Przez przypadkowo włączony telefon usłyszałam, jak wnuczek pyta matkę: „To babcia umiera, czy tylko choruje?". Córka odpowiedziała półgłosem: „Ciszej, bo jak się obrazi, jeszcze przepisze wszystko komuś innemu".
Siedziałam przy kuchennym stole z telefonem przy uchu i sernikiem na talerzyku, który właśnie kroiłam dla Kuby. Zadzwoniłam do córki, żeby zapytać, o której go przywiezie w sobotę. Marta odebrała, powiedziała „moment, mamo" - i chyba myślała, że się rozłączyła. Ale nie rozłączyła się. A ja słuchałam. Każde słowo wbijało się w mnie jak szpilka, powoli, precyzyjnie, do samego końca.
Kubusia głos był cienki, trochę przestraszony. Miał siedem lat i pytał tak, jak pytają dzieci - wprost, bez owijania. Ale to nie jego słowa mną wstrząsnęły. To odpowiedź Marty. Ten półszept, ten ton. Jakby mówiła o pogodzie. Jakby przeliczała w głowie, co jest warte więcej - moje mieszkanie na Bielanach czy działka pod Piasecznem.
Odłożyłam telefon na stół. Herbata stygła. Sernik leżał niedokrojony. Patrzyłam na swoje dłonie - te same dłonie, które dwadzieścia osiem lat temu trzymały Martę po porodzie, które szyły jej sukienkę na studniówkę, które przez ostatnie siedem lat pilnowały Kubę co drugi weekend, żeby ona mogła „odpocząć". I te dłonie teraz drżały.
Mam na imię Krystyna, mam sześćdziesiąt cztery lata i od roku leczę się na tarczycę. Nie umieram. Chociaż po tym, co usłyszałam, przez chwilę miałam wrażenie, że coś we mnie jednak właśnie umarło.
Zaczęło się niewinnie, pół roku temu. Endokrynolog w przychodni na Żoliborzu powiedział, że wyniki nie wyglądają dobrze, trzeba pogłębić diagnostykę. Skierowanie do szpitala, biopsja, czekanie na wyniki. Znałam to z doświadczenia koleżanek - ta huśtawka między „pewnie nic" a „a jeśli jednak". Wyniki przyszły po trzech tygodniach. Guzek łagodny, ale tarczyca do leczenia, leki, regularne kontrole. Ulga. Powiedziałam Marcie tego samego dnia.
- Mamo, a to poważne? - zapytała wtedy, i słyszałam w jej głosie coś, co wzięłam za troskę.
- Nie, córeczko. Leki, kontrole, będzie dobrze - odpowiedziałam.
- No to dobrze. Słuchaj, a mogłabyś w piątek wziąć Kubę? Bo z Darkiem jedziemy na weekend do Zakopanego.
Wzięłam Kubę. Jak zawsze. Piekłam mu naleśniki z serem, chodziłam z nim do parku na Bielanach, czytałam na dobranoc. Kochałam te weekendy. Kuba pachniał szamponem truskawkowym i ciągle pytał o wszystko - dlaczego niebo jest niebieskie, dlaczego koty mruczą, dlaczego babcia bierze tyle tabletek. Tłumaczyłam cierpliwie. Widocznie moje tłumaczenia nie wystarczyły, skoro potem pytał matkę, czy umieram.
Ale wróćmy do Marty. Moja córka. Jedyne dziecko - bo Zbyszek, mój mąż, zmarł, kiedy Marta miała dwanaście lat. Wylew. Nagle, bez ostrzeżenia, w warsztacie samochodowym na Woli, gdzie pracował od młodości. Zostałam sama z dzieckiem, z kredytem na mieszkanie i z pracą w księgowości w zakładzie na Żeraniu, który dwa lata później zbankrutował. Jakoś dałam radę. Dorabiałam po godzinach, szyłam firany na zamówienie, pilnowałam sąsiadkom dzieci. Marta nie narzekała. Ale może właśnie wtedy nauczyła się liczyć - co ile kosztuje, co się opłaca, kto za co płaci.
Wyszła za Darka, kiedy miała dwadzieścia pięć lat. Darek - porządny chłopak, informatyk, dobrze zarabiał. Kupili mieszkanie na Ursynowie, nowe, ładne, z balkonem na południe. A potem przyszedł Kuba i wszystko się niby ułożyło. Niby. Bo Marta zaczęła się zmieniać. Albo raczej - ja zaczęłam to dostrzegać.
Najpierw drobne rzeczy. Że dzwoniła głównie wtedy, kiedy czegoś potrzebowała. Że na Wigilię przyjeżdżała z gotowym planem - „mamo, nie rób sześciu dań, wystarczą trzy" - jakby moja Wigilia była problemem do optymalizacji. Że kiedy zaproponowałam, żeby Kuba zostawał u mnie na lato, odpowiedziała: „Mamo, przecież nie dasz rady, w twoim wieku". W moim wieku. Sześćdziesiąt trzy lata to nie jest „wiek". Moja matka w tym wieku kopała grządki na działce i nosiła skrzynki jabłek.
Potem zaczęły się pytania o mieszkanie. Niby od niechcenia, niby przy okazji.
- Mamo, a gdybyś kiedyś chciała coś zmienić, to pamiętaj, że u notariusza trzeba wcześniej umówić termin - powiedziała kiedyś Marta, mieszając cukier w kawie.
- Zmienić? Co zmienić? - nie zrozumiałam.
- No, na przykład przepisać mieszkanie. Żeby potem nie było problemów z podatkami i spadkiem. Krysia z mojej pracy miała koszmar, jak jej matka umarła bez testamentu.
Zmroziło mnie wtedy, ale powiedziałam sobie: nie przesadzaj, Krystyna. To praktyczna dziewczyna, myśli do przodu. Tak się teraz robi.
Ale teraz, po tym telefonie, te wszystkie rozmowy ułożyły się w jeden ciąg. Jak koraliki na sznurku. Każde pytanie o moje zdrowie, każda „troska" o moje badania, każda wizyta z Kubą, po której Marta rozglądała się po mieszkaniu tym swoim szacującym wzrokiem - po meblach, po metrażu, po widoku z okna. Trzy pokoje na Bielanach, drugie piętro, blisko metra. Wiem, ile to teraz warte. I Marta też wie.
Przez trzy dni po tamtym telefonie nie odzywałam się do córki. Nie odbierałam. Napisała SMS-a: „Mamo, wszystko ok?". Potem drugiego: „Dzwoniłam, nie odbierasz, martwię się". Trzeciego dnia zapukała do drzwi. Otworzyłam.
Stała na klatce z Kubą za rękę. Chłopiec rzucił mi się na szyję, pachniał tym swoim szamponem i krzyknął: „Babciu!". Przytuliłam go mocno. Bardzo mocno. A ponad jego głową patrzyłam na Martę. Na jej twarz - taką samą jak Zbyszka, te same oczy, ten sam kształt brwi - i szukałam w niej czegokolwiek. Wyrzutów sumienia. Wstydu. Strachu, że wiem.
- Mamo, co się dzieje? Źle się czujesz? - zapytała Marta, stawiając na podłodze reklamówkę z owocami.
Chciałam powiedzieć. Chciałam powtórzyć jej słowo w słowo to, co usłyszałam. Chciałam zapytać: czy ja jestem dla ciebie matką, czy nieruchomością? Ale Kuba patrzył na mnie tymi wielkimi oczami i powiedział:
- Babciu, upiekłaś sernik?
- Upiekłam, kochanie - odpowiedziałam. - Idź do kuchni, jest na stole.
Kuba pobiegł. Marta stała w przedpokoju. Milczałam.
- Mamo? - powtórzyła.
- Marta - powiedziałam cicho. - Nie umieram. Żebyś wiedziała. I nie zamierzam w najbliższym czasie niczego nikomu przepisywać.
Zobaczyłam, jak blednie. Usta jej drgnęły, jakby szukała słów, ale żadne nie przyszły. W kuchni Kuba wołał, że sernik jest pyszny. Na klatce schodowej trzasnęły drzwi sąsiadki z czwartego. Zwyczajny czwartkowy wieczór na Bielanach.
- Ja nie wiem, o czym ty... - zaczęła Marta.
- Wiesz - przerwałam jej. - I ja wiem. Usiądź. Napij się herbaty. A potem porozmawiamy. Albo nie porozmawiamy. Jeszcze nie wiem.
Usiadła. Nalałam herbaty. Kuba zjadł dwa kawałki sernika i poszedł oglądać bajki w pokoju. Siedziałyśmy naprzeciwko siebie przy tym samym stole, przy którym odrabiała lekcje, przy którym płakała po śmierci ojca, przy którym dwadzieścia lat temu obiecała mi, że zawsze będziemy blisko.
Herbata stygła. Żadna z nas nie piła.
Do dziś nie wiem, czy powinnam była udawać, że nie słyszałam. Może byłoby łatwiej. Może Marta ma rację i jestem naiwna. Może tak wygląda dorosłość - że dzieci kochają nas i jednocześnie przeliczają metraż. A może po prostu gdzieś po drodze straciłam córkę i nawet nie zauważyłam kiedy.
Kuba zasnął u mnie tamtego wieczoru. Marta wyszła bez słowa. Na stoliku w przedpokoju zostawiła reklamówkę z pomarańczami. Od tamtej pory dzwoni regularnie, w każdy poniedziałek i czwartek. Pyta o zdrowie. Ja odpowiadam: dobrze. I obie wiemy, że to nie o zdrowie jest ta rozmowa.