Jestem rodzinnym kierowcą: basen Stasia, angielski Julki, piłka w soboty - pięć kursów tygodniowo moją skodą i za moje paliwo. We wrześniu odstawiłam skodę pod blok i pojechałam pociągiem do Sarbinowa. Grafik dowozów „zawalił się" na tydzień. Potem odkryli autobus szkolny. Jeździ od zawsze. Przystanek: sto metrów od ich bramy.

Sto metrów. To jest mniej niż z ich kuchni do furtki i z powrotem. Mniej niż kolejka po bułki w Biedronce w sobotę rano. A ja przez trzy lata przejechałam tą skodą tysiące kilometrów, żeby oszczędzić im te sto metrów.

Ale po kolei.

Mam na imię Renata i od czterech lat jestem na emeryturze. Trzydzieści dwa lata przepracowałam w księgowości w spółdzielni mieszkaniowej na Ratajach w Poznaniu. Mąż, Bogdan, odszedł osiem lat temu - zawał na działce ROD, między grządką z pomidorami a krzakiem agrestu. Został po nim warsztat stolarski w garażu, którego nikt nie chciał, i skoda fabia, która jakoś trafiła pod moją opiekę. Nie narzekam. Mam swoje mieszkanie, emeryturę, która wystarcza, jeśli nie szaleję, i jedyną córkę Martę.

Marta ma trzydzieści osiem lat, męża Dariusza i dwójkę dzieci: Stasia, który skończył dziesięć lat, i Julkę, która ma osiem. Mieszkają w nowym domu na obrzeżach miasta - takie osiedle, gdzie każdy dom wygląda jak z katalogu, a płoty są wyższe niż rozsądek. Dwadzieścia pięć kilometrów od mojego bloku.

Kiedy Staś poszedł na basen, Marta zadzwoniła. „Mamuś, ty przecież i tak siedzisz w domu, może byś Stasia podrzuciła we wtorki i czwartki? Dariusz nie może, bo ma nadgodziny, a ja mam jogi o tej porze." Zgodziłam się, bo co babcia nie zrobi dla wnuka. Potem doszedł angielski Julki w poniedziałki. Potem piłka Stasia w soboty rano. Potem okazjonalnie środy, bo Marta miała „spotkania". Nie pytałam jakie.

Pięć kursów tygodniowo. Dwadzieścia pięć kilometrów w jedną stronę, potem do basenu albo na angielski, potem z powrotem do ich domu, potem do siebie. Tankowanie co tydzień - za moje pieniądze, rzecz jasna. Kiedyś nieśmiało wspomniałam o paliwie. Marta spojrzała na mnie tak, jakbym poprosiła o nerkę. „Mamo, przecież i tak byś jeździła. Ruszasz się przynajmniej, bo co byś robiła, siedziała przed telewizorem?"

Ruszam się. Jasne. Sto osiemdziesiąt kilometrów tygodniowo to niezły trening.

Nie chodzi o pieniądze. To znaczy - nie tylko o pieniądze. Chodzi o to, że przez trzy lata ani razu nikt nie powiedział „dziękuję, mamo" albo „babciu, ale fajnie, że przyjechałaś". Staś wsiadał do samochodu z nosem w tablecie, Julka wkładała słuchawki, zanim jeszcze zapięła pasy. Marta machała ręką z progu i wracała do środka. Dariusz? Dariusza nie widziałam prawie wcale. Pracował. Albo mówił, że pracuje.

W sierpniu pękło coś we mnie. Tak cicho, bez dramatów. Siedziałam w samochodzie pod basenem, czekając na Stasia, i patrzyłam na zegarek. Czterdzieści minut. Czterdzieści minut czekania dwa razy w tygodniu. Policzyłam: prawie siedemdziesiąt godzin samego czekania w ciągu roku. Siedemdziesiąt godzin w skodzie, na parkingu, z termosu herbatą i krzyżówką.

Pomyślałam: Bogdan miał swój warsztat. Miał swoje deseczki, swoją piłę, swoje wieczory z radiem Złote Przeboje. Ja mam parking pod basenem i krzyżówkę z „Tele Tygodnia".

Zadzwoniłam do Krysi, koleżanki z dawnej pracy. Krysia od trzech lat jeździła w sierpniu do Sarbinowa. „Renata, przyjedź" - powiedziała. „Morze, spacery, ryba na kolację i żadnych wnuków." Zaśmiałam się. Ale we wrześniu, kiedy Marta zadzwoniła z grafikiem na nowy semestr - „Mamuś, to Staś ma basen w nowych godzinach, zapisz sobie" - odpowiedziałam spokojnie:

„Martuś, we wrześniu mnie nie będzie. Jadę do Sarbinowa."

Cisza. Taka cisza, jakbym powiedziała, że lecę na Marsa.

„Jak to nie będzie? A dzieci?"

„Jakoś sobie poradzicie. Są autobusy, są taksówki, jest Dariusz."

„Dariusz pracuje, mamo, ty to wiesz."

„Ja też pracowałam, Marta. Trzydzieści dwa lata. A teraz chcę pojechać nad morze."

Rozłączyła się bez pożegnania. Wieczorem dostałam SMS-a: „Myślałam, że mogę na Ciebie liczyć." Nic nie odpisałam. Zaparzyłam herbatę, wyjęłam z szafy torbę podróżną i zaczęłam pakować.

Do Sarbinowa pojechałam pociągiem. Skodę zostawiłam pod blokiem, na parkingu, z przykryciem. Pierwszy raz od lat nie wsiadłam za kierownicę przez dziesięć dni.

Chodziłam po plaży, jadłam rybę z budki przy promenadzie, rozmawiałam z Krysią o wszystkim i o niczym. Spałam do ósmej. Do ósmej! Bez budzika na szóstą trzydzieści, żeby zdążyć na Rataje, potem na osiedle Marty, potem na basen.

Przez pierwszy tydzień Marta nie dzwoniła. Pisała krótkie, suche wiadomości: „Staś nie był na basenie, bo nikt go nie zawiózł." Albo: „Julka płakała, że babcia ją zostawiła." To drugie bolało. Ale Krysia powiedziała mi coś, co zapamiętam do końca życia: „Renata, jeśli pozwolisz, żeby cię szantażowali łzami wnuczki, to do śmierci będziesz siedzieć na tym parkingu."

W drugim tygodniu Marta zadzwoniła. Głos miała inny. Cichszy.

„Mamo, Dariusz zawiózł dzieci autobusem szkolnym. Znaczy - odprowadził je na przystanek. Okazuje się, że autobus jedzie i na basen koło basenu, i na osiedle, gdzie Julka ma angielski."

„Aha" - powiedziałam. „I od kiedy ten autobus jeździ?"

Pauza. Słyszałam, jak Marta oddycha.

„Od zawsze, mamo. Przystanek jest sto metrów od naszej bramy."

Nie powiedziałam nic. Nie musiałam. Te sto metrów wisiało między nami jak wyrok.

Wróciłam z Sarbinowa opalona, wypoczęta i dziwnie spokojna. Marta zaprosiła mnie na niedzielny obiad. Przyjechałam - pociągiem podmiejskim i autobusem, nie skodą. Staś otworzył mi drzwi i powiedział: „Babciu, fajnie, że jesteś." Pierwszy raz od miesięcy podniósł głowę znad tabletu. Julka pokazała mi zeszyt z angielskiego. Dariusz nalał mi herbaty, sam, bez pytania.

Przy stole Marta unikała mojego wzroku. W pewnym momencie powiedziała cicho: „Mamo, przepraszam. Nie wiedziałam, że ten autobus..."

„Wiedziałaś" - przerwałam jej spokojnie. „Po prostu wygodniej było, żeby babcia jeździła."

Nie zaprzeczyła. Pokiwała głową i wróciła do nakładania bigosu. Dariusz patrzył w talerz. Siedzieliśmy w ciszy, która nie była wrogą ciszą - raczej taką, w której ludzie zastanawiają się, jak żyć dalej.

Od tamtego obiadu minęły trzy miesiące. Dzieci jeżdżą autobusem. Marta nie prosi mnie o kursy. Ale nie prosi mnie też o wiele innych rzeczy - nie dzwoni tak często, nie zaprasza co tydzień. Staś pisze do mnie SMS-y ze śmiesznymi obrazkami, Julka czasem zadzwoni i opowie o szkole. Z Martą rozmawiamy krótko, grzecznie, ostrożnie - jak ludzie, którzy wiedzą, że powiedzieli sobie za dużo i jednocześnie za mało.

Czasem wieczorem patrzę na skodę stojącą pod blokiem i zastanawiam się, czy wygrałam, czy straciłam. Odzyskałam swój czas, swoje pieniądze, swoją godność. Ale coś się przesunęło między mną a Martą - jak meble po remoncie, niby to samo mieszkanie, a nie możesz trafić do łazienki w ciemności.

Krysia mówi, że to przejdzie. Że Marta musi dorosnąć do tego, żeby traktować matkę jak człowieka, a nie jak bezpłatną taksówkę. Może ma rację. A może są rzeczy, które się mówi raz, i potem już nigdy nie jest tak jak przedtem.

Skoda stoi pod blokiem. Przykryta. Czeka. Sama nie wiem, na co.