Mieszkanie przepisałam córce parę lat temu, żeby oszczędzić jej kłopotów ze spadkiem. W czwartek wróciłam z zakupów, a na drzwiach klatki wisiała kartka: obwieszczenie o licytacji mojego lokalu. Sąsiedzi przeczytali ją przede mną.

Pani Władzia z parteru stała przy drzwiach z Azorem na smyczy i nie patrzyła mi w oczy. To był pierwszy sygnał. Drugi - pan Zdzisław z drugiego piętra, który zawsze mówi „dzień dobry" takim tonem, jakby witał samego prezydenta, tym razem tylko kiwnął głową i szybko zniknął na klatce. Trzeci sygnał to była ta kartka. Biała, urzędowa, z pieczątką komornika sądowego. Przeczytałam ją trzy razy, zanim dotarło do mnie, że adres się zgadza. Że to moje drzwi. Że to moje cztery ściany.

Siatki z zakupami postawiłam na chodniku. Masło pewnie się rozpuściło, bo stałam tam chyba z dziesięć minut, a słońce grzało jak na maj przystało. Ręce mi się trzęsły, więc za pierwszym razem nie mogłam trafić kluczem w zamek. Za drugim razem też nie. Dopiero gdy oparłam czoło o framugę i wzięłam głęboki oddech, udało się.

W mieszkaniu pachniało cynamonem, bo rano robiłam szarlotkę. Na blacie w kuchni stała jeszcze blacha, przykryta ściereczką. Automatycznie odkroiłam kawałek, położyłam na talerzyku, zalałam herbatę. I dopiero wtedy, siedząc przy stole z widokiem na bloki osiedla na Gocławiu, zadzwoniłam do córki.

Renata odebrała po piątym sygnale. - Mamo, jestem w pracy, mogę gadać, ale szybko.

- Renatko - powiedziałam spokojnie, chociaż serce waliło mi tak, że pewnie sąsiadka za ścianą słyszała. - Na klatce wisi obwieszczenie o licytacji mieszkania. Tego mieszkania, w którym siedzę. Co to znaczy?

Cisza. Taka cisza, po której wiesz, że druga strona nie jest zaskoczona. Że wie. Że wiedziała.

- Mamo, ja ci wszystko wytłumaczę. Tylko nie teraz, dobrze? Przyjade wieczorem.

Nie przyjechała wieczorem. Nie przyjechała w piątek. W sobotę napisała SMS: „Przepraszam, muszę to poukładać, odezwę się w poniedziałek". W poniedziałek telefon milczał.

Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt trzy lata i od czterdziestu mieszkam w tym samym bloku. Trzy pokoje, kuchnia, łazienka z okienkiem. Przeprowadziłam się tu z mężem Andrzejem w osiemdziesiątym czwartym roku, tuż po ślubie. Andrzej był elektrykiem, ja pracowałam jako księgowa w spółdzielni mleczarskiej. Córkę urodziłam w osiemdziesiątym szóstym. Andrzej odszedł jedenaście lat temu - rak płuc, pięć miesięcy od diagnozy do pogrzebu. Powiedzieli, że od azbestu w pracy, ale kto to udowodni.

Po jego śmierci zostałam sama. Renata miała wtedy dwadzieścia siedem lat, pracowała w banku, mieszkała z chłopakiem na Ursynowie. To był ten chłopak, Dariusz. Wysoki, gładko mówił, zawsze w garniturze. Ożenił się z Renatką, ja tańczyłam na weselu i płakałam, bo Andrzej nie dożył.

Pomysł z przepisaniem mieszkania podrzucił właśnie Dariusz. Trzy lata temu, na Wigilii. Siedzieliśmy przy stole, Renata nakładała bigos, a on tak od niechcenia powiedział: - Pani Halino, wie pani, że gdyby coś się pani stało, to Renatka musiałaby przechodzić przez sąd spadkowy? Opłaty, papiery, miesiące czekania. A można to załatwić jednym aktem notarialnym.

Brzmiało rozsądnie. Renata była jedynaczką, komu miałam zostawić to mieszkanie? Sąsiadce? Kotu? Poszliśmy do notariusza w styczniu. Podpisałam darowiznę. Notariusz zapytał, czy chcę wpisać służebność osobistą - prawo dożywotniego zamieszkania. Pamiętam to wyraźnie. Dariusz powiedział wtedy: - Po co komplikować? To przecież mama Renaty, rodzina. Nikt mamy nie wyrzuci.

Renata pokiwała głową. Ja też. Nie wpisaliśmy służebności.

Przez dwa lata nic się nie zmieniło. Płaciłam czynsz, opłaty, podatek - bo Renata mówiła, że nie chce mnie obciążać zmianami i żebym robiła wszystko jak dotąd. Dopiero teraz rozumiem, że to znaczyło: żebym nie zaglądała do żadnych papierów. Żebym nie widziała, że coś jest nie tak.

We wtorek, po tygodniu milczenia, pojechałam do Renaty na Ursynów. Drzwi otworzył Dariusz. Wyglądał inaczej niż zwykle - bez garnituru, w wymiętej koszulce, z cieniami pod oczami.

- Renaty nie ma - powiedział od progu.

- To z tobą porozmawiam.

Wpuścił mnie do kuchni. Na stole leżały sterty papierów, jakieś wezwania, pisma z banku. Nie musiał mi tłumaczyć. Zrozumiałam, zanim otworzył usta.

- Wzięliśmy kredyt pod zastaw mieszkania - powiedział. - Pod zastaw pani mieszkania. Renata jest właścicielką, więc mogła. Potrzebowaliśmy na firmę. Firma nie wypaliła.

Stałam w tej kuchni i patrzyłam na brudne kubki w zlewie, na kalendarz z zeszłego roku wiszący na ścianie, na magnetyczne literki na lodówce - ślad po dzieciach sąsiadów, bo Renata i Dariusz swoich nie mieli. I myślałam o jednym: podpisała. Moja córka podpisała papiery, które mogą wyrzucić mnie z domu, w którym mieszkam czterdzieści lat.

- Ile? - zapytałam.

- Trzysta pięćdziesiąt tysięcy. Z odsetkami pewnie już ponad czterysta.

Usiadłam na krześle, bo nogi mi odmówiły. Dariusz nalał mi wody. Ręce mu się trzęsły - to zauważyłam, bo szklanka dzwoniła o blat.

- Renata nie chciała - powiedział cicho. - Ja ją namówiłem. Myślałem, że to na chwilę, że oddamy, że firma ruszy. Ale kontrahent nie zapłacił i się posypało. Ja przepraszam, pani Halino.

Nie odpowiedziałam. Wstałam i wyszłam.

Renata zadzwoniła następnego dnia. Płakała. Mówiła, że nie wiedziała, że tak to się skończy. Że Dariusz zapewniał, że spłaci w pół roku. Że bała się mi powiedzieć. Że się wstydzi. Że nie śpi od tygodni.

- Mamo, ja to naprawię - powtarzała.

- Jak? - zapytałam.

Nie miała odpowiedzi.

Byłam u prawnika. Powiedział, że bez służebności moja pozycja jest słaba. Że mogę próbować cofnąć darowiznę z powodu rażącej niewdzięczności, ale to postępowanie na miesiące, a licytacja idzie swoim trybem. Że powinnam była wpisać to prawo dożywocia. Że wielu ludzi tego nie robi, bo ufają rodzinie. Powiedział to bez wyrzutu, ale każde słowo bolało jak policzek.

Złożyłam pozew o cofnięcie darowizny. Prawnik powiedział, że mam szanse, ale nie gwarancję. Że sąd może to potrwać. Że komornik może zdążyć pierwszy.

Sąsiadka Władzia przyniosła mi wczoraj rosół w słoiku. Postawiła pod drzwiami, zapukała i odeszła, zanim otworzyłam. Na słoiku była karteczka: „Halinka, trzymaj się. Jakby co, mam kanapę". Rozpłakałam się nad tym rosołem jak dziecko.

Renata dzwoni codziennie. Mówi, że szuka pieniędzy, że Dariusz próbuje pożyczyć od rodziny, że może uda się dogadać z bankiem. Ja słucham, mówię „mhm", „dobrze", „rozumiem". Nie mówię jej, że każdej nocy leżę w ciemności i patrzę na sufit, który Andrzej sam malował, i myślę o tym, czy kiedykolwiek zdołam jej wybaczyć. Nie Dariuszowi - jemu nie mam czego wybaczać, bo on jest obcy. Renata nie.

Dziś rano pakowałam album ze zdjęciami do walizki. Nie dlatego, że się wyprowadzam - jeszcze nie. Ale chciałam mieć go blisko. Na wszelki wypadek. Na samym wierzchu jest zdjęcie z osiemdziesiątego szóstego: ja z Renatką na rękach, w tym samym oknie, przez które teraz wpada majowe słońce.

Prawnik mówi, żeby walczyć. Sąsiadki mówią, żeby trzymać się. Renata mówi, żeby jej zaufać. Znowu.