Wracając znad morza, syn z rodziną „wpadli na jedną noc". Zostali jedenaście dni. W niedzielę rano wyjechali, a na pralce czekała karteczka: „Mamusiu, wrzuciłam nasze rzeczy, odbierzemy wyprane w środę. Buziaki".

Przeczytałam tę karteczkę trzy razy. Stałam w łazience boso, w piżamie, z okularami przekrzywionymi na nosie, i czytałam. Każde słowo z osobna. „Mamusiu". „Wrzuciłam". „Buziaki". A potem otworzyłam pokrywę pralki i zobaczyłam mokry kłąb - ręczniki plażowe, dziecięce body, koszulkę synowej w paski i spodenki wnuka. Pralka była nastawiona na sześćdziesiąt stopni, na bawełnę. Przynajmniej program wybrała właściwy, pomyślałam. I wtedy usiadłam na brzegu wanny i zaczęłam płakać. Nie z żalu. Ze zmęczenia, które narastało przez jedenaście dni, a które nie miałam prawa nazwać po imieniu, bo przecież matka nie powinna się skarżyć na własne dziecko.

Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt trzy lata i od czterech lat mieszkam sama. Mąż, Ryszard, odszedł na zawał - tak po prostu, w środku gotowania obiadu, w sobotę. Padł przy kuchence, a ziemniaki się zagotowały. Syn Marcin ma trzydzieści osiem lat, mieszka z żoną Patrycją i pięcioletnim Olkiem we Wrocławiu. Ja jestem w Poznaniu, w trzypokojowym mieszkaniu na Ratajach, z balkonem na wschód i widokiem na topolę, która co roku sypie puchem. Po śmierci Ryszarda ten puch był jedynym towarzystwem, które nie wymagało ode mnie podawania herbaty.

Marcin zadzwonił w piątek wieczorem, dwudziestego szóstego lipca. Słyszałam w tle szum morza i pisk Olka.

- Mamo, jesteśmy w Kołobrzegu, wracamy jutro. Moglibyśmy się u ciebie zatrzymać na jedną noc? Olek pada z nóg, ten przejazd za jednym zamachem to za dużo.

- Synku, oczywiście - powiedziałam i od razu poszłam ścielić łóżko w dawnym pokoju Marcina. Wyjęłam czystą pościel, tę z lawendowym wzorem. Kupiłam rano bułki, ser żółty, jajka. Na wszelki wypadek upiekłam jeszcze szarlotkę, bo Olek kocha szarlotkę.

Przyjechali w sobotę koło południa. Olek wbiegł pierwszy, rzucił mi się na szyję. Patrycja wniosła trzy torby plażowe, worek z mokrymi ręcznikami i torbę chłodzącą z resztkami jedzenia z wakacji. „Pani Bożenko, nie ma pani pojęcia, jaki ten upał na trasie" - powiedziała, wachlując się ręką. Syn wszedł ostatni, pocałował mnie w czoło, usiadł na kanapie i otworzył piwo z lodówki. Nie pytał, czy może.

Pierwszego wieczoru było miło. Szarlotka, herbata z cytryną, Olek biegający po mieszkaniu w samych majtkach. Patrycja zrobiła zdjęcie szarlotki „na Instagrama" i powiedziała, że w Kołobrzegu nie było takiej domowej atmosfery. Marcin oglądał mecz. Poszłam spać o dziesiątej, szczęśliwa. Wnuk śpi w moim domu. Co może być piękniejszego.

W niedzielę rano spytałam delikatnie, o której ruszają. Marcin podrapał się po głowie.

- Mamo, a wiesz co? Patrycja sprawdziła i okazuje się, że Olek ma wizytę u alergologa dopiero w czwartek. Moglibyśmy jeszcze jeden dzień? Olek tak kocha babcię.

Jeden dzień zamienił się w dwa, dwa w pięć. W środę Patrycja stwierdziła, że skoro już tu są, to w piątek mógłby Olek iść na plac zabaw z dziećmi sąsiadki, bo się zaprzyjaźnili. W piątek Marcin powiedział, że w weekend jest festyn na Starym Rynku i szkoda by było nie skorzystać. Nikt nie pytał, czy mi to nie przeszkadza. Nikt nie musiał - w końcu jestem matką, a matka jest szczęśliwa, kiedy ma rodzinę blisko. Prawda?

Przez jedenaście dni moje mieszkanie zamieniło się w coś, czego nie poznawałam. Zabawki Olka pod kanapą, na kanapie, w łazience. Ręczniki mokre na kaloryferze w lipcu. Patrycja korzystała z mojej kuchni jak z własnej, ale nie zmywała. Znaczy - zmywała, ale co drugi dzień, a garnki „moczyły się" w zlewie. Trzy razy poszłam do sklepu po mleko, masło, wędlinę, parówki. Za każdym razem płaciłam ja. Marcin ani razu nie powiedział: „Mamo, daj, ja skoczę". Za to potrafił powiedzieć: „Mamo, nie ma przypadkiem jeszcze tego sera z Lidla?".

W czwartek wieczorem, kiedy Olek już spał, spróbowałam porozmawiać z synem. Usiadłam przy nim na balkonie.

- Marcin, ja was bardzo kocham, ale kiedy planujecie jechać? Muszę iść do lekarza w przyszłym tygodniu, chciałabym trochę odpocząć, posprzątać...

Syn spojrzał na mnie tym wzrokiem. Tym samym, którym patrzył, kiedy miał szesnaście lat i prosiłam, żeby posprzątał pokój.

- Mamo, no co ty. Myślałem, że ci miło. Olek cały czas pyta o babcię, a ty o sprzątanie.

Wstyd mnie oblał. Zamilkłam. Przyniosłam herbatę. Nie wracałam do tematu.

W piątek Patrycja stwierdziła, że pralka u mnie lepiej pierze niż ich we Wrocławiu i że wrzuci „jeszcze jedną turę". W sobotę wieczorem oznajmili, że rano jadą. Poczułam ulgę, a zaraz potem poczucie winy, że czuję ulgę. Co to za matka, która cieszy się, że syn wyjeżdża?

Wstałam w niedzielę o siódmej. Mieszkanie było puste. Na stole w kuchni - trzy brudne kubki, okruszki po tostach, otwarty słoik dżemu. Łóżko w pokoju Marcina rozrzucone, prześcieradło zwinięte w kłąb. I ta karteczka. Na pralce. Pismem Patrycji, okrągłym, z serduszkiem zamiast kropki nad „i".

„Mamusiu, wrzuciłam nasze rzeczy, odbierzemy wyprane w środę. Buziaki".

Stałam z tą karteczką i myślałam. O Ryszardzie, który zawsze mówił, że za bardzo rozpieszczam Marcina. O mojej matce, u której nigdy nie odważyłabym się zostawić prania. O sąsiadce Danucie, która kiedyś powiedziała mi przez płot na działce: „Bożena, dzieci kochają jak im wygodnie, a ty to im umożliwiasz".

Zadzwoniłam do Marcina w poniedziałek wieczorem. Ręce mi się trzęsły, jakbym robiła coś złego.

- Synku, pranie jest wyprane i złożone. Ale nie przyjeżdżajcie w środę. Wyślę wam kurierem.

Cisza.

- Mamo, no co ty? Kurierem pranie? Przecież to absurd.

- Może i absurd. Ale chcę, żebyś następnym razem zadzwonił wcześniej. I zapytał, czy mogę. Nie czy chcę - wiem, że chcę. Czy mogę.

Marcin się rozłączył. Nie powiedział „pa", nie powiedział „dobrze". Po prostu cisza, a potem sygnał końca połączenia. Siedzę teraz na balkonie, na tym samym krześle, na którym tydzień temu piłam z nim herbatę. Topola szumi. Paczka z pranimi stoi zapakowana przy drzwiach. Nie wiem, czy Marcin zadzwoni jutro. Nie wiem, czy się obrazi na tydzień, czy na rok. Nie wiem nawet, czy zrobiłam dobrze.

Wiem tylko, że ta karteczka wciąż leży na lodówce. Nie wyrzuciłam jej. Chyba na wypadek, gdybym kiedyś zaczęła wątpić, że miałam powód.