Moja fryzjerka, myjąc mi głowę, zapytała ostrożnie, kiedy się wyprowadzam - „córka mówiła u nas w salonie, że mieszkanie pójdzie na sprzedaż, szuka już pani czegoś mniejszego". Niczego nie szukam. Nic nie sprzedaję.
Siedzę teraz w kuchni, herbata stygnie, a ja wciąż czuję ten zapach szamponu gruszkowego i palce Asi masujące mi skórę głowy. I to jej pytanie, zadane lekko, jakby między jednym naciskiem a drugim. Jakby pytała o pogodę. Tyle że pogoda nie potrafi wyrwać ci ziemi spod nóg.
Nazywam się Halina. Mam sześćdziesiąt trzy lata, trzydzieści osiem z nich przeżyłam w tym mieszkaniu na Gocławiu. Trzy pokoje, kuchnia z oknem na podwórko, balkon, z którego widać kasztanowiec. Wprowadziliśmy się tu z Andrzejem w osiemdziesiątym szóstym, kiedy Patrycja miała dwa latka, a ja byłam w ciąży z Moniką. Andrzej umarł cztery lata temu. Rak płuc, siedem miesięcy od diagnozy do końca. Po pogrzebie zostałam sama z tymi trzema pokojami, meblościanką, którą chciał wyrzucić, i serwetkami szydełkowymi na każdej możliwej powierzchni, bo tak robiła jego mama i jakoś mi to zostało.
Patrycja. Moja starsza córka. Czterdzieści lat, prowadzi własne biuro rachunkowe, mieszka z mężem Tomkiem i dwójką dzieci na Białołęce. To ona chodziła do Asi na strzyżenie, zanim mnie tam zaciągnęła. „Mamo, Asia robi świetne pasemka i nie gada bez sensu" - tak powiedziała. I miała rację, Asia rzeczywiście nie gadała bez sensu. Aż do dzisiaj.
Wróciłam z salonu i pierwszą rzeczą, którą zrobiłam, było wybranie numeru do Patrycji. Trzy sygnały. Cztery. Pięć. Poczta głosowa. Napisałam SMS-a: „Zadzwoń do mnie, proszę". Bez wykrzykników, bez emotikonów, chociaż ręce mi drżały i mogłabym napisać dużo więcej.
Oddzwoniła po dwóch godzinach. Byłam już wtedy w takim stanie, że zdążyłam obejść całe mieszkanie trzy razy, dotykając ścian jak ktoś, kto sprawdza, czy one jeszcze stoją.
- Cześć, mamo, co się stało? - głos spokojny, lekko zdyszany, w tle śmiech dzieci.
- Byłam dziś u Asi.
- I jak? Dobrze cię ostrzyżono?
- Asia mnie zapytała, kiedy się wyprowadzam. Powiedziała, że ty jej mówiłaś, że sprzedajemy mieszkanie.
Cisza. Słyszałam tylko telewizor i Kubusia, który wrzeszczał coś o dinozaurze. A potem Patrycja westchnęła. Tak charakterystycznie, jak robiła to od liceum - jakby to ona była zmęczona, jakby to ja wymagała od niej cierpliwości.
- Mamo, ja tylko rozmawiałam z Asią w kontekście ogólnym. O cenach mieszkań na Gocławiu. Bo teraz jest dobry moment na sprzedaż, wiesz? Rynek jest naprawdę…
- Patrycja. To jest moje mieszkanie.
- Wiem, mamo. Wiem, że jest twoje. Ale pomyśl racjonalnie. Trzy pokoje dla jednej osoby? Rachunki za ogrzewanie co miesiąc wyższe? Schody na trzecie piętro bez windy? Za pięć lat będziesz miała prawie siedemdziesiąt lat.
Chciałam powiedzieć: za pięć lat może mnie nie będzie, tak jak taty. Ale nie powiedziałam. Zamiast tego usiadłam na krześle w przedpokoju, tym z obdartym siedziskiem, które Andrzej zawsze obiecywał przebić nową tapicerką, i zapytałam cicho:
- Rozmawiałaś o tym z Moniką?
Znowu cisza. Dłuższa niż pierwsza.
- Monika się zgadza, że to rozsądne rozwiązanie.
Monika. Moja młodsza. Trzydzieści siedem lat, mieszka we Wrocławiu z partnerem, pracuje w bibliotece uniwersyteckiej. Dzwoni w niedziele, czasem w środy. Przyjeżdża na Wigilię i na moje imieniny w sierpniu. Myślałam, że przynajmniej ona… Ale wyraźnie obie już to ustaliły. Beze mnie.
Wieczorem zadzwoniła Monika. Sama, co mnie zaskoczyło, bo zwykle to ja inicjuję kontakt w tygodniu.
- Mamo, Patrycja mi powiedziała, że się dowiedziałaś od fryzjerki. Przepraszam, to głupio wyszło. Chciałyśmy porozmawiać z tobą normalnie, przy obiedzie, w spokoju.
- Kiedy?
- No… planowałyśmy na Wielkanoc.
Na Wielkanoc. Między żurkiem a mazurkiem miałam się dowiedzieć, że moje córki chcą sprzedać mieszkanie, w którym uczyły się chodzić. Mieszkanie, w którym Andrzej stawiał choinkę zawsze za blisko kaloryfera. Gdzie Monika pisała pracę magisterską na podłodze w dużym pokoju, bo mówiła, że biurko ją ogranicza. Gdzie na ścianie w sypialni wciąż jest ślad po kredce, bo Patrycja w wieku trzech lat narysowała tam kota i Andrzej nie pozwolił tego zamalować.
- Monika, czy wy naprawdę uważacie, że ja sobie nie radzę?
- Mamo, nie chodzi o radzenie sobie. Chodzi o to, że mogłabyś mieć wygodniej. Mniejsze mieszkanie, parter albo winda, bliżej przychodni. A z reszty pieniędzy mogłabyś…
- Mogłabym co?
- Odpocząć. Pojechać gdzieś. Odłożyć.
Nie powiedziała: „A resztą mogłybyśmy się podzielić". Nie musiała. Czułam to pod spodem, pod tymi starannie dobranymi słowami o wygodzie i przychodni. Patrycja z Tomkiem wzięli kredyt na dom pod Warszawą. Monika z Darkiem wynajmują kawalerkę we Wrocławiu od pięciu lat. Rozumiem. Naprawdę rozumiem, że pieniądze są ważne, że życie jest drogie, że młodym jest ciężko. Ale dlaczego nikt mnie nie zapytał?
Następnego dnia poszłam na spacer. Kasztanowiec pod balkonem już wypuszcza pąki, za tydzień-dwa będzie kwitł. Usiadłam na ławce, tej samej, na której siadaliśmy z Andrzejem wieczorami, kiedy dzieci spały. Obiecywał mi, że na emeryturze będziemy jeździć na działkę codziennie, hodować pomidory. Działkę sprzedałam po jego śmierci, bo nie dawałam rady sama. Tego nie żałuję. Ale mieszkanie to co innego. Mieszkanie to nie nieruchomość - to trzydzieści osiem lat wdychane w ściany.
W piątek Patrycja przyjechała z sernikiem. Usiadła w kuchni, pokroiła, nalała herbaty. Patrzyłam na nią i widziałam tę trzyletnią dziewczynkę z kredką w ręku. I jednocześnie kobietę, która za moimi plecami planuje sprzedaż mojego domu i opowiada o tym fryzjerce.
- Patrycja, powiem ci jedną rzecz. To mieszkanie jest zapisane na mnie. Tata chciał, żebym tu mieszkała tak długo, jak mogę. I ja mogę. Na razie mogę.
Patrycja odłożyła widelczyk. Spojrzała na mnie tak, jak patrzy się na kogoś, komu chce się wyjaśnić coś oczywistego.
- Mamo, nikt ci niczego nie zabiera. Ale nie rób z tego sprawy sentymentalnej. To jest lokal. Ma wartość rynkową. I stoi na trzecim piętrze bez windy, a ty masz kolana, które…
- Moje kolana to moja sprawa.
Zjadłyśmy sernik w ciszy. Patrycja pocałowała mnie w policzek, zabrała pustą foremkę i pojechała. W drzwiach odwróciła się jeszcze:
- Pomyśl o tym, dobrze? Dla nas wszystkich.
Dla nas wszystkich. Zamknęłam drzwi, przekręciłam zamek i oparłam się o nie plecami. Stałam tak może minutę, może pięć. A potem poszłam do dużego pokoju, przesunęłam fotel i dotknęłam ściany w tym miejscu, gdzie pod trzema warstwami farby wciąż jest kredkowy kot Patrycji.
Nie wiem, co zrobię. Wiem tylko, że jutro rano wejdę na te schody - na swoje trzecie piętro - o własnych siłach. I dopóki mogę to robić, to mieszkanie jest moje. Ale kiedy w nocy leżę w ciemności i słucham, jak puste pokoje oddychają ciszą, czasem łapię się na myśli, że Patrycja może mieć rację w jednym: te trzy pokoje są za duże dla jednej osoby. Tylko że to nie jest powód, żeby z nich odchodzić. Albo właśnie jest.