Syn założył mi bankowość w telefonie i „podpiął, żeby mieć oko, czy babci ktoś nie okrada". Wczoraj zadzwonił o dziewiątej rano: „Mamo, co to za 80 złotych u fryzjera?" Musiałam tłumaczyć się z własnej emerytury.

Stałam wtedy przy oknie z kubkiem herbaty i patrzyłam na lipę na podwórku, która właśnie puszczała pierwsze liście. Telefon zawibrował, wyświetlił się „Krzysztof". Odebrałam z uśmiechem - syn dzwoni rano, to rzadkość, pomyślałam, że może wnuki chcą pogadać. A tu od razu tym swoim szybkim tonem: „Mamo, co to za 80 złotych u fryzjera? Byłaś wczoraj? Przecież mówiłaś, że ci się nigdzie nie chce wychodzić."

Zamurowało mnie. Nie z powodu pytania - z powodu tonu. Jakbym była nastolatką przyłapaną na kłamstwie.

- Byłam u fryzjera, Krzysiu - odpowiedziałam spokojnie, chociaż ręka mi lekko drżała. - Podstrzyżenie i modelowanie. Czy to wymaga tłumaczenia?

- No ale osiemdziesiąt złotych, mamo. W zeszłym miesiącu było pięćdziesiąt pięć. Zmieniłaś salon?

Zmieniłam. Bo Jola z parteru poleciła nowe miejsce przy Piłsudskiego, gdzie pani Marta robi piękne pasemka i nie ciągnie za włosy jak ta w starym salonie. Ale czy ja naprawdę muszę to tłumaczyć synowi? Mam sześćdziesiąt cztery lata. Trzydzieści osiem lat pracy w księgowości w Zakładach Mięsnych. Emerytura - dwa tysiące osiemset, nie żadna fortuna, ale moja. Zarobiona godzina po godzinie, faktura po fakturze.

Krzysztof ma czterdzieści lat, pracuje w IT w Poznaniu, zarabia pewnie pięć razy tyle co ja. Mieszka z żoną Agnieszką i dwójką dzieci w nowym mieszkaniu na Ratajach. Kocham go nad życie, ale ostatnio coraz częściej mam wrażenie, że gdzieś po drodze zamieniliśmy się rolami - i to nie w ten dobry, ciepły sposób, o którym piszą w gazetach.

Wszystko zaczęło się w grudniu, kiedy przyjechał na święta. Usiadł ze mną przy stole wigilijnym, zjadł barszcz i uszka, pochwalił sernik - a potem wyciągnął mój telefon i powiedział: „Mamo, załóżmy ci porządną bankowość. Bo te kolejki na poczcie to strata czasu, a poza tym bezpieczeństwo, wiesz. Jakby ktoś cię chciał oszukać, to ja zobaczę od razu."

Zgodziłam się, bo czemu nie? Ufam synowi. Poza tym faktycznie kolejki na poczcie w styczniu to koszmar, a rachunki same się nie zapłacą. Pokazał mi, jak przelewać, jak sprawdzać saldo. Byłam nawet dumna, że ogarniam.

Nie wiedziałam wtedy, że „podpięcie" oznacza, że Krzysztof widzi każdą moją transakcję. Każdy przelew, każdą płatność kartą, każde wypłacenie z bankomatu. Dowiedziałam się o tym dopiero w lutym, kiedy zadzwonił i zapytał, czemu wypłaciłam trzysta złotych w gotówce.

- Na co ci tyle gotówki, mamo? - zapytał z troską w głosie, ale pod tą troską było coś, co rozpoznałam natychmiast. Kontrola. Taki sam ton miał mój nieżyjący mąż Tadek, kiedy pytał „a po co ci nowa sukienka?".

Trzysta złotych potrzebowałam na prezent dla koleżanki Wandzi z dawnej pracy - składaliśmy się na siedemdziesiąte urodziny. Ale powiedziałam mu po prostu: „Na wydatki, Krzysiu. Różne." I myślałam, że temat umrze. Nie umarł.

Od tamtej pory dzwoni średnio raz w tygodniu z pytaniami. „Mamo, co to za apteka za sto dwadzieścia złotych? Bierzesz jakieś nowe leki?" To było na krem na stawy i witaminy. „Mamo, czemu płaciłaś w Żabce o dwudziestej trzeciej?" Bo nie mogłam zasnąć i poszłam po jogurt, czy to zbrodnia? „Mamo, skąd ten przelew na dwieście złotych do Danuty Kowalskiej?" Bo Danusia, moja siostra, poprosiła o pożyczkę do pierwszego i nie muszę nikomu tłumaczyć, że pomagam własnej siostrze.

Ale tłumaczę. Za każdym razem tłumaczę. I za każdym razem czuję się mniejsza.

Rozmawiałam o tym z Jolą z parteru. Jola ma siedemdziesiąt lat, syna w Warszawie i córkę w Anglii. Pokiwała głową i powiedziała: „Grażynka, ja ci powiem jedno. Mój Marek też tak zaczął. Od troski. A skończyło się na tym, że chciał mi sprzedać mieszkanie, bo uznał, że sama nie dam rady. Obudziłam się, kiedy przyszedł z notariuszem."

Nie mówię, że Krzysztof chce mi sprzedać mieszkanie. Nie mówię, że ma złe intencje. Wiem, że mnie kocha. Wiem, że martwi się o mnie, odkąd ojciec umarł pięć lat temu i jestem sama. Ale jest różnica między troską a kontrolą. I ta granica się zaciera.

Wczoraj, po tej rozmowie o fryzjerze, usiadłam przy kuchennym stole i długo patrzyłam na telefon. Na tę aplikację bankową z ładną zieloną ikonką. Pomyślałam o Tadku - niech mu ziemia lekką będzie - który przez trzydzieści lat małżeństwa dawał mi „kieszonkowe" z naszej wspólnej pensji. O tym, jak musiałam kłamać, że płaszcz kosztował sto pięćdziesiąt, a nie trzysta. O tym, jak przysięgałam sobie, że na emeryturze nareszcie będę wolna.

I znowu tłumaczę się z osiemdziesięciu złotych.

Wieczorem zadzwoniłam do Krzysztofa. Serce mi waliło jak przed egzaminem.

- Krzysiu - zaczęłam - muszę ci coś powiedzieć. Chcę, żebyś odpiął te powiadomienia z mojego konta.

Cisza. Potem głęboki oddech.

- Mamo, ale dlaczego? Przecież to dla twojego bezpieczeństwa. A jak ktoś cię okradnie? A jak te oszustwa na wnuczka?

- To zadzwonię na policję. Albo do ciebie. Ale nie chcę, żebyś wiedział, ile wydaję na fryzjera. To moje pieniądze, synku.

Znów cisza. Dłuższa. Słyszałam w tle głos Agnieszki - coś do niego mówiła, ale nie dosłyszałam co.

- Mamo, czy ktoś ci nagadał? - zapytał w końcu i usłyszałam w jego głosie urazę. Szczerą, chłopięcą urazę. - Ja się o ciebie martwię. Jesteś sama. A ty traktujesz mnie jak wroga.

- Nie traktuję cię jak wroga - odpowiedziałam cicho. - Traktuję siebie jak dorosłą kobietę. I proszę cię, żebyś ty też tak mnie traktował.

Rozłączył się po minucie, krótkim „dobra, mamo, pogadamy". Od wczoraj nie dzwonił. Nie wiem, czy odpiął te powiadomienia. Nie wiem, czy jest zły, zraniony, czy może naprawdę zrozumiał.

Dziś rano poszłam do bankomatu i wypłaciłam sto złotych. Kupiłam sobie kwiaty - tulipany, żółte, takie, jakie lubię. Wracając do domu, minęłam salon pani Marty i umówiłam się na farbowanie za tydzień. Sto dwadzieścia złotych.

Telefon milczy. Nie wiem, czy to dobrze.