Lusię odwiedzam w ośrodku co dwa tygodnie - remik, krówki, plotki z bloku. W księdze odwiedzin nasza strona to same moje podpisy. Przed świętami zjawiła się jej córka i spytała pielęgniarkę, „czy mama ma kontakt z ludźmi". Pokazały księgę. Podobno długo milczała nad tą stroną. Remik we wtorek - jak zwykle.

Tyle że od tych świąt coś się zmieniło. Nie w Lusi. Nie we mnie. Między nami wszystko po staremu - ona oszukuje w remiku, ja udaję, że nie widzę, a potem jemy krówki i narzekamy na windę w moim bloku, która znowu nie działa.

Zmieniło się coś w mojej głowie. Bo tamta cisza córki Lusi nad księgą odwiedzin - ta, o której opowiedziała mi pielęgniarka Basia - nie daje mi spokoju od tygodni.

Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt trzy lata i od czterdziestu mieszkam na tym samym osiedlu na poznańskim Ratajach. Trzecie piętro, dwa pokoje, balkon na zachód. Lusia mieszkała piętro niżej. Przez trzydzieści osiem lat dzieliłyśmy klatkę schodową, cukier pożyczany w niedzielę, plotki przy trzepaku, który dawno zamienili na parking, i wspólne wyjścia na cmentarz pierwszego listopada. Gdy Lusię zabrali do ośrodka opiekuńczego dwa lata temu, bo po udarze nie dawała sobie rady sama, nie musiałam się zastanawiać, czy będę ją odwiedzać. To było tak oczywiste jak oddychanie.

Lusina córka, Beata, mieszka we Wrocławiu. Ma swoją firmę - coś z marketingiem, nigdy dokładnie nie rozumiałam. Dobrze zarabia, bo to ona opłaca ośrodek, a to nie są małe pieniądze. Lusia mi mówiła - trzy tysiące osiemset miesięcznie. Nie narzeka na Beatę, przynajmniej nie wprost. Mówi tylko czasem: „Beata ma dużo pracy" albo „Beata dzwoni w niedziele". A ja kiwam głową i rozdaję karty.

We wtorek przed Wielkanocą przyjechałam jak zwykle. Autobus 174, potem kawałek piechotą. Krówki z Biedronki, bo Lusia twierdzi, że te z Lidla są „jakieś inne". W kieszeni kurtki jeszcze paczka chusteczek i lista plotek - bo ja sobie zapisuję na kartce, co się działo na klatce, żeby niczego nie pominąć. Lusia czeka na te wiadomości jak na dziennik telewizyjny.

Basia - ta pielęgniarka, z którą się już zaprzyjaźniłam - złapała mnie na korytarzu, zanim weszłam do pokoju Lusi.

- Pani Halino, muszę pani coś powiedzieć - zaczęła i zaciągnęła mnie do dyżurki. - Była tu córka pani Lucyny. Przed świętami, pamięta pani.

- No, Lusia wspominała. Że przywieźli jej szarlotkę i nową piżamę.

- Tak, tak. Ale chodzi o coś innego. - Basia nalała mi herbaty do kubka z napisem „Najlepsza Babcia", choć babcią jeszcze nie jestem. - Pani Beata pytała, czy matka ma kontakt z ludźmi. Czy ktoś ją odwiedza. Normalnie. Jak rodzina pyta, to im pokazujemy księgę odwiedzin.

Wiedziałam, co jest w tej księdze. Moje podpisy. Moje i tylko moje, co dwa tygodnie, od dwóch lat. Dwadzieścia sześć wizyt rocznie. Pięćdziesiąt dwie do tej pory. Ani jednego innego nazwiska na stronie Lusi.

- I co? - zapytałam, choć brzuch mi się ścisnął.

- Pani Beata wzięła tę księgę, otworzyła stronę matki i... zamilkła. Długo milczała. Potem oddała, podziękowała i wyszła. Nie powiedziała ani słowa.

Piłam tę herbatę i myślałam. Bo co tu myśleć - córka zobaczyła, że przez dwa lata jedyną osobą, która regularnie odwiedza jej matkę, jest sąsiadka z bloku. Nie rodzina. Nie wnuczka. Nie koleżanki z dawnej pracy. Sąsiadka. I albo ją to zabolało, albo zawstydziło, albo jedno i drugie.

Mogłabym powiedzieć, że mnie to nie obchodzi. Że jeżdżę do Lusi, bo chcę, a nie po to, żeby komukolwiek coś udowadniać. I to byłaby prawda. Ale nie cała.

Bo jest taki moment - zawsze w autobusie w drodze powrotnej - kiedy czuję coś, czego się wstydzę. Taką cichą satysfakcję. Że to ja tam jestem. Że Lusia na mnie czeka. Że jestem potrzebna. I zaraz za tą satysfakcją idzie pytanie, na które nie umiem sobie odpowiedzieć: czy gdyby Beata przyjeżdżała co tydzień, czy ja nadal bym jeździła? Czy jeżdżę do Lusi, bo ją kocham, czy dlatego, że nikt inny tego nie robi?

Mój mąż Zbigniew - niech mu ziemia lekką będzie - zmarł osiem lat temu. Syn Tomek jest w Gdańsku, dzwoni regularnie, ale to Gdańsk, nie sąsiednie piętro. Koleżanki z osiedla powoli się wykruszają - jedne do dzieci, inne do szpitali, inne po prostu za wysoko mają te schody na trzecie piętro. Lusia była moją ostatnią sąsiadką z tamtych czasów, kiedy trzepak jeszcze stał, a dzieci bawiły się na podwórku do ciemna.

Tydzień po Wielkanocy Basia zadzwoniła do mnie wieczorem.

- Pani Halino, córka pani Lucyny znowu dzwoniła. Pytała o pani numer telefonu. Mówi, że chciałaby z panią porozmawiać. Dałam, bo chyba nie ma pani nic przeciwko?

Nie miałam. A jednocześnie poczułam ten skurcz w żołądku. Czego Beata mogła ode mnie chcieć? Podziękować? Przeprosić? A może powiedzieć, że teraz sama będzie jeździć częściej i żebym się nie fatygowała?

Beata zadzwoniła następnego dnia. Głos miała niski, spokojny, trochę formalny - jak kobieta przyzwyczajona do prowadzenia zebrań.

- Pani Halino, chciałam podziękować. Za mamę. Za te wizyty.

- Nie ma za co - powiedziałam. - Lusia to moja przyjaciółka.

Cisza. Długa, niewygodna. Słyszałam, jak Beata oddycha.

- Czy mogę panią o coś prosić? - odezwała się wreszcie. - Mogłaby pani nie mówić mamie, że widziałam tę księgę? Nie chcę, żeby... żeby myślała, że przyjeżdżam z poczucia winy.

A ja pomyślałam: a z czego innego?

Ale powiedziałam: - Dobrze, nie powiem.

I nie powiedziałam. We wtorek pojechałam jak zwykle. Krówki, remik, plotki. Lusia opowiadała, że Beata dzwoniła dwa razy w tygodniu zamiast jednego i że „chyba w tej firmie ma teraz mniej roboty". Nie skomentowałam. Rozdałam karty.

Od tamtej rozmowy minęły trzy miesiące. Beata przyjeżdżała dwa razy - raz w maju, raz w czerwcu. Wiem, bo widziałam jej podpis w księdze. Lusia o tych wizytach opowiada mi zdawkowo, jakby nie chciała mnie urazić - jakby bała się, że jeśli pokaże radość z córki, to ja poczuję się mniej ważna. A ja nie wiem, co czuję. Cieszę się, że Lusia ma teraz i córkę, i mnie. Ale jest we mnie coś małego, ciasnego, czego nie mogę się pozbyć - strach, że stanę się zbędna.

W zeszły wtorek Lusia powiedziała coś, co mnie zatrzymało. Tasowała karty - zawsze tasuje za wolno, bo lewa ręka po udarze nie chce współpracować - i powiedziała cicho, jakby do siebie:

- Wiesz, Halinka, Beata to dobre dziecko. Tylko że ona mnie odwiedza, bo powinna. A ty mnie odwiedzasz, bo chcesz.

Nie odpowiedziałam. Bo nie byłam pewna, czy to jeszcze prawda. Czy nadal chcę - po prostu chcę, bezwarunkowo - czy też potrzebuję tego, żeby wiedzieć, że gdzieś jestem kimś niezastąpionym.

Remik we wtorek. Jak zwykle. Krówki z Biedronki, bo te z Lidla są „jakieś inne". Lista plotek w kieszeni kurtki. Autobus 174.

Tylko że ostatnio, wsiadając do tego autobusu, za każdym razem pytam siebie to samo: jadę do Lusi czy od siebie?