Sprzątając półki, znalazłam w książce o pszczołach list pisany ręką męża. „Halinko, jeśli to czytasz, to znaczy, że odszedłem, a Ty robisz porządki. Muszę Ci wreszcie napisać o". Drugiej kartki w książce nie było. Przekartkowałam całą bibliotekę - nie ma.
Ręce mi się trzęsły tak, że musiałam usiąść na podłodze, prosto na stos książek, które przed chwilą ściągnęłam z półki. Czytałam to zdanie raz, drugi, piąty. Litery nieco pochyłe w prawo, jak zawsze pisał Henryk - starannie, ale z takim lekkim pośpiechem, jakby myśl uciekała szybciej niż ręka. „Muszę Ci wreszcie napisać o". O czym? O czym, Henryku?
Henryk odszedł czternaście miesięcy temu. Rak trzustki, sześć tygodni od diagnozy do końca. Pięćdziesiąt osiem lat razem - od kiedy poznaliśmy się na zabawie w Domu Kultury na Pradze, ja z warkoczem do pasa, on w pożyczonej marynarce. Byłam wtedy dwudziestoletnią krawcową z zakładu przy Targowej. On - elektrykiem, dopiero po technikum, z planami na cały świat. Te plany skurczyły się potem do mieszkania na Bielanach, dwójki dzieci i działki ROD pod Legionowem, gdzie Henryk przez trzydzieści lat hodował właśnie pszczoły.
Ta książka - „Pszczoły i ludzie" Karola Groblewskiego, wydanie z siedemdziesiątego szóstego roku - leżała na najwyższej półce regału, który jeszcze Henryk sam montował. Nigdy jej nie ruszałam. Pszczoły były jego światem. Ja się ich bałam, a on się z tego śmiał. Mówił: „Halinko, one czują strach. Bądź spokojna, to i one będą spokojne". Teraz siedzę na podłodze i jestem wszystkim, tylko nie spokojna.
Przez trzy godziny przekartkowałam każdą książkę w mieszkaniu. Każdą. Sto czterdzieści siedem tomów - liczyłam. Henryk miał swoje, ja swoje, były wspólne encyklopedie, atlasy, stare podręczniki Marka i Kasi. Trząsłam je nad podłogą, sprawdzałam okładki, wymacywałam grzbiety. Drugiej kartki nie było.
Wieczorem zadzwoniłam do Kasi, naszej córki. Mieszka we Wrocławiu, pracuje w aptece, ma dwójkę dzieci.
- Kasiu, muszę cię o coś zapytać. Tylko spokojnie.
- Mamo, jak mówisz „spokojnie", to już wiem, że nie będzie spokojnie.
- Tata zostawił mi list. Znalazłam go w książce o pszczołach.
Cisza. Długa, wyraźna.
- Jaki list?
- Zaczęty. Nie dokończony. Pisze, że musi mi o czymś powiedzieć, ale brakuje drugiej kartki.
Kasia milczała przez chwilę, a potem powiedziała coś, co mnie zabolało bardziej niż sam list.
- Mamo, może po prostu nie zdążył. Był chory, pamiętasz? Może zaczął pisać i nie miał siły dokończyć.
Pamiętam. Oczywiście, że pamiętam. Pamiętam każdy dzień tych sześciu tygodni. Jak Henryk jeszcze w pierwszym tygodniu po diagnozie pojechał na działkę i stał przy ulach, jakby się żegnał. Jak w trzecim tygodniu przestał wychodzić z łóżka. Jak w piątym mówił już tylko szeptem. Ale to „wreszcie" w liście - ono nie brzmiało jak myśl chorego człowieka. Ono brzmiało jak coś, co nosił w sobie latami.
Do Marka, naszego syna, zadzwoniłam następnego dnia. Marek jest kierowcą ciężarówki, jeździ po całej Europie, rzadko kiedy złapie się go na dłuższą rozmowę. Ale tym razem zatrzymał się gdzieś na parkingu pod Dreznem i słuchał.
- Tato pisał listy? - zdziwił się szczerze. - Tato, który w życiu nie wysłał kartki na imieniny?
- Właśnie dlatego to dziwne, Marek.
- Mamo, a może to nie do ciebie? Może to wprawka, brudnopis?
- „Halinko" - przeczytałam mu. - Ile znasz Halinek?
Marek milczał. Potem westchnął ciężko, jak jego ojciec.
- Przyjadę w przyszłym tygodniu. Przeszukamy działkę.
Na działce byliśmy we wtorek. Maj pachniał bzem i rozgrzaną trawą. Ule stały puste - po śmierci Henryka nikt się nimi nie zajął, pszczoły odleciały. Domek działkowy wyglądał tak, jak go zostawił: narzędzia powieszone równo na hakach, słoiki na miód ustawione rzędem, stary fotel z kocem, w którym odpoczywał po pracy przy ulach.
Przeszukaliśmy wszystko. Szuflady, półki, stary kredens, skrzynkę z narzędziami, nawet przestrzeń między deskami podłogi. Marek zajrzał do uli - nic. Znaleźliśmy starą kopertę z rachunkami za wodę, zeszyt z notatkami o rojeniu się pszczół, trzy zdjęcia z lat osiemdziesiątych - Henryk młody, uśmiechnięty, w koszuli z podwiniętymi rękawami, przy kimś, kogo nie znałam.
Na jednym zdjęciu była kobieta. Ciemnowłosa, drobna, w letniej sukience w kwiaty. Stali blisko. Nie za blisko, nie obejmowali się. Ale coś w sposobie, w jaki oboje patrzyli w obiektyw - jakby dzielili wspólny sekret.
Odwróciłam zdjęcie. Na odwrocie ołówkiem, pismem Henryka: „Wisła, lipiec '83".
Lipiec osiemdziesiąt trzy. Kasia miała wtedy trzy lata, Marek - rok. Henryk jeździł wtedy na szkolenia z elektrotechniki. Przynajmniej tak mówił. Wisła, Ustroń, Bielsko - wyjeżdżał na tydzień, wracał opalony, z czekoladkami dla dzieci.
- Mamo - Marek stanął za mną. - Kto to jest?
- Nie wiem.
- Może koleżanka z pracy. Albo ktoś ze szkolenia.
- Może.
Schowałam zdjęcie do kieszeni. Marek nie protestował.
Przez następne dwa tygodnie nie spałam dobrze. Budziłam się o trzeciej, czwartej w nocy i leżałam w ciemności, wsłuchując się w tykanie zegara, który Henryk kupił na naszą trzydziestą rocznicę. Wyobraźnia podsuwała mi scenariusze - jeden gorszy od drugiego. A może ten list to było wyznanie? Może miał drugie życie, o którym nie wiedziałam? A może - i ta myśl bywała najgorsza - chciał mi powiedzieć coś zupełnie innego, coś pięknego, czego teraz nigdy się nie dowiem?
Pojechałam do Zosi, mojej siostry. Zosia jest ode mnie starsza o cztery lata, mieszka pod Poznaniem, hoduje koty i ma opinię na każdy temat.
- Halina - powiedziała, nalewając mi herbatę z cytryną, jak zawsze za gorącą - daj spokój. Henryk był dobrym człowiekiem. Pięćdziesiąt osiem lat z tobą, dwójka dzieci, działka, pszczoły. Jeśli miał jakiś sekret, to pewnie taki, że kiedyś wydał za dużo na miodarkę i nie chciał się przyznać.
- A to zdjęcie?
- Halinka, w osiemdziesiątym trzecim każdy gdzieś z kimś stał na zdjęciu. To nie był dowód zdrady, to było normalne życie.
Może miała rację. Ale to „wreszcie" nie dawało mi spokoju. Bo jeśli Henryk nosił coś w sobie przez dekady i wreszcie chciał to z siebie zdjąć, to znaczy, że żyłam z człowiekiem, którego nie znałam do końca. A to jest myśl, która potrafi obudzić o trzeciej w nocy.
Kasia przyjechała na majówkę z wnukami. Siedziałyśmy na balkonie, dzieci bawiły się na podwórku, a ja jej wszystko opowiedziałam. O liście, o zdjęciu, o bezsennych nocach.
- Mamo - Kasia wzięła mnie za rękę - tata cię kochał. To wiesz. Widziałam to każdego dnia, przez całe życie. Cokolwiek chciał ci napisać, to nie zmienia tego, co było.
- A jeśli zmienia?
- Nie zmienia. Bo ty masz swoje wspomnienia i one są prawdziwe. Twoje, nie jego.
Mądra dziewczyna moja Kasia. Mądrzejsza ode mnie.
List leży teraz w szufladzie mojej szafki nocnej, obok różańca i zdjęcia Henryka z ostatnich urodzin. Czasem go wyciągam, czytam te dwa zdania i próbuję usłyszeć jego głos. Czasem mi się wydaje, że słyszę. Że mówi: „Halinko, daj spokój, zrób sobie herbatę". A czasem myślę, że słyszę coś zupełnie innego.
Ostatnio złapałam się na tym, że stoję na balkonie i patrzę na dach szkoły po drugiej stronie ulicy i mówię na głos: „Henryk, co chciałeś mi powiedzieć?". Sąsiadka z dołu pewnie pomyślała, że wariactwem. Może i racja.
Ale ja wiem jedno. Mogę szukać dalej. Mogę pojechać do Wisły, pytać ludzi, których pewnie już tam nie ma. Mogę napisać do jego dawnych kolegów z pracy. Mogę rozebrać działkowy domek deska po desce. Albo mogę schować ten list z powrotem między strony książki o pszczołach, odstawić ją na najwyższą półkę i dalej żyć z Henrykiem, którego znałam.
Wczoraj wieczorem włożyłam list do koperty. Dzisiaj rano wyjęłam go z powrotem.