Syn poprosił, żebym podpisała „umowę użyczenia" mieszkania, które mu przepisałam - „żeby wszystko było zgodnie z prawem, mamo". W środę przyszło wypowiedzenie tej umowy: mam trzydzieści dni na opuszczenie lokalu. Pod pismem podpis mojego syna.

Przeczytałam to trzy razy. Potem odłożyłam kartkę na stół, obok herbaty, która zdążyła wystygnąć, i pomyślałam, że muszę podlać fiołki na parapecie. Bo co innego miałam zrobić? Krzyczeć? Płakać? Dzwonić do kogoś? Podlałam fiołki. Wytarłam parapet. Usiadłam z powrotem i przeczytałam po raz czwarty.

Pod pismem, wydrukowanym na firmowym papierze jakiejś kancelarii prawnej z Wrocławia, widniał podpis: Grzegorz Małecki. Mój syn. Moje jedyne dziecko. Chłopak, któremu przez czterdzieści lat życia nie odmówiłam niczego, co było w mojej mocy.

Mam na imię Halina, ale to teraz nieważne. Ważne jest to mieszkanie - trzypokojowe, na trzecim piętrze bloku przy ulicy Kościuszki we Wrocławiu. Czterdzieści siedem metrów kwadratowych, w których przeżyłam trzydzieści pięć lat. Wprowadziliśmy się tu z Tadeuszem w osiemdziesiątym dziewiątym, rok po ślubie. Grzegorz stawiał tu pierwsze kroki, rysował kredkami po tapecie w przedpokoju, a Tadeusz klął, ale nie mógł się nie uśmiechać. Tu się uczyłam gotować rosół, który potem wszyscy chwalili. Tu Tadeusz umarł - w dużym pokoju, w lutym dwa tysiące szesnastego, po trzech miesiącach chemii, która nic nie dała.

Po pogrzebie zostałyśmy z tym mieszkaniem same - ja i cisza. Grzegorz mieszkał już wtedy z Patrycją w wynajmowanym lokalu na Krzykach. Dobrze zarabiał, pracował jako elektryk w dużej firmie instalacyjnej, ale mówił, że wynajem to wyrzucanie pieniędzy. Że gdyby miał swoje, toby oszczędził, zainwestował, zabezpieczył się na przyszłość.

Zaczął o tym mówić jakoś pół roku po śmierci ojca. Najpierw delikatnie. „Mamo, ty tu sama w trzech pokojach, a my z Patrycją w tej klitce". Potem częściej. Patrycja przy niedzielnych obiadach wspominała, że ich sąsiadka kupiła mieszkanie od matki „za symboliczną złotówkę" i jak to pięknie rozwiązali. Grzegorz kiwał głową i mówił: „My byśmy to zrobili porządnie, u notariusza".

Nie powiem, że mnie zmusili. Nikt mnie nie zmuszał. Nikt nie krzyczał, nie groził, nie stawiał ultimatum. Było bardziej jak taka powolna erozja. Sąsiadka z czwartego piętra, Krysia, mówiła mi: „Halina, nie rób tego, nie bądź głupia". Ale ja patrzyłam na Grzegorza i widziałam tego samego chłopca, który w nocy budził mnie szeptem: „Mamo, boli mnie brzuch". Jak mogłam mu nie pomóc?

W październiku dwa tysiące osiemnastego poszliśmy do notariusza. Przepisałam mieszkanie na Grzegorza w formie darowizny. Notariusz pytał, czy jestem pewna. Powiedziałam, że tak. Grzegorz uścisnął mi rękę i powiedział: „Mamo, ty tu będziesz mieszkać do końca życia, to oczywiste". Nie spisaliśmy tego. Nie wpisaliśmy służebności. Notariusz zaproponował, ale Grzegorz się skrzywił: „To moja matka, a nie obca lokatorka. Po co takie formalności".

I ja się zgodziłam. Bo to był mój syn. Bo między matką a synem nie powinno być potrzebnych paragrafów. Bo pomyślałam, że kto jak kto, ale on mnie nie skrzywdzi.

Przez pierwszy rok nic się nie zmieniło. Mieszkałam dalej, Grzegorz z Patrycją przeprowadzili się na Krzyki, do kupionego wreszcie własnego mieszkania - nie mojego, innego, bo mieli zdolność kredytową, a moje im „nie pasowało lokalizacyjnie". Zdziwiłam się, ale nic nie powiedziałam. Przyjeżdżali na niedzielne obiady. Patrycja przywoziła szarlotkę, czasem kwiaty. Było miło.

Potem Patrycja zaszła w ciążę. Urodziła się Lena. Pierwsza wnuczka. Jeździłam do nich autobusem, pomagałam. Kąpałam Lenę, gotowałam im zupy. Byłam szczęśliwa. Grzegorz mówił: „Co byśmy bez ciebie zrobili, mamo".

Zmieniło się jakoś po pandemii. Grzegorz stracił zlecenia, potem znalazł nowe, ale gorzej płatne. Patrycja zaczęła pracować zdalnie, potrzebowali większego mieszkania. Pewnego niedzielnego obiadu Grzegorz powiedział mimochodem: „Mamo, trzeba by twoje mieszkanie trochę odświeżyć. Może byśmy wynajęli, co ty na to? Dodatkowy dochód".

- Ale ja tu mieszkam - powiedziałam.

- No tak, ale mogłabyś zamieszkać z nami. Lena by się cieszyła. Miałabyś swój pokój.

Nie zgodziłam się. Pierwszy raz. Powiedziałam, że tu jest mój dom, moje rzeczy, moje wspomnienia. Że nie chcę nikomu przeszkadzać. Grzegorz wzruszył ramionami. „Jak chcesz, mamo. To była tylko propozycja".

Ale propozycje zaczęły się mnożyć. Raz na miesiąc, potem dwa razy. Patrycja przestała przywozić szarlotkę. Wizyty się skróciły. Grzegorz przyjeżdżał sam, pił herbatę, rozglądał się po mieszkaniu i mówił rzeczy w stylu: „Te okna to już do wymiany" albo „Wiesz, ile teraz biorą za metr na Kościuszki?".

A potem, w styczniu tego roku, poprosił o tę umowę użyczenia. Przyjechał z wydrukowanym dokumentem. Cztery strony. Powiedział, że księgowy mu doradził, że to „porządkuje sytuację prawną", że skoro on jest właścicielem, a ja mieszkam, to powinno być na papierze. Że to dla mojego dobra.

- Jakie moje dobro? - zapytałam.

- No, gdyby coś mi się stało, mamo, to Patrycja miałaby problem. A tak masz umowę, dokument, jesteś chroniona.

Brzmiało logicznie. Podpisałam. Krysia z czwartego, której wspomniałam, powiedziała krótko: „Halina, ja bym prawnika zapytała". Ale ja nie pytałam prawnika. Pytałam syna, czy wszystko w porządku, a on mówił: „Oczywiście, mamo".

W środę, dwunastego marca, listonosz przyniósł kopertę. Polecony. W środku pismo z kancelarii: wypowiedzenie umowy użyczenia z zachowaniem trzydziestodniowego terminu. Podstawa prawna, paragrafy, pieczątka. I ten podpis na końcu. Grzegorz Małecki.

Zadzwoniłam do niego wieczorem. Ręce mi się trzęsły tak, że ledwo trafiłam w kontakt na ekranie.

- Grzegorz, co to jest? - Starałam się mówić spokojnie.

Cisza. Potem westchnienie.

- Mamo, my musimy to mieszkanie wynająć. Inaczej nie damy rady z kredytem. Wiesz, jaka jest sytuacja.

- Ale ja tu mieszkam od trzydziestu pięciu lat.

- Wiem, mamo. Ale formalnie to moje mieszkanie. Ty sama je przepisałaś. Możesz zamieszkać z nami, pokój Leny jest duży, damy radę.

- W pokoju pięcioletniej wnuczki? - głos mi się załamał.

- To nie jest na zawsze, mamo. Jak się podniesiemy finansowo, coś wymyślimy.

Chciałam powiedzieć tyle rzeczy. Że to ja tu rodzinne zdjęcia wieszałam na ścianach. Że to ja malowałam kuchnię po śmierci Tadeusza, sama, z drabiną pożyczoną od sąsiada. Że to ja płaciłam rachunki za to mieszkanie przez dwadzieścia dziewięć lat, zanim mu je oddałam. Ale powiedziałam tylko: „Dobrze, Grzegorz. Zastanowię się".

Od środy minął tydzień. Zostały dwadzieścia trzy dni. Krysia kazała mi iść do prawnika. Poszłam wczoraj. Prawniczka - młoda, ze dwadzieścia lat młodsza ode mnie - obejrzała dokumenty i powiedziała, że formalnie syn ma prawo. Że darowizna bez służebności mieszkania to darowizna bez zabezpieczenia. Że mogę próbować podważyć, ale to potrwa, będzie kosztować, i nie ma gwarancji. Że mogę też zgłosić to jako rażącą niewdzięczność i żądać zwrotu darowizny.

- Ale to będzie sprawa sądowa. Przeciwko synowi - powiedziała, patrząc mi w oczy.

Wyszłam z kancelarii i usiadłam na ławce przed blokiem. Kwitły kasztany. Lena pewnie właśnie wracała z przedszkola. Patrycja pewnie robiła jej kanapkę. Grzegorz pewnie jechał z roboty i myślał, że matka się ugnie, jak zawsze. Bo ja się zawsze uginałam.

Na telefonie mam zapisany numer tej prawniczki. Mam też numer Grzegorza. Mogę zadzwonić pod jeden albo pod drugi. Mogę spakować walizkę i pojechać do syna, do pokoju wnuczki, uśmiechnąć się i powiedzieć: „Dziękuję, synku". Mogę złożyć pozew i stanąć naprzeciwko własnego dziecka w sądzie. Mogę siedzieć na tej ławce i patrzeć, jak kwitną kasztany, i udawać, że mam jeszcze czas.

Dwadzieścia trzy dni. Fiołki na parapecie trzeba podlać.