Moja kasjerka z Biedronki - ta, co zawsze doliczała mi uśmiech - odchodziła na macierzyński. W ostatni piątek przyniosłam jej drożdżowe zawinięte w ściereczkę. Rozpłakała się przy kasie: „pani jedna tu zna moje imię". Mijamy się osiem lat, imię to minimum. Obiecała przynieść małą do pokazania. Czekamy z Barnabą.
Barnaba to mój pies. Jamnik szorstkowłosy, dziewięcioletni, z charakterem starca i sercem szczeniaka. Chodzi ze mną wszędzie - do apteki, na pocztę, do kościoła pod drzwi. I do Biedronki oczywiście. Czeka pod wejściem, przywiązany do barierki, i kiedy wychodziłam z siatkami, Kasia - bo tak ma na imię moja kasjerka - zawsze wychylała się zza kasy i machała mu przez szybę. Barnaba merdał. Rytuał.
Ale zacznę od początku, bo ta historia nie jest tylko o drożdżówce i nie jest tylko o Kasi. Jest o czymś, czego przez lata nie potrafiłam nazwać, a co okazało się ważniejsze niż połowa moich tak zwanych bliskich relacji.
Mam na imię Lucyna, mam sześćdziesiąt trzy lata i od czterech jestem wdową. Andrzej odszedł na raka trzustki - szybko, w trzy miesiące, jakby się spieszył. Córka Magda mieszka w Irlandii z mężem i dwójką dzieci, syn Tomek w Poznaniu, ale pracuje tyle, że dzwoni raz na tydzień, w niedzielę, między obiadem a drzemką. Nie narzekam. Mają swoje życie. Ja mam swoje - trzypokojowe mieszkanie na Gocławiu, emeryturę po trzydziestu latach w księgowości i Barnabę.
I mam Biedronkę na rogu Umińskiego.
Kasię poznałam - a właściwie zauważyłam - osiem lat temu. Była wtedy zupełnie młoda, chyba dwudziestoletnia, z warkoczem przewieszonym przez ramię i takim uśmiechem, jakby naprawdę cieszyła się, że kupuję twaróg i pomidory. Wiem, jak to brzmi. Ale kto robi zakupy codziennie, ten rozumie: większość kasjerów patrzy przez ciebie jak przez szybę. Mają prawo. Osiem godzin, kolejka, ludzie się kłócą o ceny, o promocje, o torby. Kasia nie patrzyła przeze mnie.
Zaczęło się od drobnostek. „Dzień dobry, jak piesek?" - pytała, zanim jeszcze przyłożyłam kartę. Potem: „O, pani dzisiaj w ładnym szaliku". Kiedyś, w grudniu, powiedziała: „Wesołych, pani Lucynko" - i aż się zatrzymałam, bo nie pamiętałam, kiedy jej podałam imię. Chyba przy okazji karty lojalnościowej, bo trzeba było podać dane. Ona zapamiętała. Ja też zapamiętałam jej - Kasia, z identyfikatora, ale zapamiętałam świadomie.
Od tamtej pory zaczęłam chodzić tylko do jej kasy. Nawet gdy kolejka była dłuższa. Andrzej się śmiał. „Lucyna, ty do tej Biedronki idziesz jak na spotkanie towarzyskie." Miał rację. Bo między „dzień dobry" a „do widzenia" mieściło się czasem pięć zdań, a te pięć zdań potrafiło mi poprawić cały dzień.
Kiedy Andrzej zachorował, przestałam chodzić na tydzień. Potem na dwa. Nie miałam siły, zakupy robił Tomek albo zamawiałam przez internet. Gdy wróciłam po pogrzebie - schudnięta, z oczami jak po nieprzespanej nocy, bo dokładnie tak było - Kasia spojrzała na mnie znad taśmy i powiedziała cicho: „Pani Lucynko, tak się cieszę, że panią widzę. Brakowało mi pani i Barnaby."
Nie powiedziała „współczuję". Nie powiedziała „będzie dobrze". Powiedziała, że jej brakowało. To jest różnica, której ludzie nie rozumieją. Kiedy ktoś ci współczuje, to zamyka sprawę. Kiedy mówi, że mu brakowało - to otwiera drzwi.
Zaczęłam przy kasie opowiadać więcej. O Barnabym, który po śmierci Andrzeja spał na jego poduszce. O Magdzie, która dzwoniła z Dublina i płakała, a ja musiałam ją pocieszać, chociaż sama ledwo stałam. O tym, że w nocy budzę się o trzeciej i nie mogę zasnąć, więc oglądam teleturnieje z wyłączonym dźwiękiem. Kasia słuchała. Kasowała mleko, chleb, jabłka - i słuchała.
Pewnego dnia pomyślałam: czy ja nie jestem śmieszna? Sześćdziesięciolatka, która zwierza się dwudziestokilkuletniej kasjerce. Czy to nie jest żałosne? Powiedziałam o tym koleżance Bożenie z klatki obok. Bożena pokręciła głową. „Lucyna, ja z moją córką tyle nie rozmawiam co ty z tą Kasią. Przynajmniej ktoś cię słucha."
I to mnie uderzyło. Bo Bożena miała rację. Moje dzieci - kocham je, Boże, nad życie - ale one nie słuchają. Tomek mówi „mhm" i „jasne, mamo" i słyszę, że jednocześnie pisze coś na komputerze. Magda opowiada o swoich dzieciach, o szkole, o pogodzie w Irlandii, i gdzieś przy okazji pyta: „A u ciebie co?", ale zanim odpowiem, już wraca do swojego tematu. Nie mam żalu. Tak jest. Ale tam, przy kasie numer trzy, ktoś naprawdę chciał wiedzieć, co u mnie.
Przez ostatnie cztery lata Kasia i ja stworzyłyśmy coś, na co nie ma nazwy. To nie przyjaźń - nie chodzimy razem na kawę, nie znamy swoich adresów. To nie jest relacja klient-sprzedawca - bo normalni klienci nie przynoszą kasjerkom drożdżówek. To jest coś pomiędzy. Taki most zawieszony nad codziennością. Trzy minuty przy kasie, dwa razy w tygodniu, i te trzy minuty trzymały mnie w pionie bardziej niż niedzielne telefony od Tomka.
Kiedy Kasia powiedziała mi, że jest w ciąży, ucieszyłam się tak, jakby to była moja córka. A potem zaraz poczułam ukłucie - bo wiedziałam, co to znaczy. Macierzyński. Rok. Może dłużej. Kasa numer trzy bez Kasi.
W jej ostatni piątek upiękłam drożdżowe. Andrzej zawsze mówił, że moje drożdżowe są najlepsze na Gocławiu, a ja mu odpowiadałam, żeby nie przesadzał, bo pani Jadzia z parteru piecze lepsze. Ale upiękłam porządnie - z kruszonką, z tą odrobiną skórki cytrynowej, jak robiła moja mama. Zawinęłam w czystą ściereczkę w niebieskie paski i poszłam.
Kolejka była długa. Stałam i czekałam, choć obok kasy samoobsługowe stały puste. Kiedy podeszłam, położyłam ściereczkę na taśmie obok zakupów i powiedziałam: „To dla ciebie, Kasiu. Żebyś wiedziała, że ktoś tu na ciebie czeka."
I wtedy się rozpłakała. Przy ludziach, przy kolejce, z tym swoim brzuchem na siódmy miesiąc. Otarła oczy rękawem i powiedziała: „Pani Lucynko, pani jedna tu zna moje imię. Osiem lat i pani jedna."
Stałam i nie wiedziałam, co powiedzieć. Bo to zdanie - „pani jedna" - było takie ogromne i takie straszne jednocześnie. Osiem lat pracy. Setki ludzi dziennie. I jedna Lucyna, która pamięta, że Kasia to Kasia, a nie „ta z kasy".
W domu usiadłam przy stole i długo patrzyłam na Barnabę, który leżał na swoim posłaniu i patrzył na mnie. Pomyślałam o Magdzie w Dublinie, o Tomku w Poznaniu, o sąsiadkach, które mijam na klatce. O ludziach z osiedla, z przychodni, ze sklepu. Ile imion znam? Ile twarzy widzę, a nie patrzę? Ile osób czeka, aż ktoś powie do nich po imieniu?
Kasia obiecała, że jak urodzi, to przyjdzie pokazać małą. Czekamy z Barnabą. On pod barierką, ja w kolejce do kasy numer trzy.
Tylko że kasy numer trzy teraz nie wybieram. Stoję przy samoobsługowej, skanuję mleko i chleb, i jest cicho. Żadnego „dzień dobry, jak piesek?". Żadnego uśmiechu doliczanego do paragonu. I myślę sobie - te trzy minuty, które Kasia dawała mi dwa razy w tygodniu, ile tak naprawdę były warte? I dlaczego nikt nie liczy tego, co niepoliczalne?
Wczoraj zadzwoniła Magda. Opowiadała o deszczu w Dublinie, o szkole Zosi, o tym, że Kevin dostał awans. Pod koniec zapytała: „A u ciebie co, mamo?". I ja chciałam powiedzieć o Kasi, o drożdżówce, o tym płaczu przy kasie. Ale powiedziałam tylko: „Dobrze, córciu. Wszystko dobrze." Bo jak opowiesz coś takiego komuś, kto nie stał w tej kolejce?
Barnaba leży na poduszce Andrzeja i merda ogonem, bo słyszy, jak otwieram lodówkę. Drożdżowe zostało trochę - upiękłam za dużo. Może zaniosę Bożenie. Może zapytam, jak ma na imię ta nowa kasjerka na trójce, ta z krótkimi włosami i zmęczonymi oczami. Może wystarczy zacząć od „dzień dobry" i powiedzieć je tak, żeby ktoś uwierzył, że naprawdę życzę dobrego dnia.
A może to za mało. Może zawsze jest za mało.