Na moje imieniny w sobotę nie przyjechali - „wszyscy leżymy z grypą, mamo". W środę odbierałam wnuka z przedszkola i pani pokazała mi jego rysunek: „Moja rodzina na weselu". Dodała z uśmiechem: „Cała grupa zazdrościła, że w sobotę było wesele."
Stałam w tym przedszkolnym korytarzu z rysunkiem w ręku i czułam, jak mi miękną kolana. Kolorowe kredki. Pani młoda w białej sukni, pan młody z krawatem jak patyk. A obok - Kuba, mój wnuk, narysowany jako mała postać z wielkimi uszami i podpisem „JA". Całe wesele. W sobotę. W tę samą sobotę, kiedy ja siedziałam sama w kuchni z tortem orzechowym, który piekłam od rana, bo Tomek - mój syn - obiecał, że przyjadą na moje imieniny.
- Babciu, idziemy? - Kuba ciągnął mnie za rękę, a ja próbowałam się uśmiechnąć do pani przedszkolanki, która stała obok z tym swoim niewinnym uśmiechem. Nie miała pojęcia, co właśnie zrobiła. Albo raczej - co właśnie odkryłam.
Złożyłam rysunek na pół i wsunęłam do torebki. Zapięłam Kubie kurtkę, wzięłam go za rękę i wyszłam na dwór, gdzie kwitły kasztany. Piękny maj. Piękna środa. I ja z całym tym bałaganem w głowie.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech lat jestem wdową. Mój Zbyszek odszedł nagle - tętniak. Został mi syn Tomek, synowa Agnieszka i Kuba, który jest moim światłem. Mieszkam w Poznaniu, na Ratajach, w tym samym bloku od trzydziestu pięciu lat. Czwarte piętro bez windy, ale jeszcze daję radę. Po śmierci Zbyszka nauczyłam się żyć sama. Rachunki, zakupy, wizyty u lekarza - wszystko sama. Nie narzekam. Ale imieniny to imieniny. Raz w roku można oczekiwać, że rodzina się pojawi.
Tomek mieszka dwadzieścia minut jazdy samochodem. Nie w innym mieście, nie za granicą. Dwadzieścia minut. Pracuje w firmie budowlanej jako kierownik, Agnieszka jest fryzjerką, ma własny salonik na Wildzie. Ludzie normalni, pracowici. Nie mam im za złe, że nie wpadają co tydzień. Ale w sobotę zadzwonił Tomek rano i powiedział: „Mamo, wszyscy leżymy z grypą, Kuba też, sorry, nie damy rady". Powiedział „sorry". Jakby odwoływał spotkanie biznesowe.
Zjadłam kawałek tortu sama. Resztę zaniosłam sąsiadce Krysi z drugiego piętra, żeby się nie zmarnował. Krysia powiedziała: „Halinko, nie martw się, wpadną w przyszłym tygodniu". Skinęłam głową. W przyszłym tygodniu. Jasne.
A teraz szłam z Kubą przez osiedle i myślałam o tym rysunku. Wesele. Czyje wesele? Kuba ma pięć lat, nie wymyśliłby tego. Był na prawdziwym weselu, w sobotę, kiedy miał leżeć z grypą.
- Kuba, kochanie - odezwałam się, starając się mówić zwyczajnie - powiedz babci, fajnie było w sobotę?
- Tak! Był tort! I tańczyłem z mamą! I wujek Darek grał na gitarze!
Wujek Darek. Brat Agnieszki. Więc to było wesele kogoś z jej rodziny. I wszyscy tam byli - Tomek, Agnieszka, Kuba - zdrowi, weseli, tańczący. Podczas gdy ja siedziałam z tortem orzechowym i myślałam, że mój wnuk leży z gorączką.
Dotarłam do domu i posadzałam Kubę przed bajkami. Zrobiłam herbatę. Ręce mi się trzęsły, więc wsypałam cukier obok kubka. Usiadłam przy stole i wyjęłam ten rysunek. Popatrzyłam jeszcze raz. Tam była cała rodzina. Tomek, Agnieszka, Kuba, wujek Darek, jakaś pani w kapeluszu. Nie było jednej osoby. Mnie.
Nie chodziło o wesele. Ludzie jeżdżą na wesela, to normalne. Nawet jeśli tego samego dnia wypadają imieniny matki - cóż, można zadzwonić, przeprosić, powiedzieć prawdę: „Mamo, mamy wesele, ale w niedzielę wpadniemy z kwiatami". Zrozumiałabym. Przecież nie jestem potworem. Całe życie rozumiałam - gdy Tomek nie zdał matury za pierwszym razem, gdy wziął ślub po trzech miesiącach znajomości, gdy kupił mieszkanie na kredyt, który mnie przerażał. Rozumiałam. Ale on wybrał kłamstwo.
To bolało najbardziej. Nie brak wizyty. Kłamstwo.
Wieczorem, gdy Agnieszka przyjechała odebrać Kubę, stałam w drzwiach i patrzyłam na nią. Wyglądała normalnie. Uśmiechnięta, w pośpiechu jak zawsze.
- Dzięki, mamo, że go odebrałaś. Tomek miał nadgodziny, a ja miałam klientkę do siódmej.
- Nie ma sprawy - powiedziałam. A potem, zanim zdążyłam się powstrzymać, dodałam: - Kuba narysował piękny rysunek w przedszkolu. O weselu. W sobotę.
Widziałam, jak Agnieszka na ułamek sekundy znieruchomiała. Tylko ułamek. Potem się uśmiechnęła i powiedziała:
- A, to wyobraźnia, pani Halinko. Dzieci w tym wieku ciągle coś wymyślają. Pewnie widział wesele w bajce.
Pani Halinko. Nie „mamo". Agnieszka od piętnastu lat mówi do mnie „mamo", a tu nagle - „pani Halinko". Więc wiedziała. I kłamała mi prosto w oczy, stojąc w moich drzwiach, po tym jak odebrałam jej syna z przedszkola, bo ona nie mogła.
Zamknęłam drzwi i stałam w przedpokoju. Cicho. Z kuchni ciekł kran, ten sam, który Zbyszek miał naprawić i nie zdążył. Trzy lata cieknie. Kapie i kapie.
Następnego dnia zadzwonił Tomek. Głos miał taki lekki, beztroski.
- Mamo, co u ciebie? Może w niedzielę podskoczymy z Kubą?
- Tomek - powiedziałam cicho - czyje to było wesele w sobotę?
Cisza. Długa. Słyszałam, jak oddycha.
- Mamo…
- Kuba narysował rysunek. „Moja rodzina na weselu". Pani mi pokazała. Cała grupa zazdrościła.
- To było wesele kuzynki Agnieszki - powiedział w końcu. - Mamo, nie chciałem, żebyś się źle czuła. Wiedzieliśmy, że masz imieniny, ale to wesele było zaplanowane od pół roku i…
- I łatwiej było powiedzieć, że macie grypę.
- Tak. Przepraszam. Nie chciałem ci robić przykrości.
Nie chciał mi robić przykrości. Więc skłamał. I jego żona skłamała. I oboje uznali, że babcia na czwartym piętrze na Ratajach nie zasługuje na prawdę, bo prawda byłaby niewygodna. Bo trzeba by tłumaczyć, przepraszać, może zmienić plan. Łatwiej było powiedzieć „grypa" i jechać na wesele z czystym sumieniem. Czy z czystym?
- Tomek - powiedziałam - nie jestem zła o wesele. Jestem zła, że mnie okłamałeś. Jak obcą.
- Mamo, no weź, przesadzasz…
Rozłączyłam się. Pierwszy raz w życiu rozłączyłam się z własnym synem.
Potem siedziałam przy oknie i patrzyłam na kasztanowiec na podwórku. Zbyszek go uwielbiał. Mówił: „Halina, ten kasztan tu stał, zanim my się wprowadziliśmy, i będzie stał, jak nas już nie będzie". Miał rację. Kasztan stoi. Zbyszka nie ma. A ja nie wiem, co robić z tym, co wiem.
Mogę pojechać w niedzielę, kiedy zaproszą. Zjeść obiad, pobawić się z Kubą, udać, że nic się nie stało. Tak byłoby najłatwiej. Tak robiła moja matka - przełykała, milczała, gotowała barszcz na Wigilię i uśmiechała się, nawet kiedy ojciec nie wracał na noc. „Rodzina to rodzina, Halinko" - mówiła.
Albo mogę nie pojechać. Mogę powiedzieć: „Nie przyjadę, bo potrzebuję czasu". I czekać, aż Tomek zrozumie, że matka to nie meblościanka w kącie salonu - stoi, jest, nikt jej nie zauważa, ale jak trzeba, to na nią odkładają klucze.
Rysunek Kuby leży u mnie na lodówce, przyczepiony magnesem z Kołobrzegu. Patrzę na niego codziennie. Kolorowe wesele, szczęśliwa rodzina. Wszyscy na nim są.
Wszyscy oprócz mnie.