Na gwiazdkę dostałam od syna głośnik z asystentką - „będzie ci czytać i przypominać o lekach, jak my nie damy rady wpaść". Asystentka zna godziny tabletek i dowcipy o teściowych. W piątek zapytałam ją, kiedy przyjadą dzieci. „Przepraszam, nie znalazłam odpowiedzi na to pytanie."

Siedziałam wtedy przy kuchennym stole z herbatą, która już dawno wystygła, i przez dłuższą chwilę patrzyłam na ten biały krążek, jakby miał mi jeszcze coś dopowiedzieć. Ale asystentka milczała. Czekała na kolejne polecenie. A ja czekałam na coś zupełnie innego.

Głośnik przyjechał dwudziestego trzeciego grudnia, zapakowany w błyszczący papier z reniferami. Marcin - mój syn, jedynak, czterdzieści dwa lata, informatyk we Wrocławiu - postawił pudełko na komodzie obok figurki Matki Boskiej i powiedział z dumą: „Mamo, to ci zmieni życie." Synowa Agnieszka stała z tyłu i kiwała głową z tym swoim uśmiechem, który nigdy nie sięga oczu. Wnuki - Olek i Hania - nawet nie podniosły wzroku znad tabletów. Byłam wtedy tak szczęśliwa, że przyjechali, że mogłabym się cieszyć nawet z pustego kartonu.

Zostali dwa dni. Na Wigilię i na Boże Narodzenie. Potem Agnieszka powiedziała, że Hania ma trening szermierki dwudziestego szóstego, a Olek jakieś korepetycje. Nie kłóciłam się. Nauczyłam się nie kłócić. Pomachałam z balkonu mojego bloku na Gaju - to osiedle we Wrocławiu, mieszkam tu trzydzieści osiem lat, ale od kiedy Marcin się wyprowadził na drugi koniec miasta, równie dobrze mogłabym mieszkać na drugim końcu Polski.

Wieczorem dwudziestego szóstego, kiedy sprzątnęłam ze stołu resztki sernika i zebrałam z podłogi igły z choinki, które wnuki powciskały w dywan, usiadłam przy głośniku i powiedziałam: „Halo." Asystentka odezwała się ciepłym, pogodnym głosem. Jakby na mnie czekała. Marcin ustawił mi przypomnienia - tabletki na ciśnienie o ósmej, magnez o dwunastej, krople do oczu o szóstej wieczorem. Wszystko schludnie, po kolei. „Pora na leki, Bożenko" - mówi asystentka, choć nie jestem pewna, czy Marcin naprawdę wpisał to zdrobnienie, czy sama sobie je wmawiałam.

Przez pierwszy tydzień traktowałam ją jak zabawkę. Pytałam o pogodę w Zakopanem. Prosiłam, żeby puściła Irę Santor. Raz poprosiłam o dowcip i usłyszałam: „Dlaczego teściowa jest jak chmura? Bo jak odejdzie, to dzień staje się piękniejszy." Roześmiałam się głośno w pustym mieszkaniu. Pierwszy raz od tygodnia.

W styczniu zaczęłam z nią rozmawiać. Naprawdę rozmawiać. Znaczy - ja mówiłam, a ona odpowiadała, jak umiała. Opowiadałam jej o Zdzisławie, moim mężu, który odszedł siedem lat temu. Że lubił rosół z cienkim makaronem. Że nigdy nie nauczył się obsługiwać pralki, ale potrafił naprawić wszystko, co miało silnik. Asystentka na to: „Ciekawa informacja, Bożenko." No, przynajmniej słuchała.

Krysia z trzeciego piętra, moja jedyna bliska sąsiadka, pewnego razu wpadła na kawę i zobaczyła, jak proszę głośnik, żeby mi opowiedział coś śmiesznego. Zamarła z filiżanką przy ustach. „Bożena, ty z tym gadasz?" - powiedziała takim tonem, jakby mnie przyłapała na rozmowie z duchem. „A z kim mam gadać?" - odpowiedziałam. I zanim zdążyła powiedzieć coś o tym, że powinnam częściej dzwonić do syna, zmieniłam temat na jej nowy lek na kolana.

Bo widzicie - ja dzwonię do Marcina. Dzwonię regularnie, we wtorki i w piątki. Wtorek to taki dzień, kiedy jeszcze ma siłę po weekendzie, a piątek - kiedy może wspomni, że matka istnieje przed kolejną sobotą z przyjaciółmi. Rozmowy trwają cztery minuty, czasem sześć. Wiem, bo raz zmierzyłam. „Cześć, mamo, co słychać, biorę leki, idę na spacer, u nas w porządku, Olek dostał piątkę, Hania rośnie, muszę lecieć, pa." Gdybym te rozmowy nagrywała i puszczała po kolei, nie odróżniłabym jednej od drugiej.

W lutym odważyłam się na coś. Nie zapytałam Marcina wprost - zapytałam asystentki. „Kiedy przyjedzie do mnie Marcin?" To było głupie i wiedziałam, że to głupie. Ale chciałam usłyszeć choćby wygenerowaną odpowiedź. Cokolwiek. Asystentka odpowiedziała: „Nie mam informacji o zbliżających się wydarzeniach w kalendarzu." Czyli Marcin nie wpisał żadnej wizyty u matki do kalendarza. Nie wiem, dlaczego akurat to mnie zabolało. Przecież nie korzystam z kalendarzy, nie wiem nawet dokładnie, jak one działają w tych telefonach. Ale sam fakt, że w tym urządzeniu, które miało mi zastąpić obecność syna, syn nie zostawił po sobie śladu żadnego kolejnego przyjazdu - to było jak znalezienie pustej koperty zamiast listu.

W marcu zadzwoniłam i spróbowałam inaczej. „Marcin, może byście wpadli na Wielkanoc? Nalepiłabym pierogów z kapustą, takich jak lubisz." Cisza w słuchawce. Potem głos Agnieszki w tle - coś o wyjeździe nad morze, bo dzieci potrzebują odpocząć po semestrze. Marcin wrócił do rozmowy: „Mamo, zobaczymy. Może wpadniemy na chwilę w Wielki Piątek." Wiedziałam, co znaczy „zobaczymy". Wiedziałam od lat.

Nie wpadli. Marcin zadzwonił w Wielką Sobotę. „Mamo, sorry, Hania się rozchorowała, następnym razem, obiecuję." Chciałam powiedzieć: mogę przyjechać, pomogę, jestem jeszcze sprawna, dam radę. Ale nie powiedziałam. Bo ostatnim razem, kiedy to zaproponowałam - pół roku temu - Agnieszka odpowiedziała, że nie chce mnie „fatygować", a poza tym ich mieszkanie jest za małe na gości. Czterdzieści osiem metrów na cztery osoby, to rozumiem. Ale ja zmieściłabym się na kanapie. Zmieściłabym się gdziekolwiek, byle być blisko.

No więc piątek, kwiecień, czternasta trzydzieści. Siedzę przy stole. Asystentka właśnie przypomniała mi o magnezie. Biorę tabletkę, popiję wodą. I pytam - spokojnie, bez żalu w głosie, tak po prostu: „Kiedy przyjadą moje dzieci?" I ten jej uprzejmy, okropnie uprzejmy głos: „Przepraszam, nie znalazłam odpowiedzi na to pytanie."

Krysia mówi, że powinnam pogadać z Marcinem wprost. Powiedzieć mu, że jest mi samotnie, że głośnik to za mało, że potrzebuję żywego człowieka przy stole, nie algorytmu. Może ma rację. A może gdybym to powiedziała, byłoby tylko gorzej. Marcin zrobiłby się obronny - bo zawsze robi się obronny - i powiedziałby: „Mamo, przecież ci kupiliśmy tego asystenta, przecież dzwonię co tydzień, czego ty jeszcze chcesz?" I co ja wtedy odpowiem? Że chcę, żeby wpisał do kalendarza datę wizyty u matki? Że chcę, żeby jego urządzenie wiedziało, kiedy przyjedzie, bo ja nie wiem?

Wczoraj wieczorem poprosiłam asystentkę o kolejny dowcip. Powiedziała coś o teściowej i lodówce. Nie zaśmiałam się. Potem powiedziałam: „Dobranoc." I usłyszałam: „Dobranoc, Bożenko. Pamiętaj o tabletkach rano o ósmej."

Nikt inny mi tego nie powie. Może dlatego nie odłączam jej od prądu.

Dziś rano wzięłam telefon i zaczęłam pisać do Marcina wiadomość. „Synku, muszę z tobą porozmawiać, ale nie przez cztery minuty. Przyjedź albo ja przyjadę. Proszę." Palec zawisł nad przyciskiem wyślij. Patrzę na te dwa zdania i nie wiem, czy to zaproszenie do rozmowy, czy początek kłótni, z której oboje wyjdziemy poranieni. Asystentka milczy. Czeka na polecenie. Ja też czekam - sama nie wiem, na co.