Zadzwoniła do mnie wnuczka przez wideo, żeby pokazać swój nowy pokój. Za jej plecami, na ścianie, wisiał obraz mojej matki - ten, który „zaginął przy przeprowadzce". Powiedziałam tylko, że ładny. Wnuczka: „Mama mówi, że babcia i tak by go komuś oddała."
Rozłączyłam się trzy minuty później, bo głos zaczął mi drżeć, a Oliwka nie powinna tego słyszeć. Ona ma dziesięć lat. Ona jest niewinną posłanką w wojnie, o której nie wie. Odłożyłam telefon na blat kuchenny i patrzyłam na parującą herbatę, dopóki nie wystygła zupełnie.
Ten obraz namalował kolega mojej matki, Tadeusz Borowski - nie ten pisarz, zwykły nauczyciel plastyki z Nowej Huty, który w latach sześćdziesiątych dorabiał portretami. Mama pozowała mu trzy niedziele z rzędu, w białej bluzce z koronkowym kołnierzykiem. Miała wtedy dwadzieścia osiem lat. Pamiętam, jak wisiał nad kredensem w jej mieszkaniu na Podgórzu, jak każdego wieczoru poprawiała ramę, bo się krzywiła na starym gwoździu. Po jej śmierci w 2016 roku zabrałam go do siebie, do mojego bloku na Ruczaju. Zawiesiłam w sypialni, naprzeciwko łóżka, żeby widzieć mamę rano, zanim jeszcze dobrze otworzę oczy.
Mam na imię Halina, za trzy miesiące skończę sześćdziesiąt pięć lat. Trzydzieści osiem z nich przepracowałam jako księgowa - najpierw w spółdzielni mleczarskiej, potem w firmie budowlanej, wreszcie na własnej działalności, nim kolana i oczy powiedziały dość. Mam dwie córki: Renatę i Joannę. Renata to ta starsza, ta rozsądna, ta, która przychodzi z obiadem w niedzielę. Joanna - to ta, której obraz wisi teraz w pokoju jej córki.
Między moimi dziewczynami nigdy nie było łatwo. Renata, rocznik siedemdziesiąty osiem, od dziecka była cicha, posłuszna, pierwsza do pomocy. Joanna, trzy lata młodsza, miała w sobie coś ostrego. Nie złego - ostrego. Jak nóż, który dobrze kroi, ale trzeba uważać na palce. Zawsze chciała więcej, szybciej, głośniej. Mąż mi mówił: „Halina, one się kiedyś dogadają, daj im czas." Zbigniew umarł osiem lat temu i tego dogadania się nie doczekał.
Przeprowadzka była w październiku zeszłego roku. Joanna z mężem Dariuszem kupili wreszcie własne mieszkanie na Prądniku, po latach wynajmowania. Byłam szczęśliwa - naprawdę, z całego serca. Pojechałam pomóc pakować. Kartonów było ze trzydzieści, Oliwka biegała między nimi jak między bunkrami, a ja owijałam w gazetę kieliszki i zastanawiałam się, skąd moja młodsza córka wzięła tyle rzeczy, skoro zawsze narzekała, że nie ma na nic pieniędzy.
Przy rozpakowywaniu nie byłam. Joanna powiedziała, że sobie poradzą, że Dariusz wziął urlop, że nie muszę się fatygować z moimi kolanami. Zadzwoniła tydzień później, głos wesoły: „Mamo, jest pięknie, musisz przyjść." Ale jakoś termin się przesuwał. Najpierw Oliwka miała angielski, potem Joanna łapała jakieś zlecenie graficzne, potem przyszły święta, potem styczeń, luty.
A obraz zniknął w grudniu. Pamiętam dokładnie, bo szukałam go przed Wigilią. Chciałam przenieść do salonu, żeby mama była z nami przy stole. Ściągnęłam kołdrę z łóżka, zajrzałam za szafę, pod szafę, do garderoby. Myślałam, że zwariowałam. Pytałam Renatę, czy przypadkiem nie zabrała. „Mamo, po co bym brała? Mama wisi u ciebie w sypialni." No właśnie nie wisiała.
Zadzwoniłam do Joanny. „Obraz mamy? Nie, nie widziałam. Może przy remoncie ktoś ruszył? Sprawdzałaś u malarzy?" U malarzy. Jakbym oddała komuś obcemu mamę. Ale sprawdziłam. Pan Wiesław, który malował mi ściany w listopadzie, powiedział, że obraz zdjął, owinął w folię i postawił w garderobie. Tam go nie było.
Zaczęłam podejrzewać siebie. Może przełożyłam i zapomniałam. Może demencja. Poszłam do lekarza, zrobiłam testy pamięci - norma. „Pani Halino, w pani wieku to normalne, że się gubi rzeczy" - powiedział doktor. Ale ja nie gubiłam rzeczy. Ja gubiłam matkę.
Przez cztery miesiące nosiłam to w sobie. Czasem otwierałam szafę z nadzieją, że obraz się zmaterializuje. Renata powiedziała mi w końcu: „Mamo, może został wyrzucony przy remoncie przez przypadek. Pogódź się." Nie pogodziłam się. Ale przestałam szukać.
I wtedy zadzwoniła Oliwka. Kwiecień, środa, piętnaście po czwartej. Ekran telefonu rozświetlił mi twarz wnuczki, a za nią - mama. Akwarela w drewnianej ramie, trochę wyblakła na lewym rogu, z tym charakterystycznym pęknięciem szkła w prawym dolnym narożniku, które powstało, gdy Joanna jako pięciolatka rzuciła piłką w kredensie. Nie pomyliłabym tego obrazu z żadnym innym na świecie.
„Fajny, prawda, babciu? Mama powiesił mi nad biurkiem, żebym miała inspirację do rysowania" - Oliwka się śmiała. A ja powiedziałam: „Bardzo ładny." I nic więcej.
Bo co miałam powiedzieć dziesięcioletniej dziewczynce? Że twoja mama zabrała mi jedyną rzecz, jaka została mi po mojej mamie? Że kłamała mi w żywe oczy przez telefon? Że szukałam tego obrazu po nocach, na kolanach, zaglądając pod meble jak wariatka?
Nie spałam do trzeciej w nocy. O szóstej rano napisałam do Joanny SMS-a. Krótki: „Widziałam obraz u Oliwki w pokoju. Ten mamy." Odpowiedź przyszła po dwóch godzinach. „Mamo, chciałam pogadać. To nie tak jak myślisz."
Zadzwoniła wieczorem. Tłumaczyła się chaotycznie. Że obraz leżał w garderobie za foliami po malarzach. Że pomyślała, że i tak tam stoi nieużywany. Że Oliwka zaczęła rysować i potrzebowała inspiracji. Że chciała mi powiedzieć, ale się bała mojej reakcji. Że to przecież babcia Oliwki też, nie tylko moja mama.
„Joanna" - przerwałam jej - „ty mi powiedziałaś, że go nie widziałaś."
Cisza. Taka cisza, w której słychać oddech drugiej osoby i szum lodówki w tle.
„Bo wiedziałam, że zrobisz z tego aferę" - powiedziała w końcu. „Jak ze wszystkim. Renata dostała pierścionek babci, komplet mebli po tacie, a ja co? Stary obraz nie mogłam wziąć?"
Renata dostała pierścionek, bo opiekowała się Zbigniewem przez ostatni rok jego choroby, kiedy Joanna była w Anglii na kontrakcie. Meble Renata zabrała, bo Joanna powiedziała, że nie chce „tego starocia". Ale tego nie wypowiedziałam. Nie dlatego, że nie chciałam - dlatego, że znałam scenariusz. Joanna by krzyknęła, ja bym płakała, Oliwka by potem zapytała mamę dlaczego babcia nie dzwoni. I tak w kółko.
Powiedziałam tylko: „Nie chodziło o obraz, Joasiu. Chodziło o kłamstwo."
Rozłączyła się. Napisała później: „Przepraszam. Ale nie oddam go. Oliwka się przywiązała."
Minęły trzy tygodnie. Renata mówi, żebym odpuściła, bo to tylko obraz. Sąsiadka Krystyna z parteru mówi, żebym pojechała i zabrała, bo to moja własność. Oliwka dzwoni co niedzielę i opowiada mi o szkole, o chomiku, o tym, że narysowała portret babci prababci i dostała piątkę.
Wczoraj wieczorem otworzyłam szufladę w sypialni, tę pod stertą rachunków za prąd. Na samym dnie leżało zdjęcie mamy - inne, zwykła fotografia z lat siedemdziesiątych, czarno-biała, z podwiniętym rogiem. Mama stoi przed blokiem, trzyma mnie za rękę, obie mrużymy oczy od słońca. Wyciągnęłam je, obejrzałam długo, schowałam z powrotem.
Potem wzięłam telefon. Otworzyłam wiadomości do Joanny. Kursor migał na pustym polu. Pisałam i kasowałam, pisałam i kasowałam. W końcu odłożyłam telefon na szafkę nocną.
Może napiszę jutro. A może nie. Bo nie wiem, co jest gorsze - stracić obraz matki czy stracić córkę, która go zabrała.