Ucieszyłam się, gdy syn powiedział, że załatwił mi „miejsce, gdzie ktoś wreszcie się mną zajmie". Myślałam, że chodzi o opiekunkę na kilka godzin. W jego aucie leżała teczka - papiery do domu opieki, już wypełnione moim nazwiskiem i numerem PESEL. Daty jeszcze nie wpisał.
Znalazłam tę teczkę przypadkiem. Grzegorz wbiegł do mieszkania po ładowarkę do telefonu, a mnie poprosił, żebym poczekała w aucie - mieliśmy jechać na zakupy do Auchan. Siedziałam na tylnym siedzeniu, bo z przodu leżały jakieś kartony. Szukałam pasów i wtedy ręka trafiła na coś pod folią. Beżowa teczka z gumką. Pomyślałam, że to papiery z jego pracy - Grzegorz jest elektrykiem, prowadzi własną firmę, ciągle wozi ze sobą faktury. Otworzyłam, bo nudziłam się. I zobaczyłam swoje nazwisko. Halina Krawczyk. Mój PESEL. Mój adres. Formularz zgłoszeniowy do Domu Pomocy Społecznej w Pruszkowie.
Zamknęłam teczkę i wsunęłam ją z powrotem pod folię. Ręce mi drżały, ale kiedy Grzegorz wrócił z ładowarką i zapytał „Wszystko okej, mamo?", odpowiedziałam „Tak, jedźmy". I pojechaliśmy do tego Auchan. Kupowałam jogurty, chleb, ser żółty - a w głowie mi huczało jak w transformatorze.
Mam siedemdziesiąt dwa lata. Mieszkam sama od śmierci Tadeusza, który odszedł pięć lat temu na raka płuc. Dwupokojowe mieszkanie na Ochocie, trzecie piętro bez windy. Schody dają mi się we znaki, to prawda - kolano prawe mam do wymiany, jak mówi ortopeda. Ale chodzę. Gotuję. Sprzątam. W czwartki jeżdżę autobusem na targ na Banacha po warzywa. W niedziele chodzę na mszę do kościoła na Grójeckiej. Zapominam czasem, gdzie położyłam okulary, ale kto nie zapomina?
Grzegorz to mój jedyny syn. Ma czterdzieści osiem lat, żonę Beatę i dwóch synów - Kubę i Olka. Mieszkają w Pruszkowie, w domu z kredytem. To ważne - w Pruszkowie. Bo ten dom opieki z teczki też był w Pruszkowie. Przez chwilę pomyślałam, że to może przypadek, że on tylko się dowiadywał, zbierał informacje. Że może chciał mieć coś w zapasie, na wszelki wypadek. Ludzie tak robią, prawda? Planują na przyszłość.
Ale formularze były wypełnione. Starannym, pochyłym pismem Grzegorza, tym samym, którym pisał do mnie kartki na Dzień Matki. „Kochana Mamo, wszystkiego najlepszego." I tym samym pismem wpisał mój PESEL w rubrykę „dane osoby kierowanej".
Tydzień po zakupach w Auchan Grzegorz przyjechał do mnie sam, bez Beaty, bez chłopaków. To było dziwne - zwykle wpadał w soboty z całą rodziną, na godzinę, na szarlotkę, którą piekłam specjalnie. A tu środa, godzina czwarta po południu. Usiadł w kuchni, przy stole pod oknem, gdzie Tadeusz lubił czytać gazetę. Zdjął kurtkę, ale jej nie powiesił, trzymał na kolanach. Jakby nie był pewien, czy zostanie.
- Mamo, muszę z tobą porozmawiać.
Postawiłam przed nim herbatę. Wsypałam dwie łyżeczki cukru, jak lubi.
- To porozmawiaj - powiedziałam.
- Wiesz, że się o ciebie martwię. Te schody. Kolano. Ostatnio Beata dzwoniła i mówiła, że nie odbierałaś telefonu dwie godziny.
- Byłam na targu.
- Właśnie. Nie wiadomo gdzie, bez komórki, bo ją zostawiłaś w domu. A jakby ci się coś stało?
- To bym się podniosła. Albo ktoś by pomógł. Ludzie jeszcze pomagają.
Milczał chwilę. Kręcił łyżeczką w herbacie, choć cukier dawno się rozpuścił.
- Znalazłem miejsce. Taki ośrodek. Naprawdę ładny, mamo. Ogrody, pokoje jednoosobowe. Ktoś się wreszcie tobą zajmie, a ja będę miał spokojną głowę.
Patrzyłam na niego. Na te zmarszczki na czole, których nie miał jeszcze pięć lat temu. Na siwe włosy nad uszami. Mój syn. Moje jedyne dziecko, które nosiłam pod sercem dziewięć miesięcy i przy którym nie spałam przez pierwsze trzy lata, bo miał astmę.
- Wiem - powiedziałam.
Podniósł wzrok.
- Wiesz? Skąd?
- Widziałam teczkę w twoim aucie. Tydzień temu.
Zrobiło się cicho. Słychać było tylko zegar na ścianie - ten sam zegar, który Tadeusz kupił na targu staroci w Sandomierzu trzydzieści lat temu. Tykał jak zawsze. Odmierzał czas, który najwyraźniej zaczął się kończyć szybciej, niż myślałam.
- Mamo, ja nie chcę cię tam wsadzać na siłę. Ja tylko…
- Tylko wypełniłeś papiery moim nazwiskiem i PESEL-em, zanim ze mną porozmawiałeś.
Twarz mu się zmieniła. Widziałam to samo wyrażenie, kiedy miał dwanaście lat i złamał wazon w salonie - ten kryształowy, po babci Zofii. Strach zmieszany z poczuciem winy. Tylko że wtedy wystarczyło go przytulić.
- Beata mówiła, że powinienem mieć wszystko przygotowane, zanim z tobą porozmawiam. Żeby nie ciągnąć, żeby…
- Żeby mi trudniej było odmówić?
Nie odpowiedział. Napił się herbaty. Postawił kubek. Splótł ręce na stole, dokładnie jak jego ojciec.
- Mamo, ja pracuję po dwanaście godzin. Beata ma pełne ręce roboty z chłopakami. Kuba idzie do liceum, Olek kończy podstawówkę, wożenie, korepetycje. Nie dajemy rady jeszcze jeździć do ciebie co drugi dzień sprawdzać, czy żyjesz.
- Nikt was o to nie prosi.
- Ale ja i tak to robię! Bo się boję, mamo. Boję się, że pewnego dnia zadzwonię i nikt nie odbierze, a potem przyjadę i znajdę cię na podłodze w łazience.
Głos mu się załamał. Mój duży, silny syn, metr osiemdziesiąt pięć, ręce od dźwigania kabli - siedział w mojej kuchni i miał łzy w oczach. I ja poczułam coś, czego się nie spodziewałam. Nie złość. Nie żal. Poczułam wstyd. Jakbym swoim istnieniem tutaj, na tym trzecim piętrze bez windy, stanowiła dla niego problem, który trzeba rozwiązać. Złożyć w teczkę. Wypełnić formularz. Wstawić datę.
Pogłaskałam go po dłoni.
- Grzesiu, daj mi czas. Muszę to przemyśleć.
Kiwnął głową. Wytarł oczy wierzchem dłoni. Wstał, założył kurtkę.
- Nie gniewasz się?
- Idź już - powiedziałam. - Herbata ci wystygła.
Kiedy zamknęły się za nim drzwi, usiadłam przy tym samym stole i patrzyłam na zegar. Tykał. Tykał jak zawsze. Próbowałam sobie wyobrazić pokój jednoosobowy. Ogród, po którym spacerują ludzie w kapciach. Obiad o dwunastej, kolacja o osiemnastej. Telewizor w świetlicy. Pielęgniarka, która mówi „proszę pani" i podaje tabletki w plastikowym kubeczku.
A potem wyobraziłam sobie coś innego. Grzegorza, który jedzie do pracy o szóstej rano i myśli: „Czy mama się nie przewróciła? Czy wzięła leki? Czy zamknęła gaz?" Grzegorza, który kłóci się z Beatą, bo znowu musi w sobotę jechać do matki zamiast być z synami. Grzegorza, który za pięć lat, za dziesięć, będzie musiał zdecydować o czymś gorszym, bo ja wtedy naprawdę mogę nie dać rady.
Minął miesiąc. Nie rozmawialiśmy o teczce. W soboty przyjeżdżał z rodziną, jadł szarlotkę, chłopaki pokazywali mi coś na telefonie, Beata pytała o zdrowie. Normalnie. Jakby tamtej rozmowy w środę nie było.
Ale teczka gdzieś istniała. Z moim nazwiskiem. Z pustą rubryką na datę.
Wczoraj wieczorem zadzwoniłam do Grzegorza. Odebrał od razu, z niepokojem w głosie - bo dzwonię zwykle rano, a tu jedenasta w nocy.
- Mamo? Wszystko w porządku?
- Tak - powiedziałam. - Chciałam ci tylko powiedzieć, że pojadę obejrzeć ten ośrodek. Ale sama. Bez ciebie i bez Beaty. I niczego nie obiecuję.
Milczał kilka sekund. Potem powiedział cicho:
- Dobrze, mamo.
Rozłączyłam się i poszłam do kuchni nastawić czajnik. Za oknem Ochota układała się do snu - światła w blokach gasły jedno po drugim. Stałam z kubkiem w dłoni i myślałam o jednym: że w całej tej historii najgorsze nie są papiery. Najgorsze jest to, że nie wiem, czy jadę tam, żeby obejrzeć swój przyszły dom - czy żeby udowodnić synowi, że jeszcze nie musi mnie tam oddawać.
A może jedno nie wyklucza drugiego.