Leżałam dwa tygodnie po operacji biodra. Dzieci mówiły, że wpadały, „ale akurat spałaś". Przy wypisie pielęgniarka dała mi do podpisu książkę odwiedzin. Jedno nazwisko na czternaście dni: sąsiadka Krysia. Trzy razy.
Przeczytałam te zapisy trzy razy, jakbym liczyła pieniądze w portfelu po zakupach - sprawdzając, czy się nie pomyliłam. Ale nie pomyliłam się. Pismo Krysi znałam dobrze, bo od lat wymieniałyśmy się przepisami na karteczkach. 4 maja, 8 maja, 12 maja. Godziny popołudniowe. I nic więcej. Żadnego „Nowak Ewa", żadnego „Nowak Tomasz", żadnego „Nowak-Kasprzyk Agnieszka". Moje troje dzieci - niewidoczne.
Pielęgniarka Magda, ta młodsza, z warkoczem, patrzyła na mnie, kiedy wertowałam te strony. Chyba widziała coś w mojej twarzy, bo powiedziała cicho: - Pani Halino, czasem rodziny dzwonią zamiast przychodzić. Teraz tak mają ludzie.
Pokiwałam głową, bo co miałam powiedzieć. Że moje dzieci mieszkają w Poznaniu? Że Ewa jest cztery przystanki tramwajem, Tomek dziesięć minut samochodem, a Agnieszka - no, Agnieszka to faktycznie w Swarzędzu, ale i tak nie na końcu świata? Nie powiedziałam nic. Schowałam książkę odwiedzin do torby, bo Magda i tak już ją podpisała za mnie. I pojechałam do domu. Krysia czekała pod blokiem z taksówką.
- Halinka, uważaj na ten krawężnik, jest wysoki jak cholera - powiedziała, podając mi rękę. W drugiej trzymała reklamówkę z Biedronki. - Rosół ci zrobiłam na jutro. Wiem, wiem, pewnie ci dzieci pełną lodówkę naładowały, ale mój jest z prawdziwą pietruszką, nie z tych kostek.
Nie powiedziałam jej, że lodówka jest pusta. Że dzieci „wpadały" tylko w moich rozmowach telefonicznych z pielęgniarkami, kiedy pytały, kto się mną zajmie po wypisie. „Córka przyjedzie", mówiłam. „Syn wszystko załatwi". Tak mi było łatwiej.
Nazywam się Halina Nowak, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzydziestu ośmiu mieszkam na tym samym osiedlu na poznańskich Ratajach. Trzecie piętro, blok z wielkiej płyty, winda, która działa co drugi tydzień. Przez dwadzieścia lat pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej, a potem przeszłam na wcześniejszą emeryturę, bo kolano i biodro zaczęły wymawiać posłuszeństwo. Kazimierz - mój mąż - umarł siedem lat temu na raka płuc. Nie palił. Ironia losu, jak mówił doktor. Od tego czasu jestem sama. To znaczy - myślałam, że nie jestem, bo przecież mam troje dzieci.
Ewa, najstarsza, czterdzieści lat, pracuje w banku. Tomek, trzydzieści siedem, jest elektrykiem z własną firmą. Agnieszka, trzydzieści trzy, siedzi z dwójką małych dzieci. Każde ma swoje życie, swoje problemy, swoje wymówki. Przez lata to akceptowałam, bo matka przecież rozumie. Matka nie narzeka. Matka sobie poradzi.
Tylko że po operacji biodra matka nie mogła sama dojść do łazienki.
Operacja była planowa, od pół roku stałam w kolejce na NFZ. Dzieci wiedziały. Ewa powiedziała: „Mamo, wezmę urlop, nie martw się". Tomek: „Będę codziennie". Agnieszka przysłała esemesa z serduszkiem i napisała: „Trzymam kciuki, mamuś". W dniu operacji zadzwoniła tylko Krysia. Spytała, który oddział, która sala, i czy lubię winogrona czy brzoskwinie.
Pierwszych dni po zabiegu niewiele pamiętam, bo leki robiły swoje. Ale od trzeciego dnia zaczęłam wyglądać na korytarz, czy ktoś idzie. Piątego dnia zadzwoniłam do Ewy.
- Mamo, byłam u ciebie we wtorek, ale spałaś - powiedziała szybko. - Pielęgniarka kazała ci nie przeszkadzać.
- Spałam? - zdziwiłam się, bo we wtorek akurat nie zmrużyłam oka do północy od bólu.
- No, tak mi powiedziały. Słuchaj, muszę lecieć, mam spotkanie. Zadzwonię wieczorem.
Nie zadzwoniła. Tomek odebrał dopiero następnego dnia i powiedział to samo: „Wpadałem, ale akurat spałaś". Jakby się umówili na tę jedną wersję. Agnieszka napisała: „Mały ma anginę, nie mogę z nim do szpitala, bo jeszcze się zarazi". Miało to sens. Wszystko miało sens, jeśli chciałam, żeby miało.
A potem przyszła Krysia. Z winogronami, z gazetą „Tina" i z kawałkiem własnego sernika. Usiadła na krześle przy łóżku i powiedziała: - No, Halinka, opowiadaj. Jak ci tu karmią? Bo wyglądasz jak po diecie, nie po operacji.
Siedziała godzinę. Drugiego razu przyniosła mi kapcie, bo zapomniałam swoich. Za trzecim razem przyszła z kremem do rąk, bo zauważyła, że mam suchą skórę od szpitalnego mydła. Krysia nie jest moją rodziną. Krysia jest sąsiadką z drugiego piętra, z którą od piętnastu lat plotkujemy na klatce schodowej i pożyczamy sobie cukier.
Pierwszą noc w domu spędziłam z rosołem Krysi i z książką odwiedzin, którą zabrałam ze szpitala. Nie wiem, po co. Może żeby mieć dowód. Bo kiedy powiedziałam Ewie przez telefon: „Nikt z was nie przyszedł ani razu" - zapadła cisza, a potem usłyszałam: „Mamo, nie dramatyzuj. Byłam, ale spałaś. Ja nie będę się kłócić, bo mam migrenę".
Zamknęłam wtedy oczy i pomyślałam o Kazimierzu. O tym, jak przed śmiercią powiedział: „Halina, dzieci cię kochają, tylko nie umieją tego okazać. Nie bądź na nie za twarda". Starałam się, Kazimierzu. Trzydzieści osiem lat się starałam.
Tydzień po wypisie Tomek w końcu przyjechał. Stanął w drzwiach z torbą jabłek i z wyrazem twarzy człowieka, który wie, że jest za późno, ale liczy na to, że matka i tak przebaczy. Bo matka zawsze przebacza.
- Mamo, przepraszam - powiedział. - Robota mnie zjadła. Wiesz, jaki jest maj, wszyscy remontują.
Zrobiłam mu herbatę. Postawiłam cukiernicę. Usiadł przy stole, gdzie siedział zawsze, od dziecka - przy oknie, plecami do kaloryfera.
- Tomek - powiedziałam spokojnie. - Leżałam tam czternaście dni. Jedyna osoba, która mnie odwiedziła, to Krysia z drugiego piętra.
- Mamo, no nie przesadzaj, Ewa mówiła, że była...
- Mam książkę odwiedzin - przerwałam mu. - Każdy, kto wchodzi na oddział, się wpisuje. Chcesz zobaczyć?
Nie chciał. Wiedziałam, że nie będzie chciał. Patrzył na swoje jabłka, jakby szukał w nich odpowiedzi. Potem powiedział cicho: - To co teraz?
I to było dobre pytanie. Co teraz? Mogłam zrobić to, co robiłam zawsze - machnąć ręką, powiedzieć „nieważne", nałożyć mu jeszcze ciastka i zmienić temat. Trzydzieści osiem lat tak robiłam. Kazimierz by powiedział: „Daj spokój, Halina, to twoje dzieci".
Ale Kazimierza nie ma. A ja siedzę tu z biodrem na śrubach i z jednym nazwiskiem w książce odwiedzin.
- Nie wiem, Tomek - powiedziałam w końcu. - Naprawdę nie wiem.
I chyba pierwszy raz w życiu to była prawda, a nie dyplomacja. Tomek wyszedł po godzinie. Umył za sobą kubek, co nigdy wcześniej nie robił. Na klatce schodowej spotkał Krysię - słyszałam, jak się przywitali. Krótko, zdawkowo.
Wieczorem Ewa napisała: „Mamo, Tomek dzwonił. Musimy pogadać we troje. Może w sobotę?". Nie odpisałam od razu. Stałam przy oknie, z którego widać dach szkoły na Ratajach, i patrzyłam, jak Krysia wychodzi z psem na spacer. Pomachała mi. Pomachałam jej.
Sobota była trzy dni temu. Nie przyszli. Agnieszka napisała, że mały znowu choruje. Ewa, że coś jej wypadło w pracy. Tomek nie napisał nic.
Dzisiaj rano zadzwoniła Krysia i spytała, czy mam ochotę na kawę. Powiedziałam, że tak. Siedziałyśmy w mojej kuchni, piłyśmy rozpuszczalną z mlekiem, i Krysia opowiadała o swojej córce, która dzwoni codziennie z Gdańska - codziennie, od lat.
Nie powiedziałam jej o sobocie. Nie musiałam. Krysia popatrzyła na mnie i powiedziała tylko: - Halinka, wiesz co? Ludzie to nie są tacy, jacy powinni być. Są tacy, jacy są.
Leżałam potem na kanapie z kocem i myślałam o jednym: czy ta sobota, która nie doszła do skutku, jest jeszcze wymówką - czy już odpowiedzią.