Dzieci zatrudniły mi „panią do pomocy", bo same nie mają czasu przyjeżdżać. Miła, uczynna. Tylko mój telefon coraz częściej „ładuje się" w drugim pokoju, a gdy dzwoni moja siostra, słyszę przez drzwi: „Pani Krysia teraz odpoczywa." Nie wiem, kto jej tak kazał.
Pierwszy raz usłyszałam to w piątek, jakieś trzy tygodnie temu. Leżałam na kanapie po obiedzie - nie spałam, po prostu leżałam z zamkniętymi oczami - a Agnieszka, ta pani do pomocy, rozmawiała w przedpokoju przyciszonym głosem. Poznałam ton mojej siostry Teresy nawet przez zamknięte drzwi. Teresa mówi głośno, zawsze mówiła głośno, nawet kiedy szeptała na lekcjach w podstawówce w Koninie. „Pani Krysia teraz odpoczywa" - powiedziała Agnieszka i dodała coś jeszcze, czego nie dosłyszałam. Potem cisza. Potem kliknięcie odłożonego telefonu.
Wstałam i wyszłam do przedpokoju. Agnieszka stała przy szafce na buty i układała moje kapcie równiutko, jeden obok drugiego.
- Kto dzwonił? - zapytałam.
- Oj, nikt ważny, pani Krysiu. Pomyłka chyba. Niech pani jeszcze poleży, herbatkę przyniosę.
Przyniosła herbatę. Z cytryną, tak jak lubię. Uśmiechała się ciepło. I może bym zapomniała, gdyby nie Teresa, która zadzwoniła do mnie następnego dnia rano, kiedy Agnieszki jeszcze nie było.
- Kryśka, próbowałam się wczoraj dodzwonić trzy razy. Ta twoja opiekunka mówi, że śpisz. O trzeciej po południu? Ty nigdy o trzeciej nie śpisz.
- Bo nie spałam - powiedziałam. I poczułam coś dziwnego. Niepokój, który nie miał jeszcze kształtu.
Mam siedemdziesiąt dwa lata. Mieszkam sama w dwupokojowym mieszkaniu na Gocławiu od sześciu lat, odkąd umarł Henryk. Henryk był kolejarzem, ja pracowałam w księgowości w spółdzielni mieszkaniowej - całe życie w tej samej, na Saskiej Kępie. Mamy z Henrykiem dwoje dzieci: Tomka, który jest informatykiem w Gdańsku, i Jolę, która prowadzi własny salon fryzjerski w Piasecznie. Oboje mają rodziny, oboje mają swoje życie. Kocham ich. Nie mam do nich pretensji. A przynajmniej nie miałam.
Agnieszka pojawiła się w moim życiu w styczniu. Jola przyjechała wtedy na niedzielny obiad i powiedziała, że z Tomkiem podjęli decyzję.
- Mamo, znaleźliśmy ci kogoś do pomocy. Na trzy razy w tygodniu. Gotowanie, sprzątanie, zakupy. Żebyś nie dźwigała siatek z Biedronki.
- Nie dźwigam. Biorę wózek na kółkach - odpowiedziałam.
- No właśnie, mamo. Wózek na kółkach. - Jola powiedziała to tak, jakby wózek na kółkach był dowodem mojej niemocy.
Nie chciałam opiekunki. Nie potrzebuję opiekunki. Mam artretyczne kolano i lekką cukrzycę, biorę trzy tabletki dziennie i chodzę na spacery do parku Skaryszewskiego. Czytam książki, oglądam „Barwy szczęścia", rozmawiam z Teresą. Nie jestem bezradna. Ale Jola z Tomkiem powiedzieli, że i tak płacą - że to ich prezent, że mam się nie martwić o pieniądze, że Agnieszka jest sprawdzona, polecona przez koleżankę Joli z salonu.
Agnieszka okazała się kobietą koło pięćdziesiątki. Szczupła, cicha, sprawna. W pierwszy tydzień umyła okna tak, że myślałam, że nie mam szyb. Gotowała porządnie - nie jakieś wymysły, normalne jedzenie: krupnik, kotlety mielone, kluski śląskie. Rozmawiałyśmy przy herbacie. Opowiadała o swoim synu, który studiuje w Lublinie. Wydawała się samotna. Polubiłam ją.
A potem zaczęły się te drobne rzeczy.
Najpierw telefon. Mój telefon, stara nokia, którą Tomek mi kupił, bo ma duże klawisze. Agnieszka zaczęła go zabierać do drugiego pokoju, mówiąc, że „lepiej się ładuje przy oknie". Nie kłóciłam się. Potem zaczęła odbierać, kiedy dzwonił. Mówiła, że chce mi oszczędzić wstawania. Raz wróciłam z łazienki, a ona rozmawiała z Jolą - normalnie, jakby to była jej córka. Kiedy zapytałam, o czym gadały, powiedziała: „Jola pytała, co pani jadła na obiad".
Potem wizyta Teresy. Teresa chciała przyjechać w środę, ale Agnieszka powiedziała jej przez telefon, że w środy mam rehabilitację. Nie mam żadnej rehabilitacji w środy. Mam rehabilitację we wtorki, w przychodni na Grochowskiej, i chodzę tam sama, bo to dziesięć minut piechotą.
- Dlaczego powiedziałaś mojej siostrze, że mam rehabilitację w środę? - zapytałam Agnieszkę wprost.
Patrzyła na mnie przez chwilę, a potem się uśmiechnęła.
- Oj, pani Krysiu, musiałam pomylić dni. Przepraszam. Zaraz zadzwonię do pani Teresy i poprawię.
Nie zadzwoniła. Sprawdziłam. Teresa powiedziała, że nikt nie dzwonił.
Zaczęłam obserwować. Cichutko, jak kiedyś na zebraniach w spółdzielni, kiedy trzeba było wyłapać, kto kradnie z kasy remontowej. Zauważyłam, że Agnieszka pisze SMS-y do Joli codziennie. Widziałam to raz, kiedy weszłam do kuchni bez zapowiedzi - szybko schowała swój telefon do kieszeni fartucha.
- Piszesz do mojej córki? - zapytałam.
- Jola prosi, żebym informowała, jak pani dzień mija. Żeby się nie martwić.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Bo to brzmiało rozsądnie. Troska. Córka się martwi o matkę. Normalne. A jednak coś mnie gryzło. To uczucie, kiedy wszystko wygląda w porządku, ale na dnie żołądka masz kamień.
Zadzwoniłam do Tomka. Odebrał po piątym sygnale, jak zwykle zajęty.
- Mamo, coś się stało?
- Tomek, po co ta Agnieszka kontroluje moje telefony? Po co mówi Teresie, że śpię, kiedy nie śpię?
Cisza. Długa, niewygodna cisza.
- Mamo, my z Jolą... my poprosiliśmy Agnieszkę, żeby trochę... no wiesz... pilnowała, z kim rozmawiasz i jak często. Teresa cię nakręca. Opowiada ci o spadku po wujku Stefanie, o pieniądzach, i Jola się boi, że...
- Że co? - przerwałam mu. Głos mi się trzęsł, choć nie chciałam, żeby się trzęsł.
- Że podejmiesz jakąś decyzję, której potem będziesz żałować. To nie kontrola, mamo. To troska.
Troska. To słowo wracało jak refren. Troska, troska, troska.
Odłożyłam telefon i usiadłam przy kuchennym stole. Na blacie stał kubek po herbacie, którą zrobiła mi Agnieszka. Na ścianie wisiał zegar, który Henryk kupił na targu w Zakopanem trzydzieści lat temu. Cykał równo, spokojnie, jakby nic się nie działo. A ja siedziałam i myślałam o tym, jak to jest, kiedy twoje dzieci zatrudniają kogoś, żeby cię pilnował. Nie żeby ci pomagał - żeby pilnował. I mówią, że to miłość.
Teresa dzwoni do mnie teraz rano, przed ósmą, zanim Agnieszka przyjdzie. Rozmawiamy szeptem, szybko, jakbyśmy robiły coś zakazanego. Moja siostra. Siedemdziesiąt pięć lat. Szepcze do telefonu we własnym mieszkaniu, bo boi się, że ktoś podsłucha.
Wczoraj wieczorem napisałam do Joli SMS-a. Krótkiego, trzema palcami, na tej mojej dużej nokii: „Kocham Cię, córeczko. Ale proszę, odwołaj Agnieszkę. Chcę sama decydować, z kim rozmawiam i kiedy."
Jola odpisała po godzinie: „Mamo, porozmawiamy w niedzielę. Agnieszka zostaje. To dla Twojego dobra."
Siedzę teraz przy oknie i patrzę na kasztany, które właśnie zakwitły na podwórku. Jest maj. Piękny, ciepły maj. Za dwie godziny przyjdzie Agnieszka z zakupami. Przyniesie świeże bułki i ser żółty, bo wie, co lubię. Uśmiechnie się. Zapyta, jak się czuję. Zabierze telefon do drugiego pokoju.
A ja nie wiem, co zrobić. Bo jeśli się postawię - stanę się tą trudną, starą matką, którą dzieci będą miały kolejny powód kontrolować. A jeśli nie - to powoli przestanę być sobą.