Od komunii odkładam wnukowi po sto miesięcznie - książeczka na moje nazwisko, „na start". Zięć się dowiedział: „przelej, robimy Stasiowi pokój, przecież to dla niego". Nie przelałam. Pokój zrobili i tak, na raty - a start zostanie na start.

Trzymam tę książeczkę w szufladzie w kuchni, pod rachunkami za prąd i starym kalendarzem z apteki. Mąż - Henryk, świeć Panie nad jego duszą - zawsze mówił, że najważniejsze dokumenty trzeba trzymać blisko serca. A gdzie mam serce, jak nie w kuchni, gdzie spędzam pół życia?

Staś miał komunię siedem lat temu. Pamiętam, jak stał w tym białym albie przed kościołem na Bielanach, taki mały, poważny, z rękami złożonymi jak dorosły. Córka Marzena płakała ze szczęścia, a ja wtedy pomyślałam - ten chłopak będzie kiedyś potrzebował czegoś na początek. Prawdziwy początek, nie wymuszony przez rodziców. Następnego dnia poszłam do banku i założyłam książeczkę oszczędnościową. Sto złotych miesięcznie. Nie dużo. Ale z mojej emerytury nauczycielskiej - dużo.

Siedem lat razy dwanaście miesięcy razy sto złotych. Plus odsetki, choć śmieszne. Na książeczce jest teraz prawie dziesięć tysięcy. Dla mnie to fortuna. Dla zięcia Dariusza - pewnie tyle co nic.

Dariusz jest elektrykiem. Dobry fachowiec, nie powiem złego słowa. Ma ręce do roboty, zarabia porządnie. Ale pieniądze lecą mu przez palce jak woda przez sito. Nowy telewizor, bo mecz lepiej ogląda się na dużym. Rower za trzy tysiące, bo kolega z pracy namówił. A potem, kiedy pralka się zepsuła, Marzena dzwoniła do mnie z płaczem, że nie mają na naprawę.

Nie oceniam. Każdy żyje jak umie. Ale nie oddam temu człowiekowi pieniędzy, które odkładam dla wnuka.

Dowiedział się przypadkiem. Staś - czternastolatek, co teraz więcej gada niż wszyscy domownicy razem wzięci - pochwalił się przy obiedzie. „Babcia mi mówi, że mam na książeczce kasę na start w dorosłość!" Dzieciak był dumny. Ja też byłam dumna, dopóki nie zobaczyłam miny Dariusza.

Zadzwonił jeszcze tego samego wieczora.

- Mamo, słyszałem o tej książeczce. - Mówi do mnie „mamo", choć zawsze czuję, że to bardziej forma grzecznościowa niż uczucie. - Super sprawa, naprawdę. Ale wie pani co, my właśnie planujemy Stasiowi pokój przerobić. Jest już za duży na te dziecinne meble. Nowe biurko, łóżko, malowanie. Z pięć tysięcy by to kosztowało.

Milczałam.

- No i pomyślałem, że skoro to i tak dla Stasia, to może pani przeleje? Przecież to dla niego. Żeby miał porządny kąt do nauki.

- Dariusz - powiedziałam spokojnie, choć serce mi waliło - te pieniądze są na start. Nie na pokój.

- Ale pokój to też start, nie? W sensie, żeby miał warunki do nauki, żeby się dostał na studia...

- Pokój to wasza sprawa jako rodziców. A ja odkładam na jego osiemnastkę

Cisza. Słyszałam, jak oddycha. Wreszcie:

- No dobrze. Jak pani uważa.

Ale to nie było „dobrze". To było takie „dobrze", po którym człowiek wie, że będzie źle. I miałam rację.

Trzy dni później zadzwoniła Marzena. Moja córka. Moja jedyna córka, dla której zrobiłabym wszystko na świecie. Prawie wszystko.

- Mamo, dlaczego nie chcesz pomóc? - Głos miała taki dziwny. Nie zły, raczej zmęczony. Jakby powtarzała coś, co Dariusz jej kazał powiedzieć, ale sama nie do końca w to wierzyła. - Staś naprawdę potrzebuje nowego pokoju. Rośnie, biurko mu trzeszczy pod łokciami.

- Marzenka, posłuchaj mnie. Pokój możecie zrobić na raty, wzięliście kredyt na telewizor, możecie i na meble. A te pieniądze to co innego.

- Co innego? Mamo, to dziesięć tysięcy. My moglibyśmy od razu...

- Nie. - Powiedziałam to tak, jak mówiłam uczniom w szkole, kiedy któryś próbował ściągać. Stanowczo, ale bez krzyku. - To pieniądze Stasia. Na jego osiemnastkę. Żeby miał coś od babci na początek dorosłego życia. Na własne decyzje. Nie na wasze.

Marzena zamilkła. Potem szepnęła:

- Dariusz mówi, że nie ufasz mu z pieniędzmi.

Nie odpowiedziałam. Są zdania, na które odpowiedź jest tak oczywista, że lepiej ją zostawić w ciszy.

Pokój zrobili. Na raty, jak przewidywałam. Dariusz pomalował sam, meble kupili w tym dużym sklepie pod Warszawą, co ma żółte torby. Staś dostał nowe biurko, nowe łóżko, nową lampkę. Był zachwycony. Pokazywał mi przez telefon, kręcąc kamerą tak szybko, że widziałam tylko kolorowe plamy.

- Babciu, mam nawet półkę na książki! I kontakty przy biurku, tata sam zrobił!

- Pięknie, kochanie - powiedziałam i poczułam ukłucie dumy. Bo pokój był ładny. I zrobili to sami.

Ale coś się zmieniło. Marzena dzwoni rzadziej. Na niedzielnym obiedzie - bo wciąż przychodzą, choć atmosfera jest inna - Dariusz jest uprzejmy. Za uprzejmy. Podaje mi sól, zanim poproszę. Pyta o zdrowie. Ale nie patrzy mi w oczy. A kiedy Staś wspomniał przy stole o jakimś wyjściu szkolnym, Dariusz rzucił lekko: „Może babcia dołoży, na książeczce przyrasta."

Marzena szturchnęła go łokciem. On się uśmiechnął. Ja nabrałam bigosu na widelec i udawałam, że nie słyszę.

Henryk by mnie zrozumiał. Henryk sam tak robił - gdy córka miała dziesięć lat, otworzył dla niej konto i odkładał po pięćdziesiąt złotych z pensji nauczyciela wuefisty. Kiedy Marzena kończyła osiemnaście lat, dał jej kopertę. Nie fortunę, ale jej pieniądze, na jej decyzje. Kupiła sobie za to pierwszy laptop i pojechała na kurs językowy do Krakowa. Tam poznała Dariusza. Ironia losu, prawda?

Czasem się zastanawiam, czy postępuję dobrze. Dziesięć tysięcy to nie jest majątek, ale mogłoby im ulżyć. Marzena pracuje w księgowości, zarabia stabilnie, ale nie bogato. Dariusz ma zlecenia, ale bywa, że miesiąc jest chudy. Raty za pokój, raty za samochód, raty za nie wiem co jeszcze. Może powinnam odpuścić? Może ta książeczka to moja fanaberia, moje ego, moja potrzeba, żeby to ja - babcia Bożena - dała wnukowi coś ważnego?

A może to jedyna rzecz, którą mogę mu naprawdę dać? Nie meble, nie telewizor, nie pokój - ale wybór. Żeby za cztery lata, kiedy skończy osiemnaście lat, mógł sam zdecydować. Studia, kurs, podróż, pierwszy miesiąc w wynajętym mieszkaniu. Cokolwiek. Jego decyzja, nie taty, nie mamy. Jego.

Wczoraj Staś przyszedł do mnie po szkole. Usiadł w kuchni, zjadł dwa kawałki sernika i powiedział:

- Babciu, tata mówi, że te pieniądze powinny pracować w rodzinie, a nie leżeć w banku.

Patrzyłam na niego. Czternaście lat, już prawie tak wysoki jak Henryk. Te same oczy, ta sama poważna mina.

- A ty jak myślisz, Stasiu?

Zastanowił się. Naprawdę się zastanowił, nie odpowiedział z automatu.

- Ja myślę, że to babci pieniądze i babcia wie najlepiej.

Pogłaskałam go po głowie, choć jest już za duży na głaskanie. On się nie odsunął. Potem wyszedł, a ja zostałam sama z resztką sernika i tą książeczką w szufladzie. Sto złotych czeka na wpłatę w piątek.

Wpłacę. Jak co miesiąc. A czy za cztery lata Staś powie mi „dziękuję" - czy Dariusz powie „a nie mówiłem, trzeba było wtedy przelać" - tego jeszcze nie wiem. Nie wiem nawet, czy to ma znaczenie. Wiem tylko, że są rzeczy, których babcia nie oddaje, bo nikt inny ich nie da.