W poniedziałek u notariusza odwołałam darowiznę mieszkania - „za rażącą niewdzięczność", tak to się nazywa w kodeksie. Syn dowie się z poleconego. Pani notariusz spytała, czy na pewno. Jestem pewna od Wigilii, odkąd jem świąteczną kolację w kuchni, osobno.

Polecony wysłałam we wtorek. Koperta z potwierdzeniem nadania leży teraz na lodówce, obok pojemnika z lekami na ciśnienie. Patrzę na nią co rano przy kawie i czekam. Nie wiem dokładnie na co - może na telefon, może na ciszę, która będzie głośniejsza niż wszystko, co Marek mógłby mi powiedzieć.

Mieszkanie na Grochowie dostałam po rodzicach. Trzy pokoje, czwarte piętro, widok na skwer z kasztanowcami. Tata umarł w dziewięćdziesiątym ósmym, mama dziesięć lat później. Przez ten czas zdążyłam wyremontować łazienkę, wymienić okna i wychować w tych ścianach syna. Sama, bo Andrzej - mój były mąż - wyjechał do Irlandii, kiedy Marek miał jedenaście lat, i więcej go interesował kurs funta niż wywiadówki w szkole. Alimenty przychodziły, ojciec nie. Pracowałam w księgowości w hurtowni budowlanej na Pradze, chodziłam na nadgodziny, brałam fuchy po znajomych. Marek nie musiał się wstydzić - miał markowe buty, komputer, korepetycje z angielskiego. Wszystko z tych ścian, z tej kuchni, z moich rąk.

Darowiznę zrobiłam pięć lat temu. Marek miał dwadzieścia osiem lat, właśnie się ożenił z Agnieszką. Ładna dziewczyna, trochę cicha, z Radomia. Notariusz spisał akt, ja podpisałam z lekkim sercem. Pomyślałam - po co czekać? Niech mają, niech remontują, niech żyją. Sobie zastrzegłam prawo dożywotniego zamieszkania, jak radził znajomy prawnik. Na wszelki wypadek, mówił. Machnęłam ręką - jaki wypadek, to mój syn. Ale podpisałam.

Przez pierwszy rok było dobrze. Agnieszka przynosiła mi sernik z piekarni na rogu, Marek naprawił kran w łazience, gadaliśmy wieczorami. Potem urodziła się Hania. Wnuczka. Cztery kilo, ruda jak moja mama. Płakałam ze szczęścia na korytarzu szpitala, a Marek mnie przytulił i powiedział: „Mamo, bez ciebie bym nie dał rady". Uwierzyłam. Może ostatni raz naprawdę uwierzyłam w te słowa.

Problemy zaczęły się, kiedy Agnieszka wróciła z macierzyńskiego. Albo może wcześniej, tylko ja nie chciałam widzieć. Najpierw drobne rzeczy - moje kapcie przestawione z przedpokoju pod drzwi mojego pokoju, jakby ktoś wyznaczał granicę. Potem Agnieszka zaczęła gotować oddzielnie. „Bo Hania ma alergię, trzeba pilnować, co w garnku". Nie kłóciłam się. Zaczęłam gotować sobie w kuchni, kiedy oni jedli w pokoju. Mówiłam sobie - młodzi potrzebują przestrzeni.

Marek milczał. To było najgorsze - to milczenie. Kiedyś mówił mi o wszystkim, o pracy, o planach, o zmartwieniach. Teraz wracał z warsztatu samochodowego - dorobił się stanowiska kierownika - siadał przed telewizorem i patrzył w ekran. Kiedy pytałam, jak w pracy, odpowiadał: „Normalnie". Kiedy pytałam o Hanię, mówił: „Śpi".

Agnieszka pewnego wieczoru stanęła w drzwiach mojego pokoju i powiedziała cicho, bez złości, takim tonem, jakby sprawdzała pogodę na jutro:

- Pani Tereso, chcieliśmy porozmawiać o jednej rzeczy. Z Markiem myślimy, żeby ten większy pokój przeznaczyć dla Hani. Rośnie, potrzebuje miejsca na zabawki. A pani mogłaby się przenieść do tego mniejszego, przy kuchni.

Pani Tereso. Nie „mamo". Nie „proszę pani". Pani Tereso. Jak do sąsiadki. Jak do kogoś, kto tu jest gościem.

- A Marek co na to? - zapytałam.

- Marek się zgadza - powiedziała i nie mrugnęła.

Przeniosłam się do mniejszego pokoju. Dziesięć metrów kwadratowych, łóżko, szafka, krzesło. Na parapecie postawiłam zdjęcie mamy i palmę, którą trzymam od piętnastu lat. Mówiłam sobie - to dla wnuczki. Dla Hani. Mogę się poświęcić.

Ale potem przyszła Wigilia.

Agnieszka szykowała kolację od rana. Dwanaście potraw, piękny obrus, świece. Ja chciałam pomóc - jak co roku lepię uszka najszybciej w rodzinie, mama mnie nauczyła, mam to w palcach od czterdziestu lat. Agnieszka powiedziała: „Proszę, niech pani nie rusza ciasta, pani ma inną technikę, Hania potem nie je".

O szóstej nakryła stół. Cztery nakrycia - ona, Marek, Hania i teściowa Agnieszki, pani Władysława, która przyjechała z Radomia. Dla mnie nie było talerza.

Stałam w drzwiach i liczyłam. Raz, dwa, trzy, cztery. Liczyłam jeszcze raz. Cztery.

- Marek - powiedziałam cicho. - A ja?

Syn nie patrzył mi w oczy. Grzebał widelcem w serwetce i powiedział:

- Mamo, może zjesz w kuchni? Agnieszka mówi, że przy stole jest ciasno, a ty przecież rozumiesz…

Nie dokończył. Nie musiał. Pani Władysława z Radomia siedziała już na moim miejscu, na krześle, które pamiętało jeszcze moją matkę.

Zjadłam barszcz w kuchni. Sama. Słyszałam przez ścianę, jak łamią opłatek, jak Hania się śmieje, jak pani Władysława mówi „jakie pyszne uszka, Agnieszko". Moje uszka były lepsze. Ale to już nie miało znaczenia.

W Boże Narodzenie zadzwoniłam do znajomego prawnika. Tego samego, który pięć lat temu radził mi wpisać dożywocie. Powiedział: „Tereso, rażąca niewdzięczność to poważna sprawa. Ale to, co opisujesz, może wystarczyć. Zbieraj dowody, rób notatki, zapisuj daty". Zaczęłam zapisywać. W starym kalendarzu z logo hurtowni, w której przepracowałam dwadzieścia sześć lat. Każdy dzień, każde zdanie, każde zamknięcie drzwi przed moim nosem.

Styczeń. Agnieszka wymieniła zamek w drzwiach wejściowych i „zapomniała" dać mi klucz. Przez dwa dni wchodziłam do własnego - formalnie już nie własnego - mieszkania tylko wtedy, kiedy ktoś był w domu.

Luty. Marek powiedział, że może powinnam pomyśleć o DPS-ie. „Są teraz ładne, mamo. Koleżanki byś miała". Miał przy tym taką minę, jakby sam w to nie wierzył, ale powtarzał słowa, których go ktoś nauczył.

Marzec. Hania na spacerze w parku powiedziała do koleżanki: „Ta pani to mieszka u nas, ale mama mówi, że niedługo się wyprowadzi". Ta pani. Trzy lata. Własna wnuczka. Ta pani.

W poniedziałek poszłam do notariusza. Pani mecenas obejrzała dokumenty, pokiwała głową, zadała kilka pytań. Na koniec spojrzała na mnie ponad okularami i spytała:

- Jest pani pewna?

- Od Wigilii - odpowiedziałam.

Podpisałam. Wyszłam na ulicę, na Grochów, w marcowe słońce, które grzało jak na złość. Kasztanowce na skwerze miały już pąki. Stanęłam pod blokiem i popatrzyłam na okna czwartego piętra. W moim dawnym dużym pokoju - tym oddanym Hani na zabawki - paliło się światło.

Telefon zadzwonił w środę. Marek. Odebrałam po piątym sygnale.

- Mamo, co ty zrobiłaś? - głos mu się łamał. - Jak mogłaś? Przecież to nasz dom. Hani dom.

- Hania ma dwie babcie - powiedziałam. - Jedną przy stole, drugą w kuchni. Ja nie chcę być tą w kuchni, Marek.

Cisza. Słyszałam, jak oddycha. Jak szuka słów. Nie znalazł ich. Rozłączył się.

Teraz siedzę w tym mniejszym pokoju, przy oknie, z herbatą, którą piję od czterdziestu lat - czarna, z cytryną, bez cukru. Palma na parapecie wypuściła nowy liść. Dziwne, że to zauważam akurat teraz. Wiem, że Marek może sprawę skierować do sądu. Wiem, że Agnieszka pewnie już szuka prawnika. Wiem, że sąsiadki będą gadać - „wyobraź sobie, matka własnemu synowi". I wiem, że kiedy Hania dorośnie, ktoś jej opowie tę historię. Tylko nie wiem, czyją wersję usłyszy.

Czasem myślę, czy gdybym tamtej Wigilii po prostu usiadła na podłodze w salonie i powiedziała „nigdzie się nie ruszam" - może wszystko potoczyłoby się inaczej. A może dokładnie tak samo. Może syn podjąłby decyzję sam, a nie czekał, aż podejmie ją za niego Agnieszka albo ja. Tego się chyba nigdy nie dowiem.

Polecony dotarł. Wiem, bo sprawdziłam na poczcie. Odebrany, podpis, data. Telefon milczy trzeci dzień. Palma rośnie. Czekam.