Na pogrzebie szkolnej koleżanki podszedł do mnie starszy pan. Powiedział, że przez całe życie żałował, że wtedy nie przyszedł pod kino, tak jak się umówiliśmy w 1979. Czekałam wtedy dwie godziny. Nie poznałam go po tylu latach. To był on.
Stał obok mnie przy grobie Halinki Majewskiej i pachniał wodą kolońską, którą mój ojciec nazywał „zachodnią", bo kiedyś trudno ją było dostać. Miał siwe, przerzedzone włosy i twarz pooraną zmarszczkami, ale uśmiechnął się i wtedy - tylko wtedy - zobaczyłam w nim tamtego chłopaka. Szczękę, ten sposób, w jaki lekko przekrzywiał głowę. Reszta była obca.
- Nie poznajesz mnie, prawda? - zapytał cicho, kiedy ksiądz skończył modlitwę i ludzie zaczęli się rozchodzić.
- Przepraszam, ja... - zaczęłam, bo naprawdę nie miałam pojęcia.
- Ryszard. Ryszard Kopeć. Chodziłem do równoległej klasy w trzynastce.
Trzynastka. Szkoła Podstawowa numer trzynaście na Pradze. Zamurowało mnie. Ryszard Kopeć. Chłopak, który w maju siedemdziesiątego dziewiątego roku napisał mi liścik na kartce wyrwanej z zeszytu do polskiego. „Bożena, czy poszłabyś ze mną do kina na Akademię Pana Kleksa? W sobotę o trzeciej pod Moskwą." Pod Moskwą - to znaczy pod kinem Moskwa na Pradze, nie pod miastem. Miałam piętnaście lat i myślałam, że umrę ze szczęścia.
Nie przyszedł. Stałam tam od trzeciej do piątej w swojej jedynej ładnej bluzce, którą pożyczyłam od starszej siostry Teresy. Wracałam tramwajem z takim wstydem, jakby cały świat wiedział, że mnie wystawiono. Teresa powiedziała wtedy: „Mówiłam ci, że on się tylko wygłupia." Mama nawet nie zauważyła, że płakałam, bo akurat gotowała kluski na niedzielę. Ojciec jak zwykle czytał gazetę.
To było czterdzieści pięć lat temu. Przez te czterdzieści pięć lat wyszłam za mąż za Andrzeja, urodziłam dwóch synów - Marcina i Pawła - pracowałam dwadzieścia osiem lat w księgowości w zakładach na Targówku, pochowałam mamę, pochowałam tatę, rozwiodłam się, przeprowadzałam trzy razy, przeszłam operację kolana i zaczęłam jeździć na działkę ROD pod Otwockiem, gdzie hodowałam pomidory i czytałam kryminały. I przez te czterdzieści pięć lat ani razu nie pomyślałam o Ryszardzie Kopciu. A on, jak mi właśnie powiedział, myślał o mnie.
Zeszliśmy z cmentarza powoli, za innymi żałobnikami. Ryszard szedł obok mnie i mówił. Mówił dużo, jakby się bał, że zaraz odejdę i już nigdy nie będzie miał okazji.
- Nie przyszedłem wtedy, bo ojciec mnie zbił pasem - powiedział, patrząc przed siebie. - Znalazł ten liścik, co ci napisałem. Taki brudnopis, co mi został. Powiedział, że mam się uczyć, a nie dziewczynom głowę zawracać. Zamknął mnie w pokoju. Siedziałem i słuchałem zegara. Wiedziałem, że stoisz pod tym kinem. I nic nie mogłem zrobić.
Nie odpowiedziałam od razu. Szliśmy żwirową alejką, kasztany nad nami kwitły na biało, pachniało wilgotną ziemią i świeżym powietrzem, a ja próbowałam zrozumieć, co czuję. Bo czułam coś dziwnego. Nie złość - ta dawno minęła, jeśli w ogóle kiedykolwiek naprawdę ją czułam. Nie wzruszenie - to by było za łatwe słowo. Raczej zdumienie. Że przez tyle lat ktoś nosił w sobie taką drobną historię jak kamyk w bucie. Że ją pamiętał.
- Dlaczego nie przyszedłeś w poniedziałek do szkoły i nie powiedział? - zapytałam.
Milczał długo.
- Bo się wstydziłem. Potem ty zaczęłaś chodzić z tym Andrzejem z drugiego B, a ja... No, stwierdziłem, że już za późno.
- Z Andrzejem zaczęłam chodzić dopiero w technikum - poprawiłam go odruchowo. - To było dwa lata później.
- Naprawdę? - zatrzymał się. - A ja byłem pewien, że zaraz po tym... Przez całe życie byłem pewien.
Staliśmy przy bramie cmentarza. Ludzie przechodzili obok nas, ktoś odpalał samochód, ktoś zapalał papierosa. Normalny dzień, zwykły pogrzeb koleżanki, której nie widziałam od lat, a tu nagle - Ryszard Kopeć i jego kamyk w bucie.
Zaprosił mnie na kawę. Powiedział, że jest taka kawiarnia na rogu, nowa, że może moglibyśmy usiąść. Zgodziłam się, choć normalnie bym odmówiła - nie lubiłam spontanicznych rzeczy, nie lubiłam siedzieć z obcymi. Ale on nie był do końca obcy. Był kimś z tamtego świata, ze szkoły numer trzynaście, z Pragi, z tego czasu, kiedy wszystko wydawało się ogromne i ważne.
Przy kawie dowiedziałam się, że Ryszard całe życie pracował jako elektryk w kolejach. Że miał żonę Danutę, która zmarła pięć lat temu na raka. Że mają - miał z nią - córkę, która mieszka w Irlandii i dzwoni raz w tygodniu. Że od śmierci Danuty mieszka sam w mieszkaniu na Grochowie i hoduje kanarka.
- Jak mu na imię? - zapytałam, bo nie wiedziałam, co innego powiedzieć.
- Filuś - odpowiedział z takim zawstydzeniem, jakby to imię było bardziej intymne niż cokolwiek, co dotąd powiedział.
Roześmiałam się. Pierwszy raz od bardzo dawna roześmiałam się szczerze w towarzystwie mężczyzny. Patrzyłam na niego i próbowałam zobaczyć tego piętnastoletniego chłopaka, który pisał liściki na lekcji polskiego, ale widziałam tylko sześćdziesięcioletniego mężczyznę ze zmęczonymi oczami i za dużą marynarką.
- Ryszard - powiedziałam w końcu. - To było czterdzieści pięć lat temu. Ja tamtego wieczoru płakałam może ze dwie godziny, a potem było normalne życie. Moje życie. Ty nosisz to w sobie od tamtego czasu?
Zamieszał kawę łyżeczką, choć nie dosypywał cukru.
- Wiem, że to głupie. Ale jak człowiek został sam, to zaczyna myśleć o takich rzeczach. O drogach, które mogły pójść inaczej. Danuta była dobrą żoną, nie żałuję. Ale czasem się zastanawiam...
Nie dokończył. Nie musiał.
Wyszliśmy z kawiarni po półtorej godzinie. Dał mi swój numer telefonu, napisany drukowanymi literami na serwetce, jak tamten liścik na kartce z zeszytu. Wzięłam tę serwetkę i schowałam do torebki.
Przez trzy dni leżała w bocznej kieszonce, między chusteczkami a kartą do apteki. Rano czwartego dnia wyjęłam ją i położyłam na stole w kuchni. Patrzyłam na nią przy herbacie. Dziewięć cyfr. Numer do człowieka, którego nie widziałam pół wieku, a który twierdzi, że myślał o mnie przez całe życie.
Marcin, mój starszy syn, zadzwonił wieczorem i jak zwykle zapytał, co u mnie. Powiedziałam mu o pogrzebie Halinki. O Ryszardzie nie wspomniałam. Sam nie wiem dlaczego. A może wiem - bałam się, że usłyszę w jego głosie to samo co w głosie Teresy czterdzieści pięć lat temu: „Mamo, daj spokój, on się tylko wygłupia."
Serwetka leży na stole trzeci tydzień. Czasem ją przekładam, żeby wytrzeć blat. Ale nie wyrzucam. I nie dzwonię.
Bo ja nie wiem, czy chcę poznać odpowiedź na pytanie, które Ryszard nie dokończył przy kawie. Może niektóre drogi nie powinny się przecinać po raz drugi. A może właśnie po to umarła Halinka Majewska - żeby dwoje starych ludzi mogło się spotkać na cmentarzu i dokończyć coś, co nie zaczęło się w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym dziewiątym.
Patrzę na tę serwetkę i myślę: czy można żałować drogi, której się nigdy nie wybrało? I czy to jeszcze żal - czy już tylko przyzwyczajenie do żalu?