Płacę rachunki za mieszkanie po mężu - „stoi puste, ale szkoda sprzedać". W aplikacji licznika widzę, że prąd schodzi tam codziennie, najwięcej wieczorami. Klucze ma tylko bratanek męża. „Wpadam czasem podlać kwiaty" - tłumaczył. Kwiatów tam nigdy nie było.
Rachunki przyszły w poniedziałek rano, jak zwykle - papierowe, bo Henryk nigdy nie przepisał się na e-fakturę. Siedziałam przy kuchennym stole, herbata z cytryną stygła w kubku z napisem „Najlepsza Babcia", a ja wpatrywałam się w cyfry na rozliczeniu prądu. Dwieście osiemnaście złotych za dwa miesiące. Za puste mieszkanie, w którym nie pali się światło, nie działa lodówka, bo ją odłączyłam, i nie grzeje piecyk, bo sezon grzewczy się skończył.
Sprawdziłam w aplikacji, którą zainstalowała mi córka Magda, kiedy tłumaczyła, że wszystko da się kontrolować przez telefon. I rzeczywiście - dało się. Na wykresie zużycia widziałam regularne słupki. Codziennie od szesnastej do dwudziestej drugiej prąd schodził. Nie dużo, ale stale. Jakby ktoś włączał lampę, telewizor, ładował telefon. Jakby ktoś tam mieszkał.
Henryk odszedł w listopadzie, półtora roku temu. Rak trzustki, osiem tygodni od diagnozy do pogrzebu. Mieszkanie na Grochowie - kawalerka trzydzieści dwa metry, drugie piętro, blok z wielkiej płyty - zostało po nim jak fragment zdania urwanego w połowie. Henryk kupił je jeszcze za młodu, zanim się pobraliśmy. Później się do mnie wprowadził, na Bielany, a kawalerkę wynajmował. Ostatni najemca wyprowadził się na dwa lata przed śmiercią Henryka i od tamtej pory lokal stał pusty.
- Mamo, po co ci to mieszkanie? - pytała Magda przy każdej niedzielnej kawie. - Sprzedaj, wpłać na lokatę, jedź gdzieś z Danką na sanatorium.
Ale ja nie potrafiłam. To był ostatni kawałek Henryka, którego mogłam dotknąć. Ściany, które malował. Kontakty, które sam wymieniał. Widok z okna na ten sam kasztan, który pamiętał nasze pierwsze randki. Płaciłam czynsz i rachunki jak za grób na cmentarzu - żeby było utrzymane, czyste, niczyje.
Klucze miałam ja. I Darek, bratanek Henryka. Henryk dał mu zapasowy komplet lata temu, jeszcze za życia, bo Darek mieszkał niedaleko i „jakby co, to wpadnie sprawdzić". Darek miał trzydzieści sześć lat, pracował jako elektryk, był cichy, uprzejmy, zawsze pomagał mi wnieść zakupy na trzecie piętro. Na pogrzebie Henryka płakał jak dziecko. Lubiłam go. Ufałam mu.
Zadzwoniłam do niego w środę wieczorem. Próbowałam mówić lekkim tonem, jakby to było nic.
- Darek, słuchaj, przyszły rachunki za prąd z Grochowa. Jakoś dużo jak na puste mieszkanie. Nie wiesz, co tam może ciągnąć?
Cisza. Dwie sekundy, trzy. Potem odchrząknięcie.
- A, bo ja tam wpadam czasem. Podlać kwiaty, przewietrzyć. Pewnie zostawiłem coś włączone, przepraszam, ciociu.
Kwiaty. Na parapecie w kawalerce Henryka nigdy nie stał żaden kwiat. Henryk nie znosił roślin doniczkowych - mówił, że go duszą. Ja to wiedziałam. Darek to wiedział. Ale powiedział „kwiaty" i najwyraźniej liczył na to, że nie będę drążyć.
Przez tydzień nie drążyłam. Chodziłam na zakupy, pilnowałam wnuczki Oli, kiedy Magda była w pracy, gotowałam rosół na niedzielę. Ale każdego wieczoru otwierałam aplikację i patrzyłam na te słupki. Rosły. Szesnasta, siedemnasta, osiemnasta - prąd szedł. Ktoś tam był. Regularnie.
W następny piątek pojechałam na Grochów. Nie zadzwoniłam do Darka. Nie powiedziałam Magdzie. Wsiadłam w autobus o piętnastej, żeby być przed szesnastą, przed tymi słupkami na wykresie. Klatka schodowa pachniała tym samym co zawsze - starym tynkiem i płynem do mycia podłóg. Weszłam na drugie piętro. Stanęłam pod drzwiami.
I usłyszałam telewizor.
Nie głośno. Stłumiony dźwięk, jakby ktoś ściszył, żeby nie przeszkadzać sąsiadom. Szum wiadomości albo serialu. Poczułam, jak mi się nogi robią miękkie. Stałam pod własnymi drzwiami i nie wiedziałam, czy zapukać, czy uciekać.
Zapukałam.
Cisza. Telewizor zamilkł. Potem kroki, szybkie, lekkie. Zamek się obrócił. W drzwiach stanęła dziewczyna. Dwadzieścia parę lat, ciemne włosy ściągnięte w kucyk, za duża bluza, bose stopy. Patrzyła na mnie tak, jakbym była duchem.
- Kim pani jest? - wyszeptała.
- To moje mieszkanie - odpowiedziałam i dopiero kiedy to powiedziałam, poczułam, że mam suche gardło i trzęsą mi się ręce. - A kim ty jesteś?
Nazywała się Kasia. Pracowała jako sprzedawczyni w drogerii na dole, na parterze tego samego bloku. Była z Dariuszem - z Darkiem. Od pół roku. Darek nie miał gdzie jej zabrać, bo sam mieszkał z matką w dwupokojowym na Pradze, a Kasia wynajmowała pokój z dwiema współlokatorkami. Więc Darek dał jej klucz do kawalerki Henryka. „Tylko na chwilę", mówił. „Ciotka nie sprawdza, nie przyjeżdża". Kasia przychodziła tu po pracy, zostawała na noc, rano szła na zmianę do drogerii. Miała tu szczoteczkę do zębów, kubek, poduszkę i koc.
Nie wyglądała na osobę, która chciała mnie okraść. Wyglądała na osobę, która się bała.
- Proszę, niech pani nie dzwoni na policję - powiedziała cicho. - Ja się wyprowadzę. Dzisiaj. Nie wiedziałam, że… Darek mówił, że to jego mieszkanie po wujku.
Usiadłam na krześle Henryka, jedynym meblu, który tam został oprócz tapczanu i regału. Kasia stała w drzwiach do kuchni i skubała rękaw bluzy.
- Darek mówił, że to jego? - powtórzyłam.
Skinęła głową.
Więc nie tylko klucze wziął. Wziął też historię. Opowiedział tej dziewczynie, że odziedziczył mieszkanie po wujku, że jest jego, że może tu ktoś zamieszkać, i pewnie przy okazji wyglądał na kogoś, kto ma coś do zaoferowania. Nie złodziej, nie oszust - po prostu ktoś, kto chciał wypaść lepiej, niż był.
Zadzwoniłam do niego stamtąd. Odebrał po czwartym sygnale.
- Darek, jestem na Grochowie. Siedzę w mieszkaniu Henryka. Z Kasią.
Znowu ta cisza. Dłuższa niż przez telefon w środę. Słyszałam, jak oddycha. Potem powiedział:
- Ciociu, ja mogę wszystko wytłumaczyć.
- Nie jestem twoją ciocią - powiedziałam i sama się zdziwiłam, jak spokojnie mi to wyszło. - Możesz wytłumaczyć, czemu okłamałeś mnie i tę dziewczynę?
Przyjechał po dwudziestu minutach. Stał w przedpokoju z rękami wzdłuż ciała i mówił cicho - że nie chciał kraść, że to miało być tymczasowe, że Kasia nie miała gdzie, że on nie miał gdzie jej zabrać, że mieszkanie i tak stoi puste, że rachunki chciał mi oddać, tylko nie wiedział jak zacząć. Mówił i mówił, a ja patrzyłam na niego i widziałam Henryka - ten sam kształt twarzy, te same ręce, tę samą tendencję do tłumaczenia się bez końca zamiast powiedzenia prostego „przepraszam".
Kasia pakowała swoje rzeczy do reklamówki z Biedronki. Niewiele tego było. Kubek, poduszka, ładowarka, kosmetyczka.
Powiedziałam jej, żeby usiadła. Powiedziałam Darkowi, żeby usiadł. Postawiłam czajnik - Henryk zostawił stary, biały, z odłupaną rączką - i zrobiłam herbatę. Trzy kubki. Jeden z nich należał do Kasi, różowy z jednorożcem, zupełnie niepasujący do tej kawalerki.
Piliśmy w milczeniu. Za oknem kasztan kwitł na biało.
- Chcę, żebyś mi oddał klucze, Darek - powiedziałam w końcu.
Położył je na stole bez słowa. Kasia wstała, wzięła reklamówkę.
- Niech pani poczeka - powiedziałam. Sama nie wiedziałam, co chcę dodać. Ale spojrzałam na tę dziewczynę, na jej bose stopy w cudzym mieszkaniu, na kubek z jednorożcem i pomyślałam o Henryku, który trzydzieści pięć lat temu też nie miał gdzie mnie zabrać, więc zabrał mnie tutaj, do tej samej kawalerki, i obiecał, że to tymczasowo.
Nie dokończyłam zdania. Wyjęłam z torebki klucze, te same, które Darek właśnie oddał, i położyłam je na środku stołu między trzema kubkami herbaty.
Do dziś nie wiem, czy to zrobiłam dla Kasi, dla Darka, dla Henryka, czy po prostu dlatego, że puste mieszkanie z zużywającym się prądem wciąż jest mniej puste niż to samo mieszkanie bez nikogo.