Sprzątałam u syna i pod klawiaturą leżał wydruk z internetowego kalkulatora. Wyliczenie zachowku po mnie - moje dane, mój adres, wszystko policzone co do złotówki.
Kartka była ciepła. Drukarka musiała ją wypluć niedawno, może godzinę temu, może dwie - zanim Marcin wyszedł z Kamilką na plac zabaw i zostawił mi klucze, żebym mogła „posprzątać, bo nie nadążamy, mamo, sama wiesz". Wiedziałam. Dlatego przyjechałam z Poznania tramwajem numer pięć, z własnym płynem do szyb i ścierkami z mikrofibry, bo te, które kupowała synowa, rozmazywały smugi. Stałam w jego pokoju z tą kartką i czytałam: „Wartość nieruchomości: 380 000 zł. Udział spadkowy: 1/2. Należny zachowek: 63 333 zł". Moje imię, mój PESEL, adres mojego mieszkania na Wildzie. Wszystko.
Ręce mi się trzęsły, więc usiadłam na krześle obrotowym syna. Pachniało jego wodą po goleniu - tą samą, którą kupowałam mu co roku na imieniny, bo kiedyś powiedział, że mu się podoba, i przez dziesięć lat nie miałam serca zmienić. Monitor był wygaszony, ale na biurku leżały jeszcze dwa wydruki. Jeden to była tabela z cenami mieszkań na Wildzie, z zaznaczonymi na żółto ofertami podobnymi do mojego. Drugi - fragment ustawy o zachowku, z podkreślonym akapitem o tym, kiedy roszczenie się przedawnia.
Miałam sześćdziesiąt trzy lata. Byłam na emeryturze od roku - po czterdziestu latach pracy jako księgowa w firmie budowlanej. Wiedziałam, co znaczą te liczby. Mój syn liczył, ile dostanie po mojej śmierci.
Nie umarłam jeszcze. Byłam nawet dość zdrowa. Ciśnienie kontrolowane, cukier w normie, kolano nawala, ale chodzę. W zeszłym miesiącu byłam na badaniach kontrolnych i lekarka powiedziała: „Pani Krystyno, niech pani tak dalej żyje, to panią pochowam." Śmiałyśmy się obie.
A Marcin już liczył.
Powinnam była odłożyć tę kartkę i udawać, że jej nie widziałam. Schować pod klawiaturę, przetrzeć biurko, odkurzyć dywan i pojechać do siebie. Ugotować zupę pomidorową na jutro. Włączyć serial. Zapomnieć. Ale ja nie potrafiłam zapomnieć liczb - to przekleństwo księgowej. Sześćdziesiąt trzy tysiące trzysta trzydzieści trzy złote. Tyle byłam warta. Tyle moje mieszkanie - to samo, w którym Marcin dorastał, w którym odrabiał lekcje na kuchennym stole, w którym zamknęłam się w łazience i płakałam, kiedy jego ojciec odszedł - było warte w przeliczeniu na zachowek.
Włożyłam kartkę do kieszeni swetra. Nie wiem dlaczego. Może żeby mieć dowód. Może żeby później, w nocy, móc ją jeszcze raz przeczytać i upewnić się, że mi się nie przyśniło.
Kiedy Marcin wrócił z Kamilką, kończylam myć okna w salonie. Czteroletnia wnuczka wbiegła do mnie z krzykiem „Babciu, babciu, huśtałam się najwyżej!" i oplotła mi nogi ramionami. Pochyliłam się, pocałowałam ją w czubek głowy. Pachniała piaskiem i landrynkami.
- Mamo, dasz radę jeszcze łazienkę? - zapytał Marcin z przedpokoju, zdejmując buty. Normalny głos. Normalny syn. - Kamilka ci pomoże, co, żabko?
- Dam radę - powiedziałam. I dałam. Wyszorowałam mu wannę, umywalkę, lustro. Złożyłam ręczniki. Wyrzuciłam pustą tubkę pasty do zębów, którą ktoś zostawił na półce. Robiłam to wszystko i myślałam o jednym: czy on już wtedy, kiedy dzwonił z prośbą o pomoc, miał tę stronę otwartą w przeglądarce? Czy patrzył na kalkulator zachowku, odstawiając telefon po rozmowie ze mną?
Do domu wracałam przez Park Wilsona. Był maj, kasztanowce kwitły, ławki pełne ludzi z lodami. Usiadłam na tej pod starą lipą i wyjęłam kartkę. Przeczytałam raz jeszcze. Potem złożyłam ją i schowałam do torebki, do przegródki, w której trzymam zdjęcie Marcina z pierwszej komunii - uśmiechnięty, z brakującą jedynką, w białej koszuli.
Przez trzy dni nie dzwoniłam. On też nie. W piątek wieczorem napisał SMS-a: „Mamo, wszystko ok? Kamilka pyta, kiedy babcia przyjdzie." Patrzyłam na ten komunikat dwadzieścia minut, zanim odpisałam: „Przyjdę w niedzielę na obiad".
W sobotę zadzwoniłam do siostry. Lucyna jest starsza ode mnie o cztery lata i zawsze powtarza, że widziała w życiu więcej niż potrzebowała. Powiedziałam jej. Cisza w słuchawce trwała tak długo, że zapytałam, czy jeszcze tam jest.
- Jestem - powiedziała Lucyna. - Krystyna, posłuchaj mnie. Nie mów mu, że widziałaś.
- Dlaczego?
- Bo może to nic. Może sprawdzał z ciekawości. Ludzie sprawdzają różne rzeczy w internecie. Ja na przykład ostatnio szukałam, ile kosztuje trumna dębowa, i żyję.
- Trumna to co innego.
- A skąd wiesz? Może Marcin planuje i po prostu chce wiedzieć, jak to wygląda. Nie znaczy, że czeka, aż umrzesz.
Chciałam jej uwierzyć. Naprawdę chciałam. Ale Lucyna nie widziała tej drugiej kartki - tabeli z cenami mieszkań. Mojego mieszkania. Z żółtymi zakreśleniami.
W niedzielę pojechałam na obiad. Synowa Magda zrobiła rosół i kotlety schabowe. Kamilka rysowała mi kwiaty na serwetce. Marcin opowiadał o pracy - jest elektrykiem, ma własną działalność, ostatnio dużo zleceń na Ratajach. Normalny obiad. Normalna rodzina.
Po deserze - sernik Magdy, naprawdę dobry - Marcin wyszedł zapalić na balkon. Poszłam za nim. Staliśmy obok siebie, on z papierosem, ja z herbatą. Z ósmego piętra widać było bloki aż po Maltę, drzewa jasnozielone, niebo czyste.
- Marcin - zaczęłam i sama nie wiedziałam, co powiem dalej.
- Tak, mamo?
Patrzył na mnie spokojnie. Oczy Zbyszka - jego ojca. Ten sam odcień szarości, ta sama maniera mrużenia powiek, kiedy czekał na coś.
- Moje mieszkanie - powiedziałam. - Wiesz, że je kiedyś dostaniesz. Nie musisz się martwić.
Coś drgnęło mu w twarzy. Nie wiem co. Zaskoczenie? Wstyd? A może ulga?
- Mamo, o czym ty mówisz? - odparł. Zaciągnął się papierosem. Ręka mu nie drżała. Moja - tak.
- O niczym - powiedziałam. - Po prostu chciałam, żebyś wiedział.
Wróciliśmy do środka. Kamilka podała mi rysunek - dom z czerwonym dachem, obok dwie postacie, duża i mała. „To babcia i ja" - wyjaśniła. Przytuliłam ją mocno, pewnie za mocno, bo pisnęła.
W tramwaju do domu wyjęłam kartkę po raz ostatni. Sześćdziesiąt trzy tysiące trzysta trzydzieści trzy złote. Podarłam ją na drobne kawałki i wsypałam do torebki, bo w tramwaju nie było kosza. Ale liczby zostały. Liczby zawsze zostają. Taki już mam zawód.
Nie wiem, co zrobię z testamentem. Nie wiem, czy powiem Marcinowi, że widziałam te wydruki. Nie wiem nawet, czy mam prawo mieć do niego żal - może Lucyna ma rację i ludzie po prostu sprawdzają rzeczy w internecie. Może to synowa szukała. Może to był odruch, nie plan.
Wiem tylko, że kiedy wczoraj dzwonił i mówił „mamo, Kamilka nauczyła się jeździć na rowerze, musisz zobaczyć" - uśmiechnęłam się. A potem położyłam słuchawkę i przez godzinę siedziałam w kuchni, patrząc na ścianę.
Na tej ścianie wisi zdjęcie z jego komunii. Uśmiechnięty, bez jedynki, w białej koszuli. Miał wtedy osiem lat i powiedział mi: „Mamo, jak dorosnę, kupię ci zamek". Nie kupił. Ale do niedawna myślałam, że przynajmniej nie liczy, ile wart jest ten, który mam.