Syn poprosił, żebym włączyła „udostępnianie lokalizacji, na wszelki wypadek". Wczoraj z ciekawości otworzyłam mapę. Co środę jego kropka zatrzymuje się na dziesięć minut pod blokiem naprzeciwko - u teściowej. Do mnie, przez ulicę, nie zajrzał od pół roku.
Siedziałam z telefonem przy kuchennym stole i patrzyłam na tę niebieską kropkę, jakby to był jakiś żart. Powiększyłam mapę. Blok naprzeciwko. Klatka trzecia. Jadwiga Sarnowska, drugie piętro. Znałam ten adres lepiej niż niejeden - sama pomagałam synowej go szukać, kiedy szukali mieszkania dla teściowej po przeprowadzce z Radomia. To ja wtedy powiedziałam: „Patrzcie, naprzeciwko mnie jest do wynajęcia, będziemy miały do siebie blisko". Jakie to było naiwne.
Przesunęłam palcem po ekranie jeszcze raz. Środa, godzina siedemnasta dwanaście - kropka stoi. Siedemnasta dwadzieścia dwa - kropka rusza w stronę Mokotowa, do domu. Między blokiem Jadwigi a moim jest dwadzieścia trzy metry. Odmierzyłam kiedyś krokami, kiedy niosłam jej rosół po operacji kolana. Dwadzieścia trzy metry i ani jednego kroku w moją stronę.
Mam na imię Bożena, za trzy miesiące skończę sześćdziesiąt trzy lata. Trzydzieści osiem lat przepracowałam w księgowości fabryki kabli we Wrocławiu, a od dwóch jestem na emeryturze. Mam jednego syna - Tomka. Tomek ma czterdzieści lat, żonę Kingę i dwójkę dzieci, Zosię i Jasia. Mieszkają na Mokotowie, dwadzieścia minut tramwajem. Ale to nieważne, ile minut tramwajem, skoro on co środę jest dwadzieścia trzy metry ode mnie i nie dzwoni do drzwi.
Sprawdziłam historię. Cofnęłam się o tydzień. O dwa. O miesiąc. Środa za środą - ta sama trasa. Przystanek, blok Jadwigi, dziesięć minut, odjazd. Od stycznia. Pięć miesięcy. Dwadzieścia wizyt u teściowej. Zero u mnie.
Zadzwoniłam do Tomka następnego dnia. Nie od razu - najpierw musiałam poukładać w głowie, co chcę powiedzieć. Nie chciałam być tą matką, która robi awantury. Tą, która liczy wizyty. Tą, o której mówi się na rodzinnych obiadach ściszonym głosem: „No wiesz, mama znowu..."
- Cześć, mamo - odebrał po trzecim sygnale. W tle słyszałam telewizor i głos Zosi, coś o jednorożcach. - Co tam? Wszystko dobrze?
- Dobrze, dobrze. Tomku, chciałam zapytać... Wpadniesz może w tym tygodniu? Upiekłam sernik.
Cisza. Dwie sekundy, może trzy, ale ja je policzyłam.
- Mamo, ten tydzień ciężki. Dużo roboty. Może w przyszłym?
- W przyszłym to też powiesz, że ciężki.
Nie powinnam była tego mówić. Od razu poczułam, jak się spina. Znałam ten oddech - tak samo oddychał jego ojciec, zanim trzasnął drzwiami. Andrzej odszedł, kiedy Tomek miał piętnaście lat. Po prostu pewnego dnia spakował torbę i poinformował, że jedzie „się zastanowić". Zastanawiał się dwanaście lat, aż go wątroба zabiła. Ale zostawił mi syna, który nauczył się tego samego oddechu i tego samego milczenia.
- Mamo, nie zaczynaj. Naprawdę mam dużo na głowie. Kinga jest zmęczona, Jasio źle sypia, w pracy reorganizacja...
- A do Jadwigi masz czas co środę?
To wypadło. Nie chciałam. A może chciałam - nie wiem. Ale wypadło i wisiało między nami jak mokra pościel na sznurku.
- Skąd wiesz? - spytał cicho.
- Udostępnianie lokalizacji, Tomku. Sam prosiłeś.
Milczał. Słyszałam, jak wstaje, jak zamyka drzwi, jak głos Zosi cichnie. Wszedł chyba do łazienki albo na balkon.
- Mamo, to co innego. Jadwiga jest sama. Nie ma nikogo. Podwożę jej leki z apteki, bo ona nie ogarnia apki i nie chce zamawiać przez internet. To dziesięć minut.
- A ja mam kogoś?
Znowu cisza.
- Ty sobie radzisz - powiedział w końcu. - Ty zawsze sobie radziłaś.
I wtedy zrozumiałam. On nie unikał mnie, bo mnie nie kochał. On unikał mnie, bo myślał, że mnie nie potrzebuje. Że ja - ta silna Bożena, która po odejściu męża wzięła drugi etat, która sama spłaciła mieszkanie, która nigdy nie poprosiła nikogo o pomoc - że ja jestem takim domem, do którego nie trzeba zaglądać, bo on jakoś stoi. A Jadwiga - słaba, schorowana Jadwiga z Radomia, która płacze do słuchawki - to jest ktoś, kto naprawdę potrzebuje uwagi.
Powinnam była krzyczeć. Albo płakać. Zamiast tego powiedziałam spokojnie:
- Wiesz, Tomek, ja też nie ogarniam tej apki.
- Jakiej apki?
- Jakiejkolwiek. Nieważne. Chodzi o to, że ja też czasem potrzebuję, żeby ktoś zapukał do drzwi. Nie po to, żeby coś przynieść. Żeby być.
Odchrząknął. Znałam ten odgłos - tak robił, kiedy był mały i próbował nie płakać przy kolegach.
- Mamo, ja... przepraszam. Nie myślałem o tym tak.
- Wiem, że nie myślałeś. To nie wyrzut. To informacja.
Obiecał, że wpadnie w sobotę. Powiedział, że przywiezie dzieci. Że Zosia tęskni za moimi naleśnikami.
W sobotę upiekłam sernik i zrobiłam naleśniki z serem. Nakryłam do stołu - cztery nakrycia, bo Kinga miała zostać w domu z bólem głowy. Postawiłam wazon z tulipanami, te żółte z bazarku za rogiem. Czekałam od jedenastej.
Zadzwonił o dwunastej trzydzieści.
- Mamo, Jasio się rozchorował. Gorączka. Nie damy rady dzisiaj. Może w przyszłym tygodniu?
- Jasne, synku. Leczycie go. Zdrowie najważniejsze.
Rozłączyłam się. Stałam w kuchni z telefonem w ręce i patrzyłam na cztery talerze. Na sernik. Na tulipany, które zaczęły już opadać, bo kupiłam je dzień wcześniej, żeby było ładnie od rana.
Otworzyłam mapę. Sobota, dwunasta trzydzieści pięć. Kropka Tomka - w domu na Mokotowie. Jasio pewnie naprawdę gorączkował. A może nie. Już nie wiedziałam, czy chcę to sprawdzać.
Wieczorem zaniosłam kawałek sernika Jadwidze. Otworzyła drzwi zaskoczona, w szlafroku i kapciach.
- Bożena? Co ty tu? Wejdź, wejdź, herbatę zrobię.
Usiadłyśmy w jej kuchni, prawie identycznej jak moja - ten sam układ, bo bloki-bliźniaki, budowane w tym samym roku. Jadwiga opowiadała o kolanie, o ciśnieniu, o tym, że Tomek jest taki dobry, bo wozi jej leki. Mówiła to z taką wdzięcznością, że ścisnęło mnie w gardle.
- On jest dobry chłopak - powiedziałam. I myślałam to szczerze.
Wracając do siebie, przeszłam te dwadzieścia trzy metry i stanęłam pod swoim blokiem. Popatrzyłam w górę - trzecie piętro, moje okno, zasłona odsłonięta, światło w kuchni. Pomyślałam, że z zewnątrz to mieszkanie wygląda tak, jakby ktoś w nim czekał. I że to chyba najsmutniejsze, co mogę o sobie powiedzieć - że czekam. Że zawsze czekam. I że może nadszedł czas, żeby przestać.
Wyłączyłam udostępnianie lokalizacji. A potem długo nie mogłam się zdecydować - wyłączyć też mapę, czy jednak zostawić. Na wszelki wypadek.