Pani Krystyna z Suwałk trafiła na mój poniedziałkowy dyżur w lutym - „chciałam tylko posłuchać głosu". Rozmawiamy od siedmiu miesięcy, już prywatnie: środy, dziewiętnasta, po serialu. Nigdy się nie widziałyśmy. W czwartek przyszła paczka: skarpety w brusznicę i kartka „od Krysi, którą pani wyciągnęła". Głos też ma ręce. Robi na drutach.
Trzymałam te skarpety w rękach i płakałam jak głupia, stojąc w przedpokoju w kaloszach, bo dopiero weszłam z deszczu. Mąż krzyknął z pokoju: „Bożena, co przyszło?". Odpowiedziałam: „Nic, reklamy". Nie wiem, czemu skłamałam. Może dlatego, że Andrzej nigdy nie zrozumiał, po co mi ta praca na telefonie zaufania. „Ludzie dzwonią, ty słuchasz, nikt ci za to nie płaci" - powtarzał. A ja nie umiałam mu wytłumaczyć, że czasem to jedyny moment w tygodniu, kiedy czuję, że jestem komuś potrzebna.
Mam pięćdziesiąt trzy lata, dwoje dorosłych dzieci, które odwiedziły mnie ostatnio na Wielkanoc, i męża, który od emerytury żyje głównie między garażem a telewizorem. Pracowałam całe życie jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej we Wrocławiu. Cztery lata temu zlikwidowali dział, dostałam odprawę i nagle miałam przed sobą puste dnie. To wtedy koleżanka Marzena powiedziała: „Bożena, w Caritasie szukają wolontariuszy na telefon zaufania. Ty umiesz słuchać".
Umiałam. Całe życie słuchałam - Andrzeja, dzieci, teściowej, sąsiadek. Przeszłam szkolenie, dostałam poniedziałkowy dyżur, od osiemnastej do dwudziestej drugiej. I zaczęłam żyć na nowo.
Krystyna zadzwoniła trzeciego lutego. Pamiętam, bo zapisuję sobie w zeszycie - datę i jedno słowo, które kojarzy mi się z rozmową. Przy trzecim lutego napisałam: „cisza". Bo ona najpierw milczała. Dobre pół minuty. Słyszałam oddech i delikatny szelest, jakby przesuwała dłonią po czymś tkanym. Potem powiedziała cicho: „Przepraszam. Chciałam tylko posłuchać głosu. Żywego głosu".
Rozmawiałyśmy tamtego wieczoru czterdzieści minut. Dowiedziałam się, że ma siedemdziesiąt jeden lat, że mieszka sama w Suwałkach w bloku na osiedlu, że syn wyjechał do Norwegii dziesięć lat temu i dzwoni w niedziele, ale „coraz krócej, bo on tam ma swoje życie". Mąż zmarł sześć lat wcześniej. Sąsiadka z naprzeciwka przynosi jej czasem chleb, ale nie ma ochoty na rozmowę. „Ludzie nie mają ochoty na rozmowę, pani Bożeno" - powiedziała i nie było w tym żalu. Raczej stwierdzenie faktu, jak odczyt z termometru.
Potem zadzwoniła tydzień później. I znowu tydzień później. Za czwartym razem powiedziała: „Pani pewnie myśli, że ja jestem jakaś dziwna, że ciągle dzwonię". Odpowiedziałam, że nie myślę. I że może mi mówić po imieniu. Wtedy się zaśmiała - takim drobnym, kaszlącym śmiechem - i powiedziała: „To ja jestem Krysia. A pani?".
Regulamin mówi, że nie powinnam się zbliżać. Wolontariuszka słucha, wspiera, ale nie wchodzi w relację prywatną. Koordynatorka Lucyna powtarzała to na każdym spotkaniu: „Wy nie jesteście ich przyjaciółkami, jesteście głosem, który nie ocenia". Rozumiałam to. Naprawdę rozumiałam. A potem w marcu Krystyna nie zadzwoniła w poniedziałek i leżałam do północy z oczami wlepionymi w sufit, myśląc, czy coś się jej stało.
Zadzwoniła we wtorek. Przepraszała. Zasnęła przy telewizorze. „Serial się skończył, a ja z tymi drutami na kolanach, i oczy same mi się zamknęły. Stara baba". Ulga, która mnie zalała, była nieadekwatna do sytuacji. Wiedziałam to. I właśnie wtedy podałam jej swój prywatny numer.
„Niech pani dzwoni w środy. O dziewiętnastej. Po serialu" - powiedziałam, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
Andrzej zauważył po miesiącu. „Do kogo ty gadasz co środę po godzinie? Do Marzeny? Tyle to wy się na żywo nie nagadacie". Wzruszyłam ramionami. „Do koleżanki". Technicznie nie kłamałam. Ale to słowo - koleżanka - nie oddawało tego, czym Krystyna się dla mnie stała. Nie umiałam tego nazwać. Nie przyjaciółka, bo nigdy nie widziałam jej twarzy. Nie podopieczna, bo dawno przekroczyłam granicę regulaminu. Coś między matką, siostrą i osobą, której mówisz rzeczy, których nie powiesz nikomu innemu.
Bo ja też zaczęłam mówić. Najpierw niechcący - o Andrzeju, o tym, że od lat śpimy w jednym łóżku, ale jakby w osobnych pokojach. Potem o córce Agnieszce, która po rozwodzie zamknęła się w sobie i nie odbiera moich telefonów przez tygodnie. O synu Marcinie, który jest uprzejmy jak dobry sąsiad, nie jak syn. Krystyna słuchała. Nie radziła. Czasem mówiła tylko: „Mhm" albo „Ojej, Bożenko". I to wystarczało.
W maju Lucyna wezwała mnie na rozmowę. Ktoś - nie wiem kto - zauważył, że numer jednej z dzwoniących regularnie wyklika się z moim prywatnym. „Bożena, nie możesz tego robić" - powiedziała łagodnie. „To nie jest zdrowe, ani dla niej, ani dla ciebie. Uzależniasz tę kobietę od siebie". Pokiwałam głową. Wróciłam do domu. W środę o dziewiętnastej odebrałam telefon.
Nie umiałam przestać. Nie chciałam. Krystyna opowiadała mi, jak robił się Suwałkom wiosna - „topole przy bloku puszczają takie małe kluski, pani Bożeno, zielone jak na Wielkanoc". Opowiadała o synu, że przysłał zdjęcie wnuczki z przedszkola, blondyneczka, ale oczka polskie, ciemne. Opowiadała, że zaczęła znowu robić na drutach, bo „ręce muszą coś mieć, jak głowa za dużo myśli".
A potem w czwartek przyszła ta paczka.
Brązowy papier, sznurek przewiązany podwójnie, jak robiły nasze matki. Adres nadawcy wykaligrafowany drżącą ręką - Krystyna Tomaszewska, osiedle Północ, Suwałki. W środku skarpety. Grube, miękkie, w bordowy wzór brusznicy, z takim delikatnym ściągaczem u góry. I kartka na pół. „Od Krysi, którą pani wyciągnęła. Żeby nóżki nie marzły".
Stałam w tym przedpokoju, w tych kaloszach, ze skarpetami przy policzku i myślałam: kto tu kogo wyciągnął? Bo zanim Krystyna zadzwoniła, ja byłam kobietą, która rano pije kawę, w południe robi obiad, wieczorem ogląda telewizję i idzie spać. I tak w kółko. Bez przerwy. Bez powodu, żeby rano wstać z łóżka inaczej niż z przyzwyczajenia.
Andrzej wszedł do przedpokoju. Zobaczył moje oczy, papier, skarpety. Nie powiedział nic. Potem, wieczorem, kiedy zmywałam naczynia, stanął w drzwiach kuchni i zapytał: „Ta koleżanka to jest ta kobieta z telefonu, tak?".
„Tak" - odpowiedziałam.
Milczał chwilę. Potem powiedział: „Bo ja myślałem, że ty z kimś... no...".
Nie dokończył. Staliśmy naprzeciwko siebie w kuchni, w której żyliśmy od dwudziestu pięciu lat, i ja zobaczyłam, że on się boi. Że przez te miesiące, kiedy zamykałam się z telefonem, kiedy uśmiechałam się do ekranu, kiedy po rozmowie z Krystyną byłam lżejsza - on widział kobietę, która od kogoś innego dostaje to, czego on nie potrafi jej dać. I nie wiedział, od kogo.
„Andrzej" - powiedziałam. - „To jest samotna pani z Suwałk, która robi na drutach i nie ma z kim porozmawiać".
Kiwnął głową. Odwrócił się. Zatrzymał się jeszcze. „Te skarpety to ładne" - mruknął i poszedł do pokoju.
Jest wrzesień. W środę o dziewiętnastej dzwoni telefon. Wyświetla się „Krysia Suwałki" i ja wciąż odbieram. Lucyna wie i milczy. Andrzej wie i milczy. Agnieszka nadal nie oddzwania. Krystyna znowu kaszle - mówi, że to nic, jesień, ale ja słyszę, że to coś więcej.
Ostatnio zapytała, czy bym do niej nie przyjechała. Powiedziała to lekko, jakby rzucała kamyk do wody. „Jak pani kiedyś będzie miała czas. Zrobiłabym pierogi z jagodami". Odpowiedziałam, że może kiedyś. I od tamtej pory myślę o tym codziennie - czy powinnam pojechać, czy lepiej, żebyśmy zostały głosami. Bo głos nie zawodzi. Głos nie ma zmarszczek, nie choruje widocznie, nie siedzi w pustym mieszkaniu, w którym czuć samotność. Głos jest bezpieczny.
Ale te skarpety leżą na półce obok łóżka i są ciepłe, i prawdziwe, i ktoś je robił godzinami, oczko po oczku, myśląc o mnie. I ja nie wiem, co zrobić z tym, że obca kobieta, której twarzy nie znam, dała mi więcej ciepła niż ludzie, z którymi dzielę nazwisko.