Dzieci zapisały mnie na „trening pamięci dla seniorów", bo dwa razy coś pomyliłam. Chodzę - miłe panie, łamigłówki, kawa. W czwartek to syn zapomniał odebrać dzieci ze szkoły i szkoła dzwoniła do mnie. Pojechałam od razu. Na treningu akurat ćwiczyliśmy zapamiętywanie cudzych planów lekcji.
Ale zacznę od początku, bo ta historia nie jest o łamigłówkach. Jest o tym, jak twoje własne dzieci pewnego dnia patrzą na ciebie i widzą kogoś innego niż ty widzisz w lustrze.
Pierwszy raz „pomyliłam" w styczniu. Tomek - mój młodszy syn - przyjechał z rodziną na niedzielny obiad. Podałam pierogi z kapustą i grzybami, bo zawsze je uwielbiał. Synowa Agnieszka spojrzała na mnie dziwnie i powiedziała: „Mamo, przecież Tomek od trzech lat nie je grzybów. Miał reakcję alergiczną, pamiętasz?". Pamiętałam. Oczywiście, że pamiętałam tę wizytę na izbie przyjęć, opuchniętą twarz, strach. Ale zrobiłam te pierogi machinalnie, bo przez trzydzieści lat robiłam je z grzybami i ręce same sięgnęły po słoik. To nie pamięć. To nawyk.
Drugi raz było gorzej. W lutym Kasia - moja starsza córka z Wrocławia - zadzwoniła, żeby zapytać, czy pamiętam o wizycie u kardiologa. Powiedziałam, że mam ją w środę. Kasia milczała chwilę, potem ostrożnym głosem, takim jak się mówi do dziecka: „Mamo, wizyta była wczoraj. We wtorek. Sama mi to dwa razy powtórzyłaś". Pomyliłam dzień tygodnia. Nie datę, nie godzinę - dzień. Bo we wtorek byłam na cmentarzu u Staszka, bo były jego imieniny, i głowa miałam gdzie indziej.
Stanisław - mój mąż - odszedł sześć lat temu. Rak trzustki, cztery miesiące od diagnozy do końca. Trzydzieści osiem lat razem, dwójka dzieci, mieszkanie na Bielanach, działka ROD pod Łomiankami. Po jego śmierci jakoś się pozbierałam. Sama ugotowałam Wigilię dla całej rodziny, sama naprawiłam cieknący kran, sama ogarnęłam papiery w ZUS-ie i spadek u notariusza. Nikt wtedy nie mówił, że tracę pamięć.
A teraz - dwa pomylenia i wyrok: „trening pamięci dla seniorów".
Tomek załatwił to z Kasią za moimi plecami. Dowiedziałam się w niedzielę przy szarlotce. Kasia przyjechała specjalnie z Wrocławia, co już było podejrzane, bo zwykle przyjeżdża raz na dwa miesiące. Usiedli oboje naprzeciwko mnie - Tomek z lewej, Kasia z prawej - jak komisja egzaminacyjna.
- Mamo, znaleźliśmy świetne zajęcia - zaczęła Kasia tym swoim łagodnym tonem, od którego dostaję gęsiej skórki. - W domu kultury na Żoliborzu. Raz w tygodniu, wtorki, godzina dziesiąta. Trening pamięci. Prowadzi psycholog.
- Dla seniorów - dodał Tomek, jakby to miało mnie ucieszyć.
Patrzyłam na nich i czułam, jak mi się ściąga gardło. Nie ze wzruszenia. Ze złości. Mam sześćdziesiąt trzy lata. Dwadzieścia przepracowałam jako księgowa w firmie budowlanej, gdzie żaden grosz się nie zgubił. Przez ostatnie sześć lat prowadzę dom, opiekuję się działką, pilnuję wizyt lekarskich wnuków, bo ani Tomek, ani Kasia nie pamiętają, kiedy Zuzia ma ortodontę, a kiedy Jaś alergologa.
- Dziękuję - powiedziałam spokojnie. - Będę chodzić.
Bo co miałam powiedzieć? Że to głupie? Że nie potrzebuję? Widziałam ich twarze - napięte, pełne troski. Kasia miała tę samą zmarszczkę między brwiami co Staszek, kiedy się martwił. Nie chciałam jej dokładać.
Zaczęłam chodzić w marcu. Sala w domu kultury, osiem kobiet przy stoliku, termos z kawą, ciastka z Biedronki. Pani Lucyna, psycholog - może ze czterdzieści lat, ciepły głos, cierpliwość anielska. Sudoku, krzyżówki, ćwiczenia na kojarzenie, zapamiętywanie listy zakupów, imion, dat. Nic strasznego. Nawet przyjemne.
Poznałam tam Halinę - siedemdziesiąt dwa lata, była położna, ostra jak brzytwa, pamięta dokładnie ile porodów przyjęła (dwa tysiące trzysta osiemnaście). Zapisała ją córka, bo Halina dwa razy poszła do apteki i wróciła bez leków. „Bo po drodze spotkałam Zdzisława z trzeciego piętra i zagadaliśmy się o polityce" - tłumaczyła ze śmiechem. Grażynę - sześćdziesiąt osiem lat, emerytowana nauczycielka polskiego - zapisał syn, bo zapomniała o jego urodzinach. Grażyna powiedziała mi potem przy kawie, że nie zapomniała. Po prostu nie chciała dzwonić, bo syn się do niej nie odzywa miesiącami, a potem oczekuje życzeń co do minuty.
Szybko się okazało, że w naszej grupie problemy z pamięcią ma może jedna osoba. Reszta ma problemy z dziećmi, które postanowiły, że matka się starzeje i trzeba coś z tym zrobić.
Ale chodziłam. Polubiłam te wtorki. Kawę, łamigłówki, rozmowy. Halina przynosiła domowy sernik. Grażyna cytowała Szymborską. Pani Lucyna dawała nam coraz trudniejsze zadania - ostatnio ćwiczyliśmy zapamiętywanie cudzych planów lekcji, takich skomplikowanych, z godzinami i salami.
I wtedy nadszedł czwartek.
Byłam po treningu, wracałam do domu tramwajem. Telefon zadzwonił - nieznany numer. Odebrałam.
- Dzień dobry, tu sekretariat szkoły podstawowej numer dwieście czternaście. Czy to babcia Zuzanny i Jasia Nowaków?
- Tak, słucham.
- Proszę pani, jest szesnasta trzydzieści. Dzieci miały być odebrane o piętnastej. Nie możemy dodzwonić się do taty. Mama jest nieosiągalna. Czy jest pani w stanie przyjechać?
Pojechałam od razu. Autobus, potem pięć minut prawie biegiem. Zuzia siedziała na ławce w świetlicy, czytała książkę. Jaś bawił się klockami. Spokojni, przyzwyczajeni. Pani świetlicowa powiedziała mi cicho: „To nie pierwszy raz, proszę pani. W zeszłym tygodniu tata też się spóźnił czterdzieści minut".
Zabrałam wnuki do siebie. Zrobiłam kakao, kanapki z żółtym serem, włączyłam bajkę. Tomek zadzwonił o osiemnastej.
- Mamo, przepraszam, miałem spotkanie, zebranie się przeciągnęło, wyłączyłem telefon, kompletnie wyleciało mi z głowy…
Wyleciało mu z głowy. Własne dzieci.
- Przyjedź po nie - powiedziałam. - Są nakarmione.
Przyjechał po dziewiętnastej. Wbiegł zdyszany, w rozpiętym płaszczu, z telefonem w ręce. Zuzia nawet nie podniosła głowy znad książki. Jaś powiedział: „Cześć, tato" i dalej budował wieżę z moich starych klocków.
Na klatce schodowej Tomek stanął i powiedział:
- Mamo, nie mów Kasi, dobrze? Zrobi aferę.
Patrzyłam na niego. Na mojego syna, który dwa miesiące temu zapisał mnie na trening pamięci, bo pomyliłam pierogi i dzień wizyty. Na mojego syna, który zapomniał odebrać własne dzieci ze szkoły. Na mojego syna, który teraz prosił mnie, żebym to ukryła.
- Idź już - powiedziałam. - Zimno na klatce.
Zamknęłam drzwi. Umyłam kubki po kakao. Wytarłam blat. Usiadłam przy kuchennym stole, tym samym, przy którym trzydzieści lat karmiliśmy z Staszkiem dzieci, odrabialiśmy lekcje, kłóciliśmy się o rachunki i godziliśmy przy herbacie.
Na lodówce wisiał pod magnesem plan zajęć Zuzi i Jasia - zapisałam go sobie po ostatnim treningu pamięci, bo ćwiczyliśmy właśnie zapamiętywanie cudzych planów lekcji. Poniedziałek: matematyka, polski, przyroda. Wtorek: angielski, WF, plastyka. Środa…
Pamiętałam wszystko. Każdą godzinę, każdy przedmiot, każdą salę.
Wzięłam telefon. Wyświetlacz pokazywał jedno nieodebrane połączenie od Kasi i SMS-a: „Mamo, jak trening? Pamiętasz o witaminach?". Odłożyłam telefon ekranem do blatu.
We wtorek znowu pójdę na trening. Halina obiecała przynieść sernik z wiśniami. Pani Lucyna zapowiedziała ćwiczenie na zapamiętywanie numerów telefonów. Ciekawe, czy Tomek pamięta numer do szkoły swoich dzieci.
Ciekawe, czy któreś z moich dzieci kiedykolwiek pomyśli, że to nie moja pamięć jest problemem.