Trzeci rok z rzędu Wielkanoc była „każdy u siebie, tak prościej". Święconkę i tak robię - koszyczek na jedną osobę, jedno jajko, kawałek chleba. Ksiądz przy święceniu pyta co roku, czy rodzina zdrowa. Zdrowa - to akurat prawda.
Prawda jest taka, że zdrowi jesteśmy wszyscy. Ja, Marek, Kasia, nawet mała Zuzia. Nikt nie leży w szpitalu, nikt nie umiera. Ciała mamy sprawne, serca biją równo. Tylko że te serca jakoś przestały bić w tym samym rytmie.
W Wielką Sobotę ustawiłam koszyczek na blacie kuchennym i patrzyłam na niego dobre dziesięć minut. Biała serwetka haftowana przez moją matkę - jedyna rzecz, która się nie zmieniła. Kiedyś ledwo mieściła się pod babką piaskową, kiełbasą, chrzanem, ćwikłą, trzema rodzajami wędlin i tym śmiesznym barankiem z cukru, którego Kasia zawsze chciała zjeść przed czasem. Teraz leżało na niej jedno jajko malowane cebulą, kawałek chleba i szczypiorek z doniczki na parapecie. Taki koszyczek to właściwie nie koszyczek, tylko symbol koszyczka. Udawanie, że tradycja żyje.
Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech lat jem śniadanie wielkanocne sama. Nie dlatego, że jestem wdową czy rozwiedziona. Marek mieszka osiem kilometrów stąd, na Mokotowie - ja zostałam na Bielanach, w naszym starym mieszkaniu. Trzy pokoje, kuchnia, balkon z widokiem na kasztanowiec, który właśnie wypuszcza pierwsze listki. Rozwiedliśmy się pięć lat temu, ale to nie rozwód zniszczył nam święta. Zniszczyło je coś, co przyszło później.
Kasia, nasza jedyna córka, miała dwadzieścia osiem lat, kiedy się rozstaliśmy. Dorosła kobieta, magistra zarządzania, pracowała w korporacji na Służewcu. Myślałam, że dorosłe dziecko to łatwiejsze dziecko - że zrozumie, że nie będzie musiało wybierać stron. Myliłam się.
Przez pierwszy rok po rozwodzie Kasia próbowała łączyć. Wigilia u mnie, drugi dzień świąt u Marka. Wielkanoc odwrotnie. Dzień Matki ze mną, Dzień Ojca z nim. Grafik jak w poradni zdrowia. Widziałam, jak ją to męczy - te negocjacje, kto kiedy, te telefoniczne uzgodnienia, żeby nie urazić. A potem urodziła się Zuzia i wszystko się skomplikowało jeszcze bardziej.
„Mamo, ja po prostu nie mam siły wozić niemowlęcia po całej Warszawie w Wielką Sobotę" - powiedziała dwa lata temu przez telefon. Głos miała zmęczony, nie zły. - „Zrobimy u siebie, we trójkę z Adamem i Zuzią. Tak będzie prościej."
Prościej. To słowo wracało jak refren. Tak prościej, mamo. Nie gniewaj się, mamo. Ty zrozumiesz, mamo. Bo mama zawsze rozumie - to jest w opisie stanowiska, nieprawdaż?
Zrozumiałam. A przynajmniej udawałam, że rozumiem. Powiedziałam „jasne, kochanie" i odłożyłam telefon. Potem usiadłam w kuchni i zjadłam połowę sernika, którego upiekłam na święta dla czterech osób.
Marek - dowiedziałam się od Kasi przypadkiem, bo ona nie umie kłamać - tamtą Wielkanoc spędził z Dorotą. Jego nową partnerką. Mają psa, labradorkę, chodzą razem na spacery po Łazienkach. Kasia mówi, że Dorota jest „w porządku". To miło. Cieszę się. Albo raczej: powinnam się cieszyć i pracuję nad tym.
Problem w tym, że ja nie mam Doroty. Nie mam labradoorki. Mam koleżankę Krysię z parteru, która w święta jedzie do syna do Kielc, i sąsiadkę Halinę, która w Wielką Sobotę dzwoni zapytać, czy mam dość chrzanu. Mam dwadzieścia lat pracy w księgowości w firmie budowlanej, emeryturę od półtora roku i dużo, dużo wolnego czasu.
W tym roku postanowiłam, że coś zmienię. Nie wiem, co mną kierowało - może to, że w marcu minęły mi sześćdziesiąt dwa lata i nikt nie przyszedł z tortem. Kasia zadzwoniła, Marek napisał SMS-a. Zuzia ma dwa latka, więc nie dzwoni, ale Kasia puściła mi jej głosik przez telefon: „Babaaaa!" Płakałam piętnaście minut, z radości czy ze smutku - sama nie wiem.
W Wielki Czwartek zadzwoniłam do Kasi.
- Kochanie, chciałabym w tym roku przyjść do was na śniadanie wielkanocne. Przyniosę żurek i babkę. Nie musisz nic przygotowywać.
Cisza. Nie taka krótka, naturalna cisza, tylko taka gęsta, pełna kalkulacji.
- Mamo, to super, tylko... Adam zaprosił swoich rodziców. I wiesz, mieszkanie jest małe, Zuzia źle sypia, jak dużo ludzi...
- Zmieszczę się. Przysiądę na taborecie w kuchni, znasz mnie.
- Mamo. - Głos Kasi zrobił się taki, jakiego używa, kiedy tłumaczy coś Zuzi. Spokojny, cierpliwy, protekcjonalny. - Tata też dzwonił. I ja mu też powiedziałam, że w tym roku u nas ciasno.
No tak. Sprawiedliwość. Jeśli nie może przyjść jedno, nie może drugie. Równo. Demokratycznie. Kasia była zawsze sprawiedliwa - w szkole rozdzielała kanapki na identyczne połówki, żeby nikt się nie czuł pominięty. Teraz rozdzielała nieobecność.
- Rozumiem - powiedziałam. - Zróbcie ładne święta.
Rozłączyłam się i stałam z telefonem w ręku przy oknie. Kasztanowiec na dole miał już pączki. Przez chwilę myślałam, czy zadzwonić do Marka - po raz pierwszy od rozwodu miałam ochotę usłyszeć kogoś, kto wie, jak smakuje odrzucenie przez własne dziecko. Ale przecież Marek ma Dorotę. I labradorkę.
W Wielką Sobotę poszłam do kościoła ze swoim koszyczkiem na jedną osobę. Stanęłam w kolejce za młodym małżeństwem z dwójką dzieci i starszą panią, która trzymała koszyk wielkości walizki. Ksiądz szedł wzdłuż rzędu, kropił, uśmiechał się.
- Rodzina zdrowa? - zapytał, jak co roku.
- Zdrowa, proszę księdza - odpowiedziałam.
I to była prawda. Zdrowa. Cała i zdrowa. Tylko osobno.
Wieczorem, kiedy szykowałam talerz na rano - jeden talerz, jedna filiżanka, jedna serwetka - zadzwonił telefon. Kasia.
- Mamo, Zuzia dostała gorączki. Adam pojechał do apteki. Rodzice Adama nie przyjadą, bo teść złapał grypę. Święta się sypią.
Nie powiedziałam „a widzisz". Nie powiedziałam „to może teraz mnie zaprosisz". Powiedziałam:
- Masz czopki w domu? Paracetamol dla dzieci? Chcesz, żebym przyjechała?
Znowu cisza. Ale inna niż tamta z czwartku. Miększa.
- Mogłabyś, mamo?
Byłam ubrana w pięć minut. Żurek wstawiłam do torby, babkę zawinęłam w ściereczkę. Na dole czekał autobus 116. Jechałam przez pustą wieczorną Warszawę z koszyczkiem na jedną osobę w jednej ręce i torbą z jedzeniem dla czterech osób w drugiej.
Zuzia płakała. Kasia miała podkrążone oczy. Adam wyglądał, jakby nie spał od dwóch dni. Dałam dziecku czopek, otarłam czoło mokrą ściereczką, zaśpiewałam tę samą kołysankę, którą kiedyś śpiewałam Kasi. Zuzia zasnęła po dwudziestu minutach.
Kasia stała w drzwiach pokoju dziecięcego i patrzyła na mnie.
- Mamo, przepraszam - szepnęła.
Nie odpowiedziałam od razu. Bo wiecie co? Są przeprosiny, na które czeka się trzy lata, i kiedy wreszcie przychodzą, to człowiek nie wie, co z nimi zrobić. Czy to przeprosiny za ten jeden wieczór? Za trzy Wielkanoc? Za „tak prościej"?
Pogłaskałam Zuzię po gorącym czółku i wyszłam z pokoju.
- Podgrzać żurek? - zapytałam.
Rano jedliśmy razem śniadanie. Zuzi było lepiej, siedziała w krzesełku i rzucała chlebem. Adam nakrył do stołu. Kasia postawiła mojego baranka cukrowego pośrodku - kupiłam go odruchowo, jak co roku, choć przez dwa lata zjadałam go sama.
Było ciepło. Było prawie normalnie. Ale kiedy wychodziłam po południu, z klatki schodowej usłyszałam, jak Kasia mówi do Adama: „Dobrze, że mama mogła przyjechać. Na przyszły rok wrócimy do planu, jak Zuzia będzie starsza."
Wrócimy do planu. Każdy u siebie, tak prościej.
Szłam na przystanek z pustą torbą i jednym pytaniem, na które nie umiem znaleźć odpowiedzi: czy matka, która jest potrzebna tylko wtedy, gdy ktoś ma gorączkę, jest jeszcze częścią rodziny - czy już tylko pogotowiem ratunkowym?