Po Stefanie szukałam papierów tygodniami: polisa, książeczki, akt działki. Dzieciom postanowiłam to oszczędzić - teczka, spis, wszystko opisane. Syn odsunął ją jak gorącą blachę: „mamo, nie zaczynaj, sto lat przed tobą". Teczkę przechowuje Wanda z drugiego piętra - dzieci dowiedzą się od niej.
Ale zacznę od początku, bo inaczej ta historia nie ma sensu.
Stefan umarł w lutym, w poniedziałek. Dwa dni wcześniej jedliśmy razem obiad - żurek z kiełbasą, taki jak lubił, z dużą ilością chrzanu. Powiedział, że w piątek jedzie na działkę sprawdzić dach altany. W piątek rano już go nie było. Lekarz na pogotowiu powiedział: „rozległy zawał, szybka śmierć, nie cierpiał". Jakby to miało cokolwiek zmienić.
Nazywam się Halina, mam sześćdziesiąt cztery lata i od lutego ubiegłego roku jestem wdową. Stefan był elektrykiem, później brygadzistą w zakładach energetycznych, a na koniec - emerytem z działką ROD pod Poznaniem i szufladą pełną papierów, o których nie powiedział mi ani słowa.
Nie żeby był tajemniczy. Po prostu pewne sprawy „ogarnął sam". Rachunki, ubezpieczenia, podatek od działki, przeglądy samochodu - to było jego królestwo. Ja zajmowałam się domem, dziećmi, a przez trzydzieści lat pracowałam w bibliotece szkolnej na osiedlu. Kiedy go zabrakło, okazało się, że nie wiem, w którym banku mamy lokatę.
Zaczęło się od szuflady w komodzie. Stefan trzymał tam wszystko - ale „wszystko" oznaczało chaos. Paragony z Castoramy pomieszane z polisą na życie. Akt notarialny działki wsunięty między instrukcje obsługi wiertarki. Książeczka zdrowia z siedemdziesiątego ósmego roku obok wypisu ze szpitala sprzed dwóch lat, o którym nigdy mi nie mówił.
Przez pierwsze tygodnie nie mogłam tego dotknąć. Siadałam przy komodzie, otwierałam szufladę, wyjmowałam stos i zaczynałam płakać. Córka Agnieszka przyjeżdżała z Wrocławia co drugi weekend, pomagała segregować. Syn Marek wpadał na godzinę, pił herbatę i uciekał wzrokiem, kiedy wyciągałam kolejny dokument. „Mamo, spokojnie, nie spieszy się" - powtarzał. Ale się spieszyło. ZUS potrzebował zaświadczenia. Bank żądał aktu zgonu w trzech kopiach. Ubezpieczyciel pytał o numer polisy, której nie mogłam znaleźć.
Polisę znalazłam po sześciu tygodniach - w kieszeni jego starego prochowca, w szafie w przedpokoju. Była złożona na czworo, z dopisanym długopisem numerem telefonu agenta. Zadzwoniłam. Agent nie żył od trzech lat. Firma zmieniła nazwę. Wyobraźcie sobie: siedzisz sama w mieszkaniu na trzecim piętrze bloku na Ratajach, trzymasz w ręku kartkę, która jest warta jakieś pieniądze, i nie wiesz, do kogo zadzwonić.
Agnieszka pomogła. Znalazła numer centrali w internecie, napisała pisma. Ale ja wtedy podjęłam decyzję: moim dzieciom to się nie przydarzy.
Kupiłam zieloną tekturową teczkę w papierniczym na rogu. Grubą, twardą, z gumką. I zaczęłam spisywać. Wszystko. Numer polisy, nazwa firmy, telefon. Numer konta w banku - sprawdziłam, że hasło do bankowości internetowej jest zapisane i gdzie. Akt działki - kserokopia, bo oryginał oddałam Markowi, który podobno chciał ją przejąć. Numer do administracji osiedla. Kontakt do pani Krysi z ZUS-u, która mi pomagała. Testament - prosty, napisany ręcznie, podpisany przy dwóch świadkach, bo tak mi doradził pan mecenas z kancelarii na Jeżycach.
Każdy dokument opisałam na żółtej karteczce: co to jest, do czego służy, co z tym zrobić. Pisałam długopisem, wyraźnie, drukowanymi literami - bo Agnieszka zawsze narzekała, że nie może odczytać mojego pisma.
Zajęło mi to trzy miesiące. Trzy miesiące wieczorów przy kuchennym stole, z herbatą i okularami na nosie. Czasem płakałam, bo spisywanie tych rzeczy było jak porządkowanie życia, które się kończy. A czasem czułam spokój - taki, jakiego nie znałam od śmierci Stefana.
W maju teczkę miałam gotową. Zadzwoniłam do Marka. Przyjechał w niedzielę, z żoną Kasią i wnuczką Olą. Usiadł przy stole, a ja położyłam przed nim zieloną teczkę.
- Marek, tu jest wszystko. Polisa, konto, działka, testament. Gdyby coś mi się stało, nie będziesz szukał po szufladach jak ja po tacie.
Patrzył na teczkę, jakbym położyła przed nim żywego szczura.
- Mamo, nie zaczynaj - powiedział i odsunął ją na drugi koniec stołu. - Sto lat przed tobą. Po co takie gadanie?
- Marek, ja nie gadam. Ja ci daję gotowe…
- Wiem, wiem. Ale nie teraz. - Wstał, poszedł do Oli, która rysowała w pokoju. Kasia spojrzała na mnie przepraszająco, wzruszyła ramionami
Zadzwoniłam do Agnieszki wieczorem. Opowiedziałam. Cisza w słuchawce, a potem:
- Mamo, Marek się boi. On nie umie o tym myśleć. Daj mu czas.
- Agnieszko, ja nie proszę, żeby o tym myślał. Proszę, żeby wziął teczkę i schował do szafy. Nie musi jej otwierać. Ma ją mieć.
- To mu powiedz tak.
- Powiedziałam. Wstał od stołu.
Znów cisza. Agnieszka odetchnęła ciężko.
- Przywieź mi ją. Ja wezmę.
Ale Wrocław to daleko. Gdyby coś stało się nagle - w nocy, jak Stefanowi - kto wejdzie do mieszkania? Kto będzie wiedział, gdzie szukać? Pogotowie, policja, sąsiedzi. Nie córka trzysta kilometrów stąd.
I wtedy pomyślałam o Wandzie.
Wanda mieszka pode mną, na drugim piętrze. Znamy się dwadzieścia osiem lat - odkąd się wprowadziłam na Rataje. Chodziłyśmy razem na grzyby. Jej mąż Bogdan grał ze Stefanem w szachy w soboty. Bogdan umarł pięć lat temu. Wanda wie, jak to jest.
Zeszłam do niej z teczką w środę po południu. Postawiła kawę, wyjęła sernik z lodówki - taki kupowany z Biedronki, ale u Wandy wszystko smakuje lepiej, bo je się w dobrym towarzystwie.
- Wanda, mam do ciebie prośbę. Dużą.
Opowiedziałam jej wszystko. O tygodniach szukania po Stefanie. O teczce. O Marku, który nie chce jej wziąć. Wanda słuchała, mieszając kawę, i powoli kiwała głową.
- Rozumiem - powiedziała. - U mnie tak samo. Jacek nie chciał słyszeć, Magda zmieniła temat. Jakby rozmowa o śmierci matki mogła tę śmierć przywołać.
- Weźmiesz?
- Wezmę. I dam ci swoją. Bo ja też spisałam.
Roześmiałyśmy się obie - pierwszy raz od dawna takim śmiechem, w którym jest i smutek, i ulga jednocześnie.
Teraz teczka leży u Wandy, w szafce w przedpokoju, obok jej własnej. Dwie zielone teczki, dwa życia opisane na żółtych karteczkach. Moje dzieci wiedzą, że Wanda ma „pewne dokumenty mamy" - tak to ujęłam, żeby Marek nie uciekał wzrokiem. Agnieszka zna szczegóły. Wanda ma jej numer i mój list z instrukcjami - kogo powiadomić, w jakiej kolejności.
Marek zadzwonił w zeszłym tygodniu. Gadaliśmy o wnuczce, o remoncie łazienki, o cenach na działce. Pod koniec, jakby mimochodem, powiedział:
- Mamo, ta teczka… może kiedyś mi pokażesz, co tam jest.
- Kiedyś - odpowiedziałam. - Nie spieszy się.
Odłożyłam słuchawkę i stałam chwilę przy oknie. Na dole Wanda wychodziła z klatki z siatką z zakupami. Pomachałam jej. Nie zobaczyła.
Czasem myślę, że oddałam teczkę obcej kobiecie, bo własne dzieci nie chciały przyjąć tego, co najtrudniejsze - dowodu, że ich matka kiedyś umrze. A czasem myślę, że Wanda wcale nie jest obca. Że to ona, nie Marek, nie Agnieszka, stoi najbliżej tego, co mnie czeka. Bo ona już wie, jak to jest stać po drugiej stronie.
Teczka leży na drugim piętrze. Zamknięta na gumkę. Może nigdy nie będzie potrzebna - sto lat przede mną, jak mówi syn. A może będzie potrzebna jutro. Nie wiem. Ale wiem, że jest gotowa. I że ktoś wie, gdzie jej szukać.