Mąż zmarł w marcu, a jego warsztat był dla niego całym światem. W kwietniu trafiłam na OLX na ogłoszenie: „Narzędzia po dziadku, mało używane, cena do uzgodnienia". Wystawił je wnuk. Klucze do warsztatu miał tylko on.
Zdjęcie było niewyraźne, zrobione w pośpiechu, ale rozpoznałam od razu. Czerwona skrzynka Facom z dwoma rysami na wieczku - Tadeusz zrobił je sam, kiedy śrubokręt wyślizgnął mu się z ręki. Wiedziałam, gdzie dokładnie te rysy są. Mogłam je narysować z pamięci. Pod zdjęciem: „Stan idealny, dziadek dbał o narzędzia".
Dziadek. Jakby Tadeusz był jakimś odległym wspomnieniem z albumu, a nie człowiekiem, który miesiąc temu jeszcze żył.
Ręce mi się trzęsły, kiedy powiększałam kolejne zdjęcia. Klucze nasadowe, zestaw płaskich, wiertarka Bosch, którą kupiliśmy razem na targu w Poznaniu siedem lat temu. Tadeusz targował się pół godziny, a sprzedawca w końcu machnął ręką i powiedział: „Niech pan bierze, za taką żonę dam rabat". Śmialiśmy się potem z tego przez całą drogę do domu.
Teraz te narzędzia wisiały na OLX za „cenę do uzgodnienia".
Mateusz - nasz jedyny wnuk. Syn Agnieszki, naszej córki. Dwadzieścia cztery lata, studia rzucone po drugim roku, ciągłe pomysły na biznes, które kończyły się pożyczkami od rodziny. Tadeusz dawał mu pieniądze, zawsze. „Bo to nasz krew, Bożena" - mówił, kiedy próbowałam protestować. I dawał. Sto złotych, pięćset, raz nawet dwa tysiące na jakiś kurs, z którego Mateusz zrezygnował po tygodniu.
Klucze do warsztatu Tadeusz dał mu sam, jeszcze w styczniu. Mateusz miał mu pomagać przy naprawach - tak przynajmniej mówił. Przychodził w soboty, ale bardziej po kawę i rozmowę niż po naukę. Tadeusz i tak się cieszył. „Przynajmniej zagląda" - mówił z nadzieją, której ja już nie potrafiłam podzielać.
Tadeusz był mechanikiem przez czterdzieści lat. Warsztat - mały garaż na tyłach naszego domu na osiedlu pod Poznaniem - to było jego królestwo. Znał każde narzędzie po dotyku, jak muzyk zna struny. Kiedy zachorował jesienią, pierwsze co powiedział lekarzowi, to: „Doktorze, ale do warsztatu mogę chodzić?". Rak trzustki nie odpowiada na takie pytania. Po trzech miesiącach Tadeusza nie było.
Na pogrzeb przyszło pół osiedla. Sąsiad Leszek ze łzami w oczach mówił, że Tadeusz naprawił mu więcej rzeczy, niż on zdoła policzyć. Mateusz stał z boku, w za dużej marynarce pożyczonej od ojca. Płakał. Naprawdę płakał. Wtedy jeszcze myślałam, że go to dotknęło.
Agnieszka, nasza córka, mieszka w Krakowie z mężem Dariuszem. Przyjechała na pogrzeb, została tydzień, pomogła mi z papierami. Przy kawie, trzy dni po pogrzebie, powiedziała cicho: „Mamo, jakbyś chciała warsztat sprzedać albo wynająć, to Dariusz może pomóc ogłoszenie dać".
- Nie będę nic sprzedawać - odpowiedziałam wtedy sucho.
Agnieszka pokiwała głową i więcej nie pytała. Może powinnam się była zastanowić, dlaczego w ogóle o to pytała.
Tydzień po odkryciu ogłoszenia poszłam do warsztatu. Odkąd Tadeusz umarł, nie miałam siły tam wchodzić. Ciągle pachniało smarem i drewnem. Na haku przy drzwiach wisiała jego flanelowa koszula w kratę - ta niebieska, w której zawsze majsterkował. Ale wieszaki nad stołem były puste. Szuflady otwarte. Skrzynka Facom - zniknęła. Wiertarka - zniknęła. Zestawy kluczy, poziomica, szlifierka kątowa - wszystko.
Zostały tylko śruby rozsypane na podłodze i zapach Tadeusza, którego nikt nie potrafił wynieść.
Zadzwoniłam do Mateusza. Odebrał po piątym sygnale.
- Babciu, cześć, co tam? - lekkim tonem, jakby nic się nie stało.
- Mateusz, byłam w warsztacie dziadka.
Cisza. Trzy sekundy, pięć.
- No i? - powiedział w końcu, ale głos mu się zmienił.
- Widziałam ogłoszenie na OLX. „Narzędzia po dziadku".
Znów cisza. Potem szybko, gorączkowo: „Babciu, ja mogę wszystko wyjaśnić. Potrzebuję kasy na nowy projekt, to jest poważna sprawa, dziadek by zrozumiał, on zawsze mnie wspierał".
Dziadek by zrozumiał. Te słowa uderzyły mnie jak policzek.
- Tadeusz by cię zapytał - powiedziałam powoli. - Zapytałby, czy możesz wziąć. A ty nie zapytałeś. Ani mnie, ani nikogo.
- Bo wiedziałem, że powiesz nie! - krzyknął. A potem ciszej: - Przepraszam, babciu. Ale te narzędzia i tak by rdzewały. Nikt ich nie używa.
Rozłączyłam się. Usiadłam na taborecie przy stole Tadeusza, tym z wyrytymi ołówkiem wymiarami, których nigdy nie ścierał. Płakałam, ale nie z żalu - z wściekłości. I ze wstydu, że przez dwadzieścia cztery lata nie zauważyłam, kim dorasta nasz wnuk.
Wieczorem zadzwoniła Agnieszka.
- Mamo, Mateusz do mnie dzwonił. Mówi, że się na niego wydzierałaś.
- Nie wydzierałam się. Powiedziałam mu prawdę.
- Wiem, że źle zrobił. Ale on jest młody, nie myśli.
- Agnieszka, on ma dwadzieścia cztery lata. W tym wieku twój ojciec pracował na dwie zmiany i budował nam dom.
Córka westchnęła. Znałam to westchnienie - tak robiła, kiedy chciała powiedzieć „mamo, przesadzasz", ale nie miała odwagi.
- Chcesz go zgłosić na policję? - zapytała wreszcie.
To pytanie zawisło między nami jak nóż.
Nie odpowiedziałam od razu. Myślałam o Tadeuszu, o tym, jak dawał Mateuszowi kolejne szanse. Myślałam o skrzynce Facom z rysami na wieczku, która teraz pewnie stoi u jakiegoś obcego człowieka w garażu. Myślałam o flanelowej koszuli na haku - jedynej rzeczy, której Mateusz nie zabrał, bo nie miała wartości na OLX.
- Powiem ci jutro - odparłam i odłożyłam słuchawkę.
To było trzy tygodnie temu. Do dziś nie zadzwoniłam. Ogłoszenie na OLX zniknęło - ktoś kupił narzędzia Tadeusza. Mateusz nie odezwał się ani razu. Agnieszka dzwoni co drugi dzień, ale o warsztacie nie rozmawiamy. Mówi o pogodzie w Krakowie i o tym, że Dariusz maluje przedpokój.
Wczoraj wieczorem weszłam do warsztatu, zapaliłam światło i zamknęłam drzwi od środka. Usiadłam przy pustym stole. Było cicho. Zdjęłam z haka flanelową koszulę, złożyłam ją i schowałam do reklamówki. Potem wyjęłam z kieszeni zapasowy klucz - ten, o którym Mateusz nie wiedział - i przekręciłam zamek.
Zamek trzeba będzie wymienić. Ale to nie zamek jest problemem.