Na święta wnuk zrobił mi „niespodziankę" - z głośnika odezwał się głos dziadka, zmarłego rok temu. Sztuczna inteligencja złożyła go z jego starych nagrań. „No powiedz mu coś, babciu!" - cieszył się wnuk. Nie chciałam rozmawiać z maszyną, która podszywa się pod jego głos.
Stałam wtedy przy kuchence, mieszając barszcz. Wigilia, dwudziesty czwarty grudnia, cały dom pachniał grzybami i ciastem drożdżowym, które rano wsadziłam do piekarnika. Wszystko było tak, jak co roku. Biały obrus, dwanaście potraw, słomka pod serwetą. Wszystko oprócz jednego - pustego miejsca przy stole, które nakryłam z przyzwyczajenia, a może z nadziei, że tradycja złagodzi ból.
Kuba, mój dwudziestoletni wnuk, student informatyki na Politechnice Wrocławskiej, przyjechał dzień wcześniej. Wnuki Zbyszka i moje - troje ich jest - ale to Kuba był zawsze dziadkowi najbliższy. Razem naprawiali rower na działce, razem majstrowali przy starym radiu w garażu. Kuba nagrywał dziadka telefonem przy każdej okazji. „Na pamiątkę" - mówił. Nie wiedziałam wtedy, że te nagrania posłużą do czegoś więcej niż wspomnienia.
- Babciu, chodź, usiądź - Kuba ciągnął mnie za rękę do pokoju, a w oczach miał ten sam błysk, co w dzieciństwie, gdy przynosił mi rysunek z przedszkola. - Mam dla ciebie prezent. Najlepszy na świecie, zobaczysz.
Usiadłam w fotelu Zbyszka. Rok po pogrzebie wciąż mówiłam „fotel Zbyszka", choć nikt inny w nim nie siadał. Kuba postawił przede mną mały szary głośnik, tego typu, co to się łączy z telefonem. Pochylił się nad ekranem, stukał palcami.
- Gotowe - powiedział cicho, a potem głośniej, z dumą: - Babciu, posłuchaj.
I wtedy usłyszałam głos. Głos Zbyszka. Ten sam niski baryton, lekko zachrypnięty, z charakterystycznym przeciąganiem samogłosek, jakby każde słowo smakował, zanim je wypuścił z ust. „Halinka, kochana moja, wesołych świąt ci życzę. Barszcz pewnie już gotowy, co? Zostaw mi trochę uszek, bo wiesz, że lubię."
Zamarłam. Dłonie zacisnęłam na podłokietnikach tak mocno, że zbielały mi knykcie. To nie było nagranie. To nie był żaden znany mi fragment. Te słowa Zbyszek nigdy nie powiedział - a jednocześnie brzmiały dokładnie tak, jakby mógł je powiedzieć. Każda pauza, każdy oddech, nawet ten jego zwyczaj chrząkania przed dłuższym zdaniem.
- To sztuczna inteligencja, babciu! - Kuba promieniał. - Wrzuciłem wszystkie nagrania dziadka, te z telefonu, z filmików, pamiętasz jego toast na mojej osiemnastce? I program się nauczył jego głosu. Mogę mu wpisać dowolny tekst i on mówi głosem dziadka. Mogę nawet ustawić, żeby z tobą rozmawiał, tak na żywo! No powiedz mu coś, babciu!
Patrzyłam na wnuka i widziałam, że on naprawdę myśli, że zrobił coś pięknego. Że to prezent z serca, hołd dla dziadka, który odszedł rok temu w lutym - cicho, we śnie, tak jak żył, bez robienia scen. Widziałam w oczach Kuby łzy wzruszenia i miłość. Tę samą miłość, z jaką Zbyszek patrzył na niego, gdy jako pięciolatek budował wieże z klocków na dywanie w tym samym pokoju.
Ale ja nie mogłam nic powiedzieć. Nie do tego głośnika.
- Wyłącz to - powiedziałam. Cicho, spokojnie, ale Kuba znał mnie na tyle, żeby wiedzieć, że ten spokój jest gorszy niż krzyk.
- Babciu, ale...
- Kubusiu. Wyłącz to. Proszę.
Twarz mu się zmieniła. Radość zgasła jak zdmuchnięta świeczka. Stukał w telefon, głośnik umilkł. W pokoju zostało tylko tykanie zegara ściennego - tego samego, który Zbyszek powiesił trzydzieści lat temu, przeklinając krzywe ściany w naszym bloku na Bielanach.
Kuba wyszedł do kuchni bez słowa. Słyszałam, jak rozmawia ściszonym głosem z moją córką Renatą, swoją matką. „Nie spodobało się jej." „Mówiłam ci, że to zły pomysł." „Ale mamo, pracowałem nad tym dwa miesiące!"
Dwa miesiące. Mój wnuk poświęcił dwa miesiące, żeby złożyć mi ten prezent. Poczułam ukłucie w piersi - nie serca, bo serce mi akurat zdrowe, ostatni kardiolog na NFZ-cie sam się zdziwił - ale coś bardziej bolesnego. Poczucie, że skrzywdziłam kogoś, kto chciał dobrze.
Wigilia przebiegła cicho. Dzieliliśmy się opłatkiem, składaliśmy życzenia. Renata ściskała mi dłoń dłużej niż zwykle. Kuba jadł barszcz, chwalił uszka, ale unikał mojego wzroku. Kiedy reszta rodziny pojechała na pasterkę, zostałam sama. Tak jak co wieczór od roku.
Usiadłam w fotelu Zbyszka. Głośnik stał na stoliku, tam gdzie go Kuba zostawił. Mały, szary, niewinny przedmiot. A ja myślałam o Zbyszku. O prawdziwym Zbyszku, nie o cyfrowym echu. O tym, jak w ostatni Sylwester przed śmiercią stanął w kuchni o drugiej w nocy, bo nie mógł spać, i powiedział: „Halinka, wiesz co, dobrze z tobą było." I poszedł do łóżka. Tyle. Żadnych wielkich słów, żadnego pożegnania. Zbyszek nigdy nie mówił więcej niż trzeba.
A ta maszyna gadała za niego. Wymyślała mu słowa, których by nie powiedział. „Kochana moja" - Zbyszek tak do mnie mówił może ze trzy razy w życiu. Na ślubie, po narodzinach Renaty i tamtego Sylwestra. Ta maszyna zaś szafowała czułością jak tani romans. To nie był Zbyszek. To był ktoś, kogo Kuba chciał, żeby Zbyszek był.
Ale potem pomyślałam o czymś innym. O tym, że Kuba ma dwadzieścia lat i śmierć dziadka była pierwszą śmiercią w jego życiu. Że może ta maszyna to nie prezent dla mnie. Może to był prezent dla niego samego. Sposób, żeby dziadek nie odszedł do końca. Żeby gdzieś w głośniku, w kodach, w programie - jeszcze istniał.
Na drugi dzień rano, w Boże Narodzenie, znalazłam Kubę w kuchni. Parzył kawę w moim starym ekspresie, który Zbyszek kupił na promocji w Biedronce pięć lat temu i który wciąż działał, choć pluł i charczał jak astmatyk.
- Kubusiu - powiedziałam. - Pokaż mi te nagrania. Oryginalne. Te prawdziwe.
Patrzył na mnie niepewnie, ale sięgnął po telefon. Przez następną godzinę siedzieliśmy na kanapie i słuchaliśmy Zbyszka. Prawdziwego Zbyszka. Jak opowiada dowcip na osiemnastce i sam się śmieje przed puentą. Jak tłumaczy Kubie, że klucz płaski czternastka to nie to samo co dwunastka. Jak krzyczy na telewizor podczas meczu. Jak cicho mówi „no, dobranoc" i słychać skrzypienie drzwi.
Płakaliśmy oboje. Kuba pierwszy raz przy mnie.
Potem poszedł się umyć i wrócił z czerwonymi oczami, udając, że nic się nie stało. Zupełnie jak Zbyszek po pogrzebie swojej matki w dziewięćdziesiątym trzecim.
- Babciu - powiedział, siadając obok. - Przepraszam za wczoraj. Nie pomyślałem.
Pogłaskałam go po włosach, choć musiałam sięgnąć wysoko, bo wyrósł mi na metr osiemdziesiąt pięć.
- Pomyślałeś - odpowiedziałam. - Tylko pomyślałeś po swojemu.
Ten mały szary głośnik stoi teraz w szufladzie w moim pokoju, pod stertą pościeli. Nie wyrzuciłam go. Nie włączyłam też. Czasem otwieram szufladę, patrzę na niego i zastanawiam się, czy przyjdzie taki wieczór, że będę na tyle samotna albo na tyle słaba, żeby jednak chcieć usłyszeć ten głos. Nawet jeśli to nie on.
I nie wiem, czy bardziej boję się, że ten wieczór nadejdzie - czy że nie nadejdzie nigdy.