Wnuki urodziły się w Manchesterze. Rozmawiamy przez kamerkę w niedziele, po pięć minut, bo „im się nudzi". Ostatnio starszy zapytał o coś po angielsku, a syn przetłumaczył ze śmiechem: „pyta, kim jest ta pani". Kupiłam zeszyt i uczę się angielskiego, sama, po nocach.

Kim jest ta pani. Trzy słowa, a bolały bardziej niż cokolwiek, co usłyszałam w życiu. Bardziej niż kiedy Ryszard powiedział, że odchodzi. Bardziej niż wynik biopsji mamy. Bo tamte słowa miały w sobie jakąś logikę, przyczynę i skutek. A te - te były po prostu stwierdzeniem faktu. Dla Olka, mojego pięcioletniego wnuka, jestem obcą kobietą na ekranie.

Syn się śmiał. Słyszałam ten jego śmiech - trochę nerwowy, trochę przepraszający, ale jednak śmiech. Jakby to był żart. Jakby dziecko powiedziało coś uroczego. Wyłączyłam kamerkę, powiedziałam „muszę lecieć, zupa na gazie" i siedziałam potem w ciemnej kuchni dwadzieścia minut, patrząc na wygaszony ekran laptopa.

Zupa żadna nie stała na gazie. Nie gotowałam tamtego dnia nic. Od kiedy mieszkam sama, często nie gotuję w niedziele. Po co robić rosół dla jednej osoby?

Nazywam się Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech lat jestem na emeryturze. Całe życie przepracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Ratajach w Poznaniu. Biurko, faktury, ludzie przychodzący z pretensjami o czynsz - to było moje życie przez trzydzieści siedem lat. Teraz moje życie to pusty blok, trzy pokoje po synach, którzy wyjechali, i niedzielne pięć minut z ekranem.

Tomek wyjechał do Anglii jedenaście lat temu. Miał dwadzieścia pięć lat, dyplom politechniki i zerowe perspektywy na znalezienie czegoś sensownego w Poznaniu. Pamiętam, jak staliśmy na peronie. „Mamo, to na rok, góra dwa. Zarobię, wrócę, otworzymy z Darkiem warsztat." Darek to jego brat, młodszy o trzy lata. Tamtego dnia obaj stali na peronie. Dziś Darek jest w Dublinie, Tomek w Manchesterze, a ja stoję czasem na tym samym peronie, bo tamtędy chodzę do Lidla, i myślę, jak to się stało, że peron został, a oni nie.

Tomek po dwóch latach poznał Sarah. Ładna dziewczyna, na zdjęciach widziałam, że ładna. Ruda, uśmiechnięta. Przyjechali raz do Poznania, na Wielkanoc, to było chyba w 2016 roku. Sarah próbowała jeść żurek i widziałam, że jej nie smakuje, ale dzielnie jadła. Rozmawiałyśmy na migi, Tomek tłumaczył. „Mamo, ona mówi, że masz piękne mieszkanie." Wiedziałam, że Sarah tak nie powiedziała, bo patrzyła na meblościankę z tym wyrazem twarzy, który miał kiedyś Ryszard, zanim odszedł - uprzejmym, ale pustym.

Potem był ślub. W Manchesterze, oczywiście. Poleciałam samolotem pierwszy raz w życiu. Darek przyleciał z Dublina. Na lotnisku płakałam ze strachu i ze szczęścia, że widzę obu synów. Wesele było dziwne - bez oczepien, bez „sto lat", bez cioci Haliny, która po trzecim kieliszku śpiewa szlagiery. Ludzie stali z kieliszkami wina i rozmawiali cicho. Ja siedziałam przy stole i uśmiechałam się, bo nie rozumiałam ani słowa.

Tomek podszedł w pewnym momencie i szepnął: „Mamo, dobrze się bawisz?" Powiedziałam „cudownie, synku". To była prawda i nieprawda jednocześnie. Cudownie, że tu jestem. Strasznie, że jestem tu nikim.

Potem urodził się Olek. Tomek dzwonił z porodówki, krzyczał do telefonu „mamo, chłopak, trzy i pół kilo!", a ja popłakałam się na balkonie, bo nie mogłam go objąć. Nie mogłam powąchać tej główki. Nie mogłam położyć mu dłoni na pleckach i poczuć, jak oddycha.

Dwa lata później - Filip. Drugiego wnuka zobaczyłam po raz pierwszy na ekranie, czternaście godzin po porodzie. Sarah leżała zmęczona, Tomek trzymał zawiniątko przy kamerze. „Patrz, mamo, jak na ciebie patrzy!" Nie patrzył na mnie. Patrzył w światło ekranu. Tak jak kociaki patrzą na ruchomy palec.

Poleciałam do nich, kiedy Olek miał dwa latka, a Filip był niemowlęciem. Na tydzień. Tomek pracował, Sarah pracowała na pół etatu, więc siedziałam z chłopcami. Olek mówił do mnie „baba", bo Tomek go tak nauczył. Ale kiedy chciał soku, krzyczał „juice!". Kiedy chciał się bawić, mówił „play!". Byłam „baba", ale żyłam w świecie, w którym nawet dwulatek wiedział więcej ode mnie.

Wróciłam do Poznania i zaczęły się niedziele. Kamerkowe niedziele. Na początku było fajnie - Tomek sadzał Olka na kolanach, ja pokazywałam mu pluszowego misia przez ekran, Olek się śmiał. Ale dzieci rosną. Olek zaczął chodzić do przedszkola, potem do szkoły. Filip dorasta. Teraz niedzielne połączenia wyglądają tak: Tomek woła chłopców, oni przybiegają, machają, mówią „hi", patrzą gdzieś obok ekranu i po dwóch minutach znikają. Tomek mówi „sorry, mamo, mają swoje sprawy". Sarah czasem macha z kuchni. Pięć minut. Czasem trzy.

A potem to zdanie. „Who is that lady?"

Tamtej nocy nie spałam. Leżałam i myślałam o mojej babci Zofii, która mieszkała piętro wyżej i którą widywałam codziennie. Która pachniała kminkiem i wełną. Która uczyła mnie lepić pierogi i która znała każde moje słowo, każdy mój grymas, każdą łzę. Moi wnukowie nie znają mojego zapachu. Nie wiedzą, że robię najlepszy sernik w rodzinie. Nie wiedzą, że mam zdjęcie ich ojca jako niemowlaka w ramce na komodzie. Dla nich jestem pikselem.

Następnego dnia poszłam do księgarni na Święty Marcin i kupiłam zeszyt w kratkę i podręcznik „English for Beginners". Kasjerka spojrzała na mnie znad okularów. Nie powiedziałam nic. W domu otworzyłam pierwszą lekcję. „Hello. My name is..." Napisałam: „My name is Bożena." Potem dopisałam: „I am grandmother." Sprawdziłam w słowniku - „babcia" to „grandma". Poprawiłam: „I am grandma."

Od tamtej pory uczę się co noc. Po programie Tomaszewskiego w Dwójce, po herbatie, po umyciu zębów - siadam przy kuchennym stole i przepisuję słówka. Dog, cat, house, love, family, miss. „Miss" - tęsknić. Powtarzam na głos, a ściany słuchają. Czasem włączam filmiki na YouTube, jakiś Anglik tłumaczy gramatykę, i powtarzam za nim jak papuga.

Tomkowi nie powiedziałam. Nie wiem dlaczego. Może boję się, że znów się zaśmieje. Może chcę, żeby to była niespodzianka. A może po prostu wstydzę się, że w wieku sześćdziesięciu dwóch lat siedzę nocami nad zeszytem jak pierwszoklasistka.

Darek wie. Zadzwoniłam do niego któregoś wieczoru, bo nie mogłam zrozumieć present continuous. „Mamo, serio?" - zapytał. „Serio" - odpowiedziałam. Milczał chwilę, a potem powiedział cicho: „Mamo, to bez sensu. Oni powinni uczyć się polskiego." I coś mi pękło w środku, bo wiedziałam, że Darek ma rację, ale wiedziałam też, że to ja jestem babcią, to ja jestem dorosła, i to ja muszę przejść te kilometry, jeśli oni nie mogą.

Minęły trzy miesiące. Umiem się przedstawić, zapytać o pogodę i powiedzieć „I love you very much". W zeszłą niedzielę, kiedy Tomek włączył kamerkę i Olek stanął przed ekranem z plastikowym dinozaurem, powiedziałam: „Hello, Olek. What is his name?" Olek zamrugał. Popatrzył na mnie. Popatrzył na ojca. I powiedział: „It's Rex."

Rozmawialiśmy siedem minut. Wiem, bo patrzyłam na zegar. Siedem minut, nie pięć. Olek pokazał mi dinozaura, potem drugiego, potem samochód. Ja mówiłam „wow" i „cool" i „very nice", bo tyle umiałam, ale on mówił dalej. Filip przybiegł i powiedział „me too!" i też pokazywał zabawki.

Tomek milczał. Kiedy chłopcy pobiegli, spojrzał w kamerę i zapytał: „Mamo, od kiedy mówisz po angielsku?" Powiedziałam: „Od kiedy twój syn zapytał, kim jest ta pani."

Cisza. Długa cisza. Tomek przetarł twarz dłonią i powiedział: „Mamo..." - i nic więcej. Rozłączyliśmy się.

Teraz siedzę nad zeszytem. Jest środa, dwudziesta trzecia, za oknem pada deszcz na bloki Rataj. Na nowej stronie piszę zdanie, które chcę powiedzieć Olkowi w niedzielę: „I am your grandma. I live in Poland. I think about you every day."

Sprawdzam w słowniku, czy „think about" jest poprawne. Jest. Zamykam zeszyt. I nie wiem, czy te słowa cokolwiek zmienią - czy Olek za rok nadal będzie pytał, kim jest ta pani, czy może powie „babcia". Nie wiem, czy siedem minut zamieni się kiedyś w godzinę, czy znów skurczy do trzech. Nie wiem nawet, czy mój angielski będzie kiedyś wystarczający, żeby opowiedzieć im o babci Zofii, o pierogu z jagodami, o tym peronie na Ratajach.

Wiem jedno: jutro znów otworzę zeszyt.