Przed zimą spisałam „Plan B": odśnieżanie - Edek, leki - apteka z dowozem, awarie - pan Heniek, prąd padnie - świece w kredensie. Lista wisi na lodówce. Córka przeczytała i się obraziła: „przecież my jesteśmy od tego!". Jesteście - w planie A. Plan A bywa na Majorce.
Kasia stała w mojej kuchni z tym karteczkami w ręku i patrzyła na mnie tak, jakbym jej powiedziała, że ją wydziedziczam. Wargi jej drżały. Nie ze złości - z czegoś gorszego. Z poczucia winy, które próbowała zamienić w pretensję, bo tak jest łatwiej.
- Mamo, to jest niesprawiedliwe - powiedziała cicho. - Napisałaś tu każdego sąsiada, hydraulika, aptekę. A nas nie ma.
- Jesteście - odpowiedziałam spokojnie, nalewając herbatę. - W planie A. Plan B jest na wypadek, gdyby plan A był zajęty.
Postawiłam przed nią kubek z cytryną. Ten sam, z którego piła od dziecka - biały, z odbitą rączką, klejoną przez Ryszarda w dziewięćdziesiątym ósmym. Kasia na niego spojrzała i chyba to ją dobiło bardziej niż ta lista.
Mam na imię Lucyna, mam sześćdziesiąt trzy lata, od czterech jestem wdową. Ryszard odszedł na raka trzustki, szybko i bezlitośnie - od diagnozy do pogrzebu minęło jedenaście tygodni. Mieszkam sama w trzypokojowym mieszkaniu na Gocławiu, na trzecim piętrze bloku z wielkiej płyty. Winda działa co drugi dzień. Mam dwie córki: Kasię, czterdzieści lat, mąż Darek, dwoje dzieci, mieszka w Piasecznie. I Renatę, trzydzieści siedem lat, singielka, mieszka we Wrocławiu, pracuje w jakiejś korporacji - nigdy do końca nie zrozumiałam co robi, ale dobrze jej płacą.
Obie mnie kochają. Wiem o tym. Ale miłość to nie to samo co obecność.
Pierwszą zimę po śmierci Ryszarda przetrwałam na autopilocie. Sąsiadki przynosiły rosół, Kasia przyjeżdżała co weekend, Renata dzwoniła codziennie. Druga zima była gorsza, bo wszyscy uznali, że już jestem „po żałobie". Kasia przyjeżdżała co dwa tygodnie, potem raz w miesiącu. Renata dzwoniła w niedziele, a potem co drugą niedzielę. Nikt tego nie robił ze złej woli. Po prostu życie.
W lutym zeszłego roku spadł ciężki, mokry śnieg. Rano wstałam, a drzwi na balkon nie chciały się otworzyć - zaspy przyparły od zewnątrz. Zadzwoniłam do Kasi. Nie odebrała. Zadzwoniłam jeszcze raz. Za trzecim razem napisała SMS: „Mamo, nie mogę teraz, Olek ma angine, oddzwonię wieczorem". Oddzwoniła o dwudziestej drugiej. Opowiedziała mi o gorączce Olka, o kolejce w przychodni, o tym, że Darek znowu jest w delegacji.
Nie wspomniałam o śniegu. Nie miałam pretensji. Ale wieczorem wzięłam kartkę i zaczęłam pisać.
Plan B powstał nie z żalu, tylko z realizmu. Bo ja znam życie. Byłam taka sama, gdy żyła moja mama - obiecywałam, że przyjadę, i nie przyjeżdżałam. Dzwoniłam z przeprosinami, z tłumaczeniami, z obietnicami na „następny weekend". Mama nigdy mi tego nie wypominała. Umarła w grudniu, w mieszkaniu, w którym wszystko działało, bo miała sąsiadkę Halinę, hydraulika Janka i aptekę z dowozem. I mnie - gdy mogłam. Gdy mogłam.
Edek to sąsiad z parteru, emerytowany kolejarz. Sześćdziesiąt dziewięć lat, kondycja jak u byka, odśnieża chodnik dla całego bloku za herbatę z miodem i za to, że mu raz w tygodniu upiekę szarlotkę. Pan Heniek to złota rączka z sąsiedniego bloku, naprawia wszystko, bierze uczciwie. Apteka z dowozem działa od pandemii - numer mam naklejony na lodówce obok listy.
Kasia o tym wszystkim nie wiedziała. Właściwie - nie chciała wiedzieć. Bo gdyby wiedziała, musiałaby się zmierzyć z faktem, że jej matka potrzebuje systemu awaryjnego, który nie zależy od rodziny. A to boli.
Przez tydzień po tej wizycie Kasia do mnie nie dzwoniła. Cisza jak ściana. Renata zadzwoniła w środę - znaczy, Kasia jej powiedziała.
- Mamo, słyszałam o tej liście - zaczęła ostrożnie.
- I co myślisz?
Cisza. Potem westchnienie.
- Myślę, że masz rację. I że to jest strasznie smutne.
Renata zawsze była ta mądrzejsza. Albo po prostu ta dalej, więc mogła sobie pozwolić na szczerość. Łatwiej powiedzieć prawdę, gdy nie musisz patrzeć matce w oczy.
W sobotę Kasia w końcu przyjechała. Bez zapowiedzi, z sernikiem z Biedronki. Usiadła przy kuchennym stole i powiedziała:
- Mamo, zdejmij tę listę.
- Dlaczego?
- Bo to tak wygląda, jakbyś nas skreśliła.
Patrzyłam na nią i widziałam siebie sprzed trzydziestu lat. Ten sam grymas, to samo wypieranie. Kiedyś moja mama powiedziała mi: „Kasiu" - bo moja mama też miała na imię Katarzyna, i to imię córki wybrałam nieprzypadkowo - „Kasiu, nie obrażaj się, że sobie radzę. Obrażaj się, jak przestanę".
- Nie skreśliłam was, Kasiu - powiedziałam. - Zabezpieczyłam się. Tak samo, jak mam ubezpieczenie mieszkania. Nie dlatego, że spodziewam się pożaru. Tylko dlatego, że pożar nie pyta, czy jest wygodny termin.
Kasia postawiła sernik na stole. Krajałam go w ciszy, w tej samej kuchni, w której trzydzieści lat temu kroiłam jej kanapki do szkoły. Na tej samej desce. Niektóre rzeczy się nie zmieniają, ale ludzie przy nich - tak.
- Darek mówi, że powinnyśmy was zabrać do siebie - powiedziała nagle.
- Mnie? Do Piaseczna?
- Mamy pokój po Darkowej mamie. Stoi pusty.
Po Darkowej mamie, która umarła w tym pokoju, bo miała demencję i nikt nie dał rady jej pilnować, i Kasia przez ostatni rok wyglądała jak cień. Pamiętam to doskonale.
- Kasiu - powiedziałam łagodnie - ja nie potrzebuję pokoju po niczyj mamie. Ja potrzebuję, żebyście przestali się obrażać na to, że umiem żyć sama.
Spojrzała na mnie. W jej oczach było tyle rzeczy naraz - ulga, złość, smutek, miłość. Wszystko pomieszane jak w tym bigosie, który Ryszard gotował trzy dni i nikt nie wiedział, co tam jest, ale wszyscy jedli.
- A jak ci się coś stanie? - szepnęła.
- Jak mi się coś stanie, to zadzwonię do was. Jesteście w planie A, Kasiu. Plan A to wy. Zawsze wy.
- Ale plan A bywa na Majorce - powiedziała z uśmiechem, w którym nie było wesołości.
- No bywa - przyznałam.
Zjadłyśmy sernik. Potem Kasia wstała, podeszła do lodówki, długo patrzyła na moją listę. Przez chwilę myślałam, że ją zerwie. Ale nie. Poprawiła magnes, który się przekrzywił, i powiedziała:
- Dopisz mój numer na górze. Nad Edkiem.
Dopisałam. Kasia pojechała do Piaseczna. Lista wisi dalej. Nie wiem, czy następnym razem, gdy spadnie śnieg, zadzwonię najpierw do Kasi, czy do Edka. Ale wiem, że świece są w kredensie - i że to nikt mi nie może zabrać.