Lodzia wróciła po operacji biodra. Łańcuszek przeszedł na tryb specjalny: ja - obiady, Irena - apteka, Edward - śmieci, licealista - zakupy. Jej córka przyjechała z Krakowa „ogarnąć opiekę" i zastała grafik na drzwiach: wszystko obsadzone. „To kto tu jest rodziną?". Wszyscy po trochu. Blok się nie pyta o krew.
Ten grafik - zwykła kartka w kratkę, wyrwana z zeszytu, przyczepiona do drzwi taśmą klejącą - wisiał tam ledwo trzy dni, a narobił więcej zamieszania niż remont klatki schodowej w dziewięćdziesiątym ósmym. Napisałam go ja, Bożena, sześćdziesiąt jeden lat, emerytowana księgowa. Mieszkam piętro niżej, na drugim. Lodzia mieszka na trzecim. Znamy się dwadzieścia siedem lat, od dnia, kiedy z mężem wprowadziliśmy się do tego bloku na Bielanach z dwójką dzieci i wersalką zamiast łóżka.
Lodzia - tak naprawdę Leokadia, ale nikt jej tak nie woła od lat - wróciła ze szpitala w środę, tuż przed majówką. Biodro endoproteza, siedemdziesiąt trzy lata, drobna jak wróbelek, ale za to z charakterem jak u generała.
Kiedy dzwoniła do mnie ze szpitala, brzmiała jak ktoś, kto się bardziej boi bycia ciężarem niż samego bólu. „Bożenka, ja sobie dam radę, tylko powiedz Edwardowi, żeby mi te śmieci wyniósł przez tydzień, bo nie dojdę z tą nogą." Tak to się zaczęło.
Edward z czwartego piętra - emerytowany kolejarz, wdowiec, cichy człowiek, który każdego ranka o szóstej trzydzieści wychodzi z psem - powiedział od razu: „Śmieci to żaden problem. Ale niech ktoś jej ugotuje, bo ona po szpitalu będzie jadła same sucharki." Wtedy się wtrąciła Irena z parteru. Sześćdziesiąt osiem lat, była pielęgniarka, teraz opiekuje się wnukami, ale ma rower i codziennie jedzie po sprawunki. „Ja mogę po leki. Mam kartę rabatową w aptece na Kasprzaka, dadzą mi ze zniżką."
A Olek - licealista z drugiego piętra, syn Agnieszki, osiemnastolatek z słuchawkami, którego wcześniej znałam głównie z tego, że głośno tupał na schodach - stanął w drzwiach Ireny i powiedział: „Ja mogę po zakupy chodzić, bo i tak codziennie idę koło Biedronki." Agnieszka, jego matka, potem mi mówiła, że sama nie wie, skąd mu się to wzięło. Może z tego, że Lodzia kiedyś podlewała mu kwiatki, kiedy byli na wakacjach. Może po prostu z przyzwoitości.
Zrobiłam więc grafik. Nic wielkiego - po prostu kto kiedy wpada, żeby Lodzia nie musiała prosić. Poniedziałek, środa, piątek - ja z obiadem. Wtorek, czwartek - Irena z lekami i kroplami do oczu, bo Lodzia ma jeszcze jaskrę. Edward codziennie rano śmieci i wieczorem zagląda, czy czegoś nie potrzeba. Olek po szkole z siatką z Biedronki, lista na lodówce pod magnesem. Zapisałam to na kartce, przyczepiłam do drzwi Lodzi, żeby każdy wiedział, kiedy przychodzi, i żebyśmy się nie dublowali. System prosty jak budowa cepa.
Działało to pięknie przez pięć dni. A potem przyjechała Marta.
Marta, jedyna córka Lodzi. Czterdzieści sześć lat, mieszka w Krakowie, pracuje w jakiejś firmie konsultingowej. Ładna, zadbana, pachnie drogimi perfumami. Widziałam ją może pięć razy w ciągu ostatnich dziesięciu lat - na pogrzebie ojca Lodzi, raz na Wigilii, i trzy razy przelotnie, kiedy przyjeżdżała „na chwilę" i zostawiała w lodówce matki pudełko czekoladek z Wawelu.
Weszła na klatkę schodową z małą walizką na kółkach i stanęła przed drzwiami matki. Zobaczyła kartkę. Przeczytała. I usłyszałam, jak mówi do siebie - a może do telefonu - głosem, w którym było i zdziwienie, i coś ostrzejszego: „Co to w ogóle jest?"
Byłam akurat piętro niżej, wychodziłam z mieszkania z garnkiem rosołu. Marta zobaczyła mnie z tym garnkiem i chyba dopiero wtedy zrozumiała, co oznacza ten grafik.
- Dzień dobry, pani Marto - powiedziałam. - Rosół dla mamy niosę. Wchodzi pani?
Skinęła głową. Nic nie powiedziała. Weszłyśmy razem. Lodzia leżała na kanapie z nogą na poduszce i słuchała radia. Na jej twarzy, kiedy zobaczyła córkę, pojawił się ten szczególny wyraz - radość zmieszana z czymś w rodzaju wstydu. Jakby przepraszała, że jest chora i że córka musiała przyjechać.
- Martusia! - Lodzia wyciągnęła ręce. - Nie mówiłam ci, żebyś nie przyjeżdżała? Ja tu mam wszystko zorganizowane.
- Widzę - powiedziała Marta i postawiła walizkę. Rozejrzała się po mieszkaniu. Na kuchennym stole leżała lista zakupów napisana moim charakterem pisma. Na blacie stał talerz z wczorajszym schabowym, który przyniosłam. W łazience na półce poukładane leki - Irena je posegregowała, każdy pojemnik podpisany dniem tygodnia. Przy drzwiach stały nowe worki na śmieci, które zostawił Edward.
Marta patrzyła na to wszystko i widziałam, jak zaciska szczękę. Nie ze złości. Z czegoś gorszego - z poczucia, że przyjechała za późno do miejsca, gdzie jej nieobecność ktoś już wypełnił.
- Pani Bożeno - odezwała się w końcu, kiedy wstawiałam rosół do lodówki - mogę panią prosić na chwilę?
Wyszłyśmy na klatkę. Stała ze skrzyżowanymi rękami i patrzyła na tę kartkę na drzwiach.
- To kto tu jest rodziną? - zapytała cicho.
Nie powiedziała tego wrogo. Powiedziała to jak ktoś, kto szuka swojego miejsca i nie może go znaleźć. Jak ktoś, kto przyjeżdża do domu rodzinnego i odkrywa, że dom jakoś sobie poradził.
- My tu tylko pomagamy - odpowiedziałam. - Mama pani bardzo się cieszy, że pani jest.
- Mama się cieszy, że ktokolwiek jest - powiedziała Marta i natychmiast tego pożałowała. Zobaczyłam to po oczach. Odwróciła wzrok.
Wieczorem przyszedł Edward po śmieci. Marta otworzyła mu drzwi i próbowała go przekonać, że teraz ona się zajmie. Edward kiwnął głową i powiedział: „Jasne, proszę pani. Ale jakby co, ja jestem na czwartym." Potem Irena zadzwoniła, czy jutro przywieźć leki. Marta powiedziała, że sama pójdzie. Irena powiedziała „dobrze" i dodała: „Ale niech pani pamięta, że krople do oczu to dwa razy dziennie, nie raz, bo Lodzia kombinuje."
Marta została cztery dni. Gotowała. Sprzątała. Spała na wersalce w pokoju, który kiedyś był jej pokojem dziecięcym, a teraz był schowkiem na zimowe kurtki i stare albumy ze zdjęciami. Widziałam, jak wychodzi z Biedronki z siatką zakupów. Jak rozmawia z Olkiem na klatce - chłopak tłumaczył jej, jakie jogurty lubi Lodzia i że nie wolno kupować tych z laktozą.
Trzeciego dnia spotkałam ją w bramie. Miała zaczerwienione oczy.
- Wie pani co, pani Bożeno - powiedziała - ja jej nawet nie wiedziałam o tej jaskrze.
Nie odpowiedziałam. Są rzeczy, na które nie ma dobrej odpowiedzi.
Czwartego dnia Marta wyjechała. Wróciła do Krakowa, do swojej firmy, do swojego życia. Przed wyjazdem zdjęła moją kartkę z drzwi i przyczepiła nową - wydrukowaną, kolorową, z tabelką i swoim numerem telefonu na dole. „W razie czegokolwiek - Marta, córka." Jakby chciała zaznaczyć, że jest. Że gdzieś tam, trzysta kilometrów dalej, ale jest.
Wieczorem przyszłam do Lodzi z zupą pomidorową. Lodzia siedziała na kanapie i patrzyła na tę nową kartkę, którą Edward przyniósł jej do środka, bo wisiała na drzwiach.
- Ładna - powiedziała Lodzia. - Kolorowa.
I schowała ją do szuflady, pod stare rachunki za prąd.
Moja kartka w kratkę wróciła na drzwi następnego ranka. Nie wiem, kto ją przylepił z powrotem. Może Edward. Może Olek. Może sama Lodzia, kuśtykając o kuli. Nie pytałam.
Dzwonię teraz do Lodzi codziennie o dziewiętnastej. Czasem dzwoni też Marta. Lodzia mówi mi potem: „Martusia dzwoniła, pytała, czy mam dość kropli." A ja odpowiadam: „To dobrze." I obie wiemy, że dobrze to nie do końca jest, ale lepiej niż było. A co będzie dalej - tego blok nie wie. Blok tylko pomaga. Reszta to już między nimi.