Sąsiadka z działki zagadnęła: „ale impreza była w sobotę, aż u nas pachniało grillem!". Ja w sobotę byłam u mamy. Na miejscu: niedopałki w różach, trzy worki butelek, leżak ze złamanym podłokietnikiem. Zięć wzruszył ramionami: „no przecież działka rodzinna". Zgoda - rodzinna. Kłódka od wczoraj też rodzinna: klucze u najstarszej z rodu.

Najstarszą z rodu jestem ja. Grażyna, sześćdziesiąt dwa lata, emerytowana księgowa z Wrocławia. Tę działkę na ROD-ach przy Osobowickiej dostaliśmy z mężem Andrzejem w osiemdziesiątym siódmym roku. Andrzej umarł sześć lat temu i od tamtej pory działka stała się moim osobistym kawałkiem świata. Osiemnaście metrów kwadratowych altanki, jabłonka antonówka, grządki truskawek, róże herbaciane, które pielęgnowałam jak dzieci. Nawet bardziej niż dzieci, bo dzieci w pewnym momencie przestają potrzebować nawożenia.

Mam dwie córki. Starsza, Małgorzata, czterdzieści lat, mieszka z mężem Dariuszem i dwójką dzieci na Krzykach. Młodsza, Ewa, trzydzieści sześć, samotna matka, wynajmuje kawalerkę na Popowicach. To Małgorzata zadzwoniła do mnie w piątek wieczorem.

- Mamo, mogę wziąć klucze od działki? Darek chciałby w weekend trochę pokosić, naprawić ten płotek z prawej strony. Wiesz, ten od pani Heleny.

Ucieszyłam się. Płotek faktycznie się chwiał od zimy. Dałam klucze w sobotę rano, zanim pojechałam do mamy do Oławy. Mama ma osiemdziesiąt cztery lata, cukrzycę i początek demencji. W soboty robię jej zakupy, gotuję na tydzień i siedzę z nią, bo opiekunka przychodzi tylko w dni powszednie. Żadna z córek nigdy się nie zapytała, czy potrzebuję pomocy z babcią. Ale to inna historia. Albo może ta sama.

Wróciłam w niedzielę po południu. Najpierw do domu, potem na działkę - podlać pomidory, bo prognoza zapowiadała upał. I już na parkingu zobaczyłam, że coś jest nie tak. Przy naszej furtce leżał plastikowy kubek po piwie. Nie nasz kubek. My pijemy herbatę z termosów, które Andrzej kupił jeszcze za życia.

Otworzyłam furtkę i stanęłam. Trawa, którą z takim trudem utrzymywałam równą, była wydeptana. Przy altance stały trzy czarne worki na śmieci, pełne butelek - piwo, wino, coś mocniejszego. Na grządce z różami herbacianymi - niedopałki. Ktoś gasił pety w mojej ziemi, między łodygami, które przycinałam specjalnymi sekatorsami, każdą osobno, z czułością. Leżak, ten zielony, który Andrzej kupił na naszą trzydziestą rocznicę ślubu, miał złamany podłokietnik. Jakby ktoś na nim skoczył. Albo usiadł po pijaku całym ciężarem.

Zadzwoniłam do Małgorzaty. Nie odebrała. Zadzwoniłam jeszcze raz. Za trzecim razem usłyszałam zaspany głos Dariusza.

- Dzień dobry, Grażyno. Gosia śpi, zmęczona po weekendzie.

- Dariusz, co się stało na działce?

Cisza. Potem chrząknięcie.

- A, to. No, wpadło kilka osób. Grillowaliśmy. Taki spontan.

- Kilka osób? Tu są trzy worki butelek. Niedopałki w moich różach. Leżak Andrzeja jest złamany.

- No przecież działka rodzinna - powiedział Dariusz tonem człowieka, który uważa temat za zamknięty.

Odłożyłam telefon i usiadłam na schodku altanki. Czułam zapach stęchłego piwa zmieszany z zapachem rozgrzanej ziemi. Pszczoła kręciła się wokół zdeptanej lawendy. Pomyślałam o Andrzeju, jak sadziliśmy tę lawendę razem, na kolanach, przekopując twardą gliniastą glebę łopatką. Jak się śmiał, że ręce boli, ale zapach będzie wart każdej odciski.

Małgorzata oddzwoniła dopiero wieczorem. Lekko, jakby nic się nie stało.

- Mamo, no przepraszam, może trochę nas poniosło. Ale co ty się tak denerwujesz? To tylko działka.

- Tylko działka - powtórzyłam.

- No. Działka. Ogródek. Trochę ziemi z altanką. Naprawimy ten leżak, okej?

Nie chodziło o leżak. Chodziło o to, że poprosiła o klucze pod pretekstem naprawy płotka, a urządziła imprezę. Chodziło o to, że mnie okłamała. Chodziło o niedopałki w różach - takie małe, ale obrzydliwe. Chodziło o to, że kiedy powiedziałam o tym Ewie, młodsza córka prychnęła: „A czego się spodziewałaś po Gośce? Ona zawsze bierze, co chce".

- Ty nie jesteś lepsza - odpowiedziałam, bo miałam już dość. - Ty też nigdy nie zapytasz, czy coś trzeba zrobić na działce. Ani u babci.

Ewa się obraziła na tydzień. Małgorzata powiedziała Dariuszowi, że jestem przewrażliwiona. Dariusz powiedział to sąsiadce Helenie, kiedy wpadli po jakieś narzędzia. Helena powiedziała mi z troską w głosie: „Grażynko, może odpuść, bo się pokłócisz z dziećmi".

Nie spałam trzy noce. Chodziłam po mieszkaniu, robiłam herbatę, której nie piłam. Patrzyłam na zdjęcie Andrzeja na komodzie. Wyobrażałam sobie, co by powiedział. Pewnie by machnął ręką. Albo nie. Andrzej potrafił być stanowczy w sprawach, które miały znaczenie. A ta działka miała znaczenie.

W czwartek pojechałam do marketu budowlanego. Kupiłam nową kłódkę. Solidną, mosiężną, z trzema kluczami. Pojechałam na działkę i wymieniłam starą kłódkę na nową. Dwa klucze schowałam do szuflady w sypialni, pod rachunkami za prąd. Jeden zabrałam na pęk z kluczami od domu. I tyle.

Małgorzata zadzwoniła w sobotę rano.

- Mamo, nie mogę otworzyć furtki. Zmieniłaś kłódkę?

- Zmieniłam.

- Że co? Dlaczego? Mamo, to jakiś żart?

- Nowy klucz jest u mnie. Jak chcesz przyjść na działkę, dzwonisz i umawiamy się. Razem.

Cisza. Długa, ciężka cisza, w której słyszałam oddech córki i szum jakiejś drogi w tle.

- Robisz z tego aferę - powiedziała wreszcie. - Jedną imprezę zrobiliśmy. Jedną. A ty zmieniasz zamki jak w jakimś filmie.

- Okłamałaś mnie, Gosiu.

- Nie okłamałam. Darek naprawił ten płotek. Naprawdę.

- A potem urządził grilla na czterdzieści osób.

- Na dwadzieścia. Może dwadzieścia pięć. Mamo, ludzie tak robią. Działka jest po to, żeby się spotkać z rodziną, ze znajomymi.

- Ta działka jest po to, żebym ja mogła usiąść wśród moich róż i porozmawiać z tatą - powiedziałam. Nie chciałam tego mówić, ale powiedziałam. I potem było mi wstyd, i nie było mi wstyd jednocześnie, bo to była prawda.

Małgorzata milczała. Potem powiedziała cicho:

- Tata nie żyje od sześciu lat, mamo.

- Wiem - odpowiedziałam. - Ale róże jeszcze tak.

Nie rozmawiałyśmy od tamtego czwartku. Ewa dzwoni, ale ostrożnie, jak do chorej. Dariusz podobno powiedział teściowej, że „teściowa zwariowała na starość". Helena z sąsiedniej działki przyniosła mi wczoraj słoik dżemu truskawkowego i powiedziała: „Trzymaj się, Grażynko, dobrze zrobiłaś". A potem dodała: „Albo źle, kto to wie. Ale to twoja działka".

Siedzę teraz na tym schodku altanki. Jest ciepły wieczór, pachnie świeżo podlana ziemia. Róże się podniosą - usunęłam niedopałki, przycięłam nadłamane łodygi, dodałam odżywkę. Leżak stoi z podpartym podłokietnikiem, prowizorka, ale trzyma. W kieszeni mam trzy klucze od nowej kłódki i ani jednego pomysłu, co z nimi zrobić.

Bo jedno wiem na pewno: ten trzeci klucz czeka na kogoś. Tylko nie wiem, czy powinien trafić do córki, która mnie okłamała, do córki, która mnie nie odwiedza, czy do nikogo - i umrzeć razem ze mną w szufladzie pod rachunkami za prąd.