Polecałam córce swoją fryzjerkę latami - poleciłam skutecznie: wzięła stały termin. Mój, piątkowy: „po pracy mi pasuje, a ty możesz w środy". Pani Ela rozłożyła ręce: grafik pełny. Chodzę w środy. W piątki, wracając z zakupami, mijam salon: córka w moim fotelu, z moją kawą. Środa też dzień. Ale piątek był mój od dwudziestu lat.

Pierwszy raz zobaczyłam to trzy tygodnie temu. Szłam z Biedronki z dwoma siatkami, bo w piątki zawsze robię większe zakupy - na weekend, dla siebie i dla Ryszarda. Przechodziłam obok salonu pani Eli, jak setki razy wcześniej. Tylko że kiedyś wchodziłam do środka, a teraz idę dalej. I wtedy zobaczyłam Kaśkę. Siedziała w tym fotelu przy oknie - moim fotelu, bo dwadzieścia lat siadałam właśnie tam - z głową odchyloną do tyłu, z mokrymi włosami i filiżanką kawy w ręce.

Uśmiechała się do pani Eli w lustrze. Tak naturalnie, jakby to miejsce było jej od zawsze.

Zatrzymałam się na chodniku. Siatka z zakupami ciągnęła mi ramię. Stałam może trzy sekundy, może pięć. Kaśka mnie nie zauważyła. Poszłam dalej.

W domu Ryszard oglądał mecz. Zapytał, czy kupiłam piwo. Kupiłam. Schowałam zakupy, postawiłam wodę na herbatę i usiadłam przy kuchennym stole. Ręce mi pachniały reklamówką. Pomyślałam: to tylko fryzjerka. To tylko fotel. To tylko piątek. A potem pomyślałam: to nie jest „tylko".

Mam na imię Bożena, skończyłam sześćdziesiąt dwa lata w marcu. Mieszkam z Ryszardem na Gocławiu, w bloku z lat osiemdziesiątych, na trzecim piętrze bez windy. Pracowałam jako księgowa w hurtowni materiałów budowlanych - przeszłam na emeryturę dwa lata temu. Kaśka, moja jedyna córka, ma trzydzieści cztery lata, mieszka na Pradze Południe z mężem Tomkiem i pięcioletnim Olkiem, moim wnukiem. Kocham ją. Naprawdę ją kocham. I właśnie dlatego nie potrafię tego powiedzieć na głos.

Bo to nie zaczęło się od fryzjerki. To się ciągnie od lat, tylko ja dopiero teraz widzę wzorzec.

Kiedy Kaśka skończyła studia, poleciłam jej moją krawcową, panią Jadwigę z Saskiej Kępy. Szyłam u niej od czasów, gdy Kaśka chodziła do podstawówki - sukienki na imieniny, spódnice do pracy, zasłony do sypialni. Pani Jadwiga znała moje gusta, moje wymiary, moją figurę. Po dwóch miesiącach Kaśka zaczęła zamawiać u niej sukienki na okrągło. Pani Jadwiga przepraszała: „Bożenko, nie dam rady w tym tygodniu, bo robię Kasi trzy sztuki na wesele koleżanki". Przestałam tam chodzić. Znalazłam krawcową na Grochowie. Dobrą, ale nie moją.

Potem był ginekolog. Doktor Wiesław, do którego chodziłam piętnaście lat. Spokojny, cierpliwy, nie spieszył się. Kaśka narzekała na swojego lekarza - kolejki, brak empatii. „Mamo, daj mi namiar na twojego". Dałam. Po pół roku usłyszałam od rejestratorki, że najbliższy wolny termin za trzy miesiące, bo doktor ma mnóstwo nowych pacjentek. Kaśka była zadowolona. „Cudowny człowiek, mamo, dziękuję ci".

Potem moja kosmetyczka. Potem mój dentysta. Potem moja instruktorka jogi w domu kultury - Kaśka przyszła na zajęcia, zaprzyjaźniła się z instruktorką, zaczęły razem chodzić na kawę po lekcjach. Ja na tę kawę nigdy nie byłam zaproszona.

Każdy z tych ludzi mnie lubił. Byłam dobrą klientką, cierpliwą pacjentką, rzetelną uczennicą. Płaciłam na czas, nie marudziłam, przynosiłam ciastka na święta. A Kaśka przychodziła i - nie wiem, jak to inaczej powiedzieć - zabierała to. Nie złośliwie. Nie z premedytacją. Po prostu wchodziła, uśmiechała się swoim szerokim uśmiechem, była młoda, energiczna, zabawna. I ludzie ją wybierali.

Powiedziałam o tym Ryszardowi. Raz. Przy kolacji, miesiąc temu. Odłożył widelec, popatrzył na mnie i powiedział: „Bożena, nie przesadzaj. Córka korzysta z twoich poleconych. To dobrze. Znaczy, że ci ufa".

Ufa mi. Tak. Ufa, że dam jej wszystko, czego potrzebuje, i nie będę narzekać.

Zadzwoniłam do Kaśki w sobotę. Chciałam porozmawiać - nie o fryzjerce, ale tak ogólnie. Jak u niej. Co u Olka. Odebrała po piątym sygnale. „Mamo, nie mogę teraz, jesteśmy u Tomka rodziców na obiedzie. Oddzwonię". Nie oddzwoniła. W niedzielę napisałam SMS-a: „Może wpadniecie na sernik? Upiekłam z rana". Odpowiedziała po dwóch godzinach: „Następnym razem, mamo, Olek ma katar".

Sernik zjadłam z Ryszardem. Połowę wyrzuciłam w poniedziałek, bo się nie dało już zjeść.

We wtorek wieczorem siedziałam na balkonie i słuchałam, jak sąsiadka z dołu rozmawia przez telefon ze swoją córką. Śmiały się. Słyszałam przez otwarte okno urywki: „No co ty, mamo!", „A pamiętasz, jak tata wtedy...?", „Czekaj, opowiem ci coś". Rozmowa trwała chyba czterdzieści minut. Nie podsłuchiwałam specjalnie - po prostu siedziałam na balkonie i nie miałam z kim rozmawiać.

W środę poszłam do pani Eli. Na swój nowy, środowy termin. Pani Ela myła mi włosy i gadała o serialu, który ogląda wieczorami. Potem, przy suszeniu, powiedziała niby od niechcenia: „Pani Bożenko, a Kasia to taka słoneczna osoba. Wie pani, że ona mi przyniosła w zeszłym tygodniu taki krem na ręce? Bo zobaczyła, że mam popękane od tych chemii. Jaka uważna dziewczyna".

Uśmiechnęłam się. Powiedziałam: „Tak, Kaśka jest cudowna".

I to jest prawda. Kaśka jest cudowna. Jest ciepła, otwarta, ludzie ją kochają. Wychowałam ją na taką. Nauczyłam ją, żeby pamiętała o kremie na ręce, o uśmiechu, o drobnym geście. Nauczyłam ją, żeby budowała relacje z ludźmi.

Tylko jakoś nie nauczyłam jej, żeby zbudowała relację ze mną.

Albo - i to jest myśl, która nie daje mi spać od dwóch tygodni - może ona tę relację ma. Taką, jaką chce. Ja dzwonię, ja piekę sernik, ja polecam fryzjerkę. Ona bierze. I to jest cały układ. Może Kaśka wcale nie jest w tym układzie niezadowolona. Może niezadowolona jest tylko ja. I może nie mam prawa być.

Ryszard mówi, że dramatyzuję. Moja siostra Halina, kiedy wspomniałam przez telefon, westchnęła i powiedziała: „Bożena, bądź wdzięczna, że córka w ogóle utrzymuje kontakt. Moja Magda dzwoni raz na miesiąc".

Może mają rację. Może to ja jestem ta trudna matka, która liczy telefony i zapamiętuje, kto siedzi w czyim fotelu u fryzjerki.

A może nie mają racji. Może ten fotel to symbol. I może mam prawo chcieć więcej niż środę, kiedy piątek był mój od dwudziestu lat.

W przyszły piątek znowu pójdę na zakupy. Znowu będę szła obok salonu z siatkami z Biedronki. I znowu zobaczę Kaśkę w lustrze - z mokrymi włosami, z kawą, z tym jej szerokim uśmiechem.

Zastanawiam się, czy kiedyś wejdę do środka. Nie do fryzjerki - w środku tygodnia zdążę. Wejdę i powiem: „Kaśka, muszę z tobą porozmawiać". Nie o fotelu. Nie o kawie. O tym, że jestem jej matką, a nie tylko listą kontaktów do sprawdzonych specjalistów.

Ale może nic nie powiem. Może przejdę dalej z tymi siatkami. Bo co, jeśli powiem - a ona rozłoży ręce, jak pani Ela? Grafik pełny. Przepraszam, mamo. Nie mam na to czasu.

Środa też dzień. Powtarzam to sobie, pakując zakupy do lodówki. Środa też dzień. Tylko że ktoś mi ją wyznaczył, a ja się zgodziłam. Jak zawsze.