran był czarny i cichy. O pierwszej zadzwoniłam sama.
Gienia odebrała po dziewiątym sygnale.
- Halo? Kto mówi?
- Gienia, to ja, Bożena.
- Bożenka! A ja do ciebie dzwonię i dzwonię, a tam mówią, że numer nie istnieje! Myślałam, że ci się coś stało. Myślałam, że może do szpitala trafiłaś i nikt mi nie powiedział, bo kto by powiedział, nikogo tam nie mam żeby zapytać...
Głos jej się trząsł. Nie ze złości - ze strachu. Gienia przez trzy tygodnie myślała, że jestem w szpitalu. Albo gorzej.
- Gienia, syn mi odłączył stacjonarny. Wysłałam ci nowy numer listem.
- Jaki list? Nie dostałam żadnego listu. Może Krysia wzięła i gdzieś odłożyła, ona mi tam porządki robi i potem nic nie mogę znaleźć...
Podałam jej numer komórki. Dyktowałam trzy razy. Gienia powtarzała, zapisywała, myliła się, zaczynała od nowa. W końcu powiedziała, że ma, ale że i tak to nie to samo, bo ten numer to ona nie zapamięta, a kartki się gubią.
- Bożenka - powiedziała na koniec - a nie mogłabyś z powrotem podłączyć tego stacjonarnego?
Wieczorem zadzwoniłam do Tomka. Powiedziałam mu o Gieni. O trzech tygodniach ciszy. O tym, że starsza kobieta siedziała w Toruniu i bała się, że jedyna osoba, z którą regularnie rozmawia, trafiła do szpitala i nikt jej nie zawiadomił.
Tomek słuchał. Potem powiedział: „Mamo, no trudno, ale nie będziesz trzymać telefonu za czterdzieści złotych miesięcznie dla jednej osoby, która nie chce się nauczyć dzwonić na komórkę. To jest jej problem, nie twój".
Jej problem. Nie mój.
Leżałam potem w ciemności i myślałam o tym, kiedy moje dzieci zaczęły dzielić świat na problemy - moje, ich, cudze. Kiedy wszystko stało się kwestią optymalizacji, taryfy, sensu przeliczonego na złotówki. Tomek jest dobrym synem. Przyjeżdża, naprawia, wymienia, dba o rachunki. Ale jest coś, czego nie widzi na swoich wydrukach. Czegoś, co nie ma kolumny w arkuszu kalkulacyjnym.
W kolejną niedzielę Gienia nie zadzwoniła. Komórka leżała na stole i milczała. Zadzwoniłam ja - nikt nie odebrał. Próbowałam trzy razy. Odebrała dopiero wieczorem, przepraszała, mówiła, że kartka z numerem wpadła za komodę i że wnuczka jej pomogła ją znaleźć, ale wtedy pomyślała, że już za późno, że może śpię.
Następnego dnia pojechałam do salonu telekomunikacyjnego na rogu. Pani za ladą, młoda, w okularach, patrzyła na mnie jak na zjawisko, kiedy powiedziałam, że chcę podłączyć telefon stacjonarny. „Pani na pewno?" - upewniła się dwa razy. Na pewno. Nowy numer. Czterdzieści trzy złote miesięcznie, bo taryfa podrożała.
Napisałam do Gieni list z nowym numerem. Tym razem wysłałam polecony, żeby Krysia nie schowała go między gazetami. I dopisałam na dole: „Dzwoń w niedzielę jak zawsze. Numer jest nowy, ale ty go zapamiętasz, bo jesteś uparta jak ja".
Tomkowi jeszcze nie powiedziałam. Może powie, że wyrzucam pieniądze. Może westchnie tym swoim westchnieniem. Może znowu przyjedzie z wydrukami.
A może kiedyś zrozumie, że są rzeczy, których nie da się odłączyć bez konsekwencji. I że czterdzieści złotych to czasem cena za to, żeby ktoś na drugim końcu Polski nie budził się w nocy z myślą, że zostałam na świecie zupełnie sama.
Albo nie zrozumie. Jest przecież elektrykiem. Dla niego każdy kabel albo jest pod prądem, albo nie. Nic pomiędzy.