Synowa zadzwoniła, żebym w sobotę „nigdzie nie wychodziła i ubrała się elegancko". Nie spałam całą noc - tak samo zaczęło się u Krysi, zanim zawieźli ją do domu opieki. Przyjechali z tortem i laptopem: bilety do Rzymu na moje siedemdziesiąte urodziny, wszyscy razem. Wnuk krzyczał najgłośniej: „Babciu, Rzym!"
Ale zanim opowiem o tym torcie i o oczach Kubusia, muszę wrócić do piątkowej nocy. Do tej ciemności w sypialni, kiedy leżałam z otwartymi oczami i słuchałam, jak kaloryfery stukają w rytm, który znałam od trzydziestu lat. Bo ta noc była jedną z najgorszych w moim życiu.
Marta - synowa - nigdy wcześniej do mnie nie dzwoniła z takimi poleceniami. Zwykle pisała SMS-a: „Proszę Pani, w niedzielę obiad u nas, 14:00". Tak, pisała do mnie „Proszę Pani", choć byłam jej teściową od ośmiu lat. Ja do niej mówiłam po imieniu, ona do mnie - per pani. Jakby między nami stała szyba, przez którą można się widzieć, ale nie da się dotknąć. Tyle że w piątek wieczorem zadzwoniła. Głosowo. I powiedziała to zdanie o eleganckim ubraniu tonem, w którym wyczułam coś, czego nie potrafiłam nazwać. Stanowczość? Współczucie? Wyrok?
Odkąd Zbyszek - mój syn - ożenił się z Martą, nasze kontakty wyglądały jak dobrze naoliwiony mechanizm. Obiady w niedzielę, Wigilia na zmianę u nich i u mnie, kwiaty na Dzień Matki. Wszystko ładne, czyste, uprzejme. I puste. Czułam to od lat, ale nie umiałam powiedzieć tego głośno, bo jak powiedzieć synowi, że jego żona traktuje cię jak obowiązek?
Mam na imię Halina. Siedemdziesiąt lat skończyłam właśnie tamtej soboty. Całe życie przepracowałam jako księgowa w zakładach mięsnych pod Poznaniem - trzydzieści sześć lat przy tych samych tabelkach, tej samej kawie z ekspresu, tym samym widoku na parking. Mąż, Tadeusz, odszedł osiem lat temu. Rak płuc - pół roku od diagnozy do pogrzebu. Zbyszek jest moim jedynym dzieckiem. Wnuków mam dwoje: Kubuś, osiem lat, i Zosia, cztery.
Tamtego piątkowego wieczoru, po telefonie od Marty, usiadłam w kuchni i zrobiłam sobie herbatę z cytryną. Ręce mi drżały tak, że łyżeczka dzwoniła o ściankę kubka. Bo ja wiedziałam, co to znaczy „ubierz się elegancko i nigdzie nie wychodź". Wiedziałam, bo widziałam to na własne oczy u Krysi.
Krysia to moja sąsiadka z trzeciego piętra. Siedemdziesiąt cztery lata, po udarze, lekko utykała na lewą nogę, ale głowę miała jasną jak słońce. Rok temu jej córka zadzwoniła w środku tygodnia - co już było dziwne - i powiedziała, żeby się ładnie ubrała, bo przyjadą w sobotę „porozmawiać". Przyjechali we troje: córka, zięć i ktoś z opieki społecznej. Mieli ze sobą foldery. Kolorowe, z uśmiechniętymi staruszkami na okładce. Dom Seniora „Złota Jesień" pod Swarzędzem. Pokój jednoosobowy, dostęp do ogrodu, rehabilitacja w cenie. Krysia pakowała walizki dwa tygodnie później.
Ostatni raz widziałam ją w październiku. Siedziała na ławce w ogrodzie tego ośrodka, w swetrze, który był na nią za duży, i patrzyła gdzieś ponad drzewa. Powiedziała mi wtedy: - Halinka, ja tam nie mówię, że źle mi tu jest. Jedzenie dobre, pielęgniarki miłe. Ale wiesz, co jest najgorsze? Że oni mają czyste sumienie. Odwiedzają mnie co dwa tygodnie i myślą, że zrobili dobrze.
Te słowa wracały do mnie tamtej nocy jak echo w pustym bloku. Krysia miała córkę, która ją kochała - na swój sposób. Ja miałam syna, który mnie kochał - na swój sposób. I synową, która dzwoniła z poleceniem, żebym się ubrała elegancko.
O trzeciej w nocy wstałam i zaczęłam sprzątać mieszkanie. Nie wiem dlaczego. Może myślałam, że jak będzie czysto, to powiedzą: „Przecież ona sobie radzi, nie trzeba jej nigdzie wieźć". Umyłam okna w kuchni. Wypastowałam podłogę w przedpokoju. Ułożyłam buty w szafce równiutko, jak żołnierzy na przeglądzie. O piątej zrobiłam sobie drugą herbatę i usiadłam na kanapie w salonie. Meblościankę po Tadeuszu wytarłam mokrą ścierką - nawet kryształowy wazon, którego nie ruszałam od lat, błyszczał.
Potem otworzyłam szafę i długo stałam przed nią. „Ubierz się elegancko". Wybrałam granatową bluzkę, tę z jedwabnym wykończeniem, którą kupiłam na ślub Zbyszka. I spódnicę, w której byłam na komunii Kubusia. Ubrałam się jak na własny wyrok.
Przyjechali o dwunastej. Zobaczyłam przez okno, jak Zbyszek parkuje na podwórku. Wysiadł, otworzył bagażnik. Wyjął coś dużego, białego - i w pierwszej chwili pomyślałam, że to pudło z dokumentami. Z folderu. Z kolorowego folderu z uśmiechniętymi staruszkami.
To był tort.
Marta weszła pierwsza. W rękach miała laptop i bukiet tulipanów. Spojrzała na mnie i powiedziała coś, czego nigdy wcześniej od niej nie słyszałam: - Wszystkiego najlepszego, mamo.
Mamo. Nie „Proszę Pani". Mamo.
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo Kubuś wpadł do mieszkania jak tornado, w za dużej kurtce i z plecaczkiem, z którego wystawał pluszowy dinozaur. Rzucił się na mnie, objął w pasie - miał już metr trzydzieści, rósł jak na drożdżach - i wrzasnął prosto w mój brzuch: - Babciu, Rzym!
Zbyszek postawił tort na stole. Marta otworzyła laptop. Na ekranie zobaczyłam potwierdzenie rezerwacji: pięć biletów lotniczych, Poznań-Rzym, za trzy tygodnie. Hotel przy Piazza Navona. Pięć osób: Zbigniew, Marta, Jakub, Zofia i Halina.
Zosia, którą Marta trzymała na ręku, wyciągnęła do mnie rączki i powiedziała poważnie: - Babcia, tam jest duży kościół i lody.
Usiadłam na krześle. Nogi miałam jak z waty. Zbyszek zapalał świeczki na torcie - siedemdziesiąt to za dużo, więc włożyli siedem - a ja patrzyłam na płomyki i myślałam o Krysi. O tej ławce w ogrodzie domu opieki. O swetrze, który był za duży.
- Mamo, co ty, płaczesz? - Zbyszek kucnął przy mnie i wziął mnie za rękę. - Myśleliśmy, że się ucieszysz.
- Cieszę się - powiedziałam. - Strasznie się cieszę.
Nie powiedziałam mu o tej nocy. O pastowaniu podłogi o czwartej rano. O tym, że przez dwanaście godzin byłam pewna, że jadą mnie oddać. Że wybrałam bluzkę ze ślubu, żeby wyglądać na kogoś, kto sobie jeszcze radzi. Nie powiedziałam, bo co miałam powiedzieć? Że nie ufam własnemu synowi? Że synowa, która po ośmiu latach wreszcie powiedziała do mnie „mamo", budziła we mnie strach zamiast radości?
Zdmuchnęłam świeczki. Kubuś klaskał. Zosia powtarzała „lody, lody". Marta kroiła tort i nakładała każdemu po dwa kawałki, jakby wiedziała, że lubię dużo. Zbyszek pokazywał mi na laptopie zdjęcia Koloseum.
A ja siedziałam między nimi i uśmiechałam się, i jednocześnie gdzieś w środku czułam coś zimnego. Nie potrafiłam tego nazwać. Może to był wstyd - że tak o nich myślałam. A może coś gorszego. Może ta noc odsłoniła przede mną prawdę, której żaden bilet do Rzymu nie zakryje: że jestem w ich życiu gościem, nie domownikiem. Że ta szyba między mną a Martą może się na chwilę uchylić, ale nigdy do końca nie zniknie.
Marta pakowała resztę tortu do mojej lodówki i przez chwilę stałyśmy obok siebie w kuchni. Spojrzała na wypastowaną podłogę, na lśniące okna, na wazon z kryształu.
- Posprzątała pani - powiedziała cicho. Znów „pani". - To znaczy... posprzątałaś. Ładnie tu.
Kiwnęłam głową. Chciałam powiedzieć: „Posprzątałam, bo myślałam, że przyjedziecie mnie zabrać". Ale zamiast tego powiedziałam: - Lubię, jak jest czysto na urodziny.
Wyjechali o czwartej. Kubuś pomachał mi z tylnego siedzenia i przycisnął twarz do szyby, robiąc śmieszną minę. Zosia spała w foteliku. Marta odwróciła się jeszcze na chwilę i podniosła rękę.
Wróciłam do mieszkania. Usiadłam przy stole, na którym stał jeszcze laptop - zostawili go, żebym „mogła sobie pooglądać hotel". Na ekranie świeciło zdjęcie pokoju z widokiem na wąską włoską uliczkę. Piękne.
Zamknęłam laptop. Wyjęłam z szuflady stary album ze zdjęciami - ten w bordowej okładce, z napisem „Rodzina". Na pierwszej stronie ja i Tadeusz, młodzi, przed blokiem. Na ostatniej - Kubuś jako niemowlę na moich rękach.
Między pierwszą a ostatnią stroną było trzydzieści lat, dwoje pogrzebów, jedno wesele i tysiąc niedzielnych obiadów, przy których udawaliśmy, że wszystko jest w porządku.
Za trzy tygodnie polecę do Rzymu. Zobaczę Koloseum, zjem lody z wnukami, stanę przed fontanną di Trevi. Będę się uśmiechać na zdjęciach. Ale tej nocy - tej jednej, piątkowej nocy - nie zapomnę nigdy. Bo ona powiedziała mi coś o mnie samej, czego żaden wyjazd nie zmieni.
Pytanie tylko, czy to, co usłyszałam, jest prawdą - czy echem strachu, który sama sobie wymyśliłam.