O „Dniu Babci" w przedszkolu dowiedziałam się po fakcie - od Zosi: „czemu cię nie było? Wszystkie babcie były". Zaproszenie utknęło u rodziców: „wyleciało z głowy, tyle się dzieje". Pani z przedszkola zaprosiła mnie we wtorek osobno: Zosia wyrecytowała wierszyk tylko dla mnie, z dygnięciem, na środku dywanu. Występ kameralny. Najwyższa ranga.

Zosia miała wtedy cztery lata i trzy miesiące. Stała na środku tego dywanu w granatowej sukience z białym kołnierzykiem, którą sama wybrała rano - bo jak powiedziała pani Agnieszce, „babcia lubi ładne rzeczy". Dygnęła tak, że prawie się przewróciła.

Złapała równowagę, wyprostowała się i zaczęła od nowa. „Babciu, babciu, kochana, jesteś mi bardzo dana". Wierszyk trwał może trzydzieści sekund. Ja płakałam potem dziesięć minut na korytarzu, siedząc na ławeczce pod wieszakami pachnącymi mokrymi kurtkami.

Ale to nie jest historia o wierszyku. To jest historia o tym, jak przestałam być potrzebna swojej rodzinie - i jak czterolatka na dywanie pokazała mi, że się mylę.

Mam na imię Krystyna, chociaż Zosia mówi na mnie „baba Tynia", bo nie potrafi jeszcze wypowiedzieć tego „Kr" na początku. Sześćdziesiąt trzy lata, emerytowana księgowa z firmy budowlanej w Poznaniu, wdowa od pięciu lat. Henryk odszedł nagle - tętniak aorty, nawet nie zdążyłam przyjechać do szpitala. Zostałam w naszym mieszkaniu na Ratajach, trzy pokoje, za duże dla jednej osoby, ale pełne jego rzeczy, których nie umiałam ruszyć.

Mój syn Tomek ożenił się z Patrycją osiem lat temu. Ślub był ładny, w kościele na Wildzie, potem przyjęcie w restauracji nad Wartą. Patrycja pracuje w banku, Tomek prowadzi mały zakład elektroinstalacyjny. Dobrze im idzie.

Kupili dom na obrzeżach miasta, pod Swarzędzem, z ogródkiem i garażem na dwa samochody. Kiedy urodziła się Zosia, myślałam, że będę tam stałym gościem.

Przez pierwszy rok rzeczywiście tak było. Przyjeżdżałam trzy razy w tygodniu, gotowałam rosół, pilnowałam małej, kiedy Patrycja szła do fryzjera albo na zakupy. Potem Patrycja wróciła do pracy i Zosia poszła do żłobka, a ja zostałam z wolnymi dniami, które nagle nie miały kształtu. Dzwoniłam, proponowałam - „może przyjadę w sobotę?", „mogę Zosię odebrać ze żłobka". Tomek mówił: „mamo, damy radę, nie musisz się fatygować".

Nie musisz się fatygować. To zdanie wracało do mnie jak echo w pustym pokoju. Nie musiałam. Nikt nie potrzebował, żebym musiała.

Wizyty zrobiły się rzadsze. Raz w tygodniu, potem co dwa tygodnie. Patrycja pisała SMS-y: „Krystyno, w ten weekend nie damy rady, Tomek ma zlecenie, a ja muszę nadrobić raporty". Zawsze uprzejmie. Zawsze z przeprosinami. Ale między wierszami czytałam coś innego: nie wchodź nam w życie.

Próbowałam o tym rozmawiać z Tomkiem. Raz, po niedzielnym obiedzie u nich, kiedy Patrycja poszła na górę położyć Zosię, powiedziałam cicho: „Synku, mam wrażenie, że wam przeszkadzam".

Tomek podniósł głowę znad telefonu. „Mamo, co ty mówisz. Nie przeszkadzasz. Po prostu mamy teraz dużo na głowie".

„Dużo na głowie" - to była ich tarcza. Praca, dom, kredyt, remont łazienki, Zosia, która nie chciała jeść warzyw, Patrycja, która biegała między bankiem a przedszkolem. Rozumiałam to. Naprawdę rozumiałam. Sama kiedyś byłam młodą matką z pracą na pełen etat i mężem, który wracał o dwudziestej. Wiem, jak to wygląda od środka. Ale wiedziałam też, że moja teściowa Jadwiga zawsze miała klucze do naszego mieszkania i przychodziła, kiedy chciała, i nikt nie mówił jej „nie musisz się fatygować".

W styczniu, tydzień przed Dniem Babci, Tomek zadzwonił z pytaniem, czy mogę w czwartek odebrać Zosię, bo oboje utknęli w pracy. Oczywiście mogłam. Pojechałam autobusem na drugi koniec miasta, odebrałam wnuczkę, zrobiłam jej naleśniki z dżemem truskawkowym, bawiłyśmy się w dom dla lalek, a potem Zosia usiadła mi na kolanach i powiedziała: „Baba Tynia, jutro w przedszkolu babcie przychodzą. Ty też przyjdziesz?"

Zamarłam. „Jakie babcie, kochanie?"

„No, Dzień Babci. Pani Agnieszka powiedziała, że będziemy śpiewać i będą babcie. Przyjdziesz?"

Powiedziałam: „Oczywiście, że przyjdę".

Wieczorem zadzwoniłam do Tomka. „Zosia mówi, że jutro Dzień Babci w przedszkolu. Dostaliście zaproszenie?"

Cisza. Potem: „A, tak, było coś takiego... Mamo, ale to chyba w piątek? Albo w przyszłym tygodniu? Nie pamiętam, muszę sprawdzić. Oddzwonię".

Nie oddzwonił. W piątek Zosia powiedziała mi przez telefon: „Babciu, czemu cię nie było? Wszystkie babcie były".

Miałam wtedy w ręku kubek z herbatą. Postawiłam go na stole tak wolno, jakby był ze szkła. „Kochanie, babcia nie wiedziała, kiedy dokładnie to było. Ale następnym razem na pewno będę".

Kiedy rozłączyłam się, numer Tomka wybrałam natychmiast. Odebrała Patrycja.

„Krystyno, przepraszam, wyleciało nam z głowy. Tyle się teraz dzieje, ten remont, i Tomek miał awarię na budowie..." Głos miała zmęczony, nie złośliwy. Wiedziałam, że nie zrobiła tego specjalnie. Ale to nie zmieniało faktu, że Zosia stała na dywanie w przedszkolu i szukała mnie wzrokiem między babciami, których tam nie brakowało.

Przez weekend nie dzwoniłam. W poniedziałek rano poszłam do przedszkola. Sama. Bez pytania Tomka i Patrycji o zgodę.

Pani Agnieszka - młoda, ciepła, z warkoczem przerzuconym przez ramię - wysłuchała mnie w swoim gabinecie wielkości szafy. Pokiwała głową. „Pani Krystyno, Zosia bardzo przeżyła, że pani nie było. Cały dzień powtarzała, że babcia pewnie jest chora. Wie pani co? Zaproszę panią we wtorek po południu, kiedy dzieci będą miały zajęcia swobodne. Zosia wyrecytuje pani ten wierszyk. Tylko dla pani".

We wtorek siedziałam na malutkim krzesełku, tym dla czterolatków, z kolanami pod brodą. Zosia stanęła na środku dywanu w tej swojej granatowej sukience. Dygnęła. Prawie się przewróciła. Wyprostowała się. I zaczęła.

Wierszyk trwał trzydzieści sekund. Pani Agnieszka stała z boku i cicho ocierała oczy. Ja nie płakałam - jeszcze. To przyszło potem, na korytarzu, przy wieszakach.

Kiedy odprowadzałam Zosię do sali, pochyliła się do mojego ucha i szepnęła: „Baba Tynia, to był najlepszy występ, bo tylko dla ciebie".

Wieczorem zadzwonił Tomek. „Mamo, Patrycja mówi, że byłaś w przedszkolu? Mogłaś nam powiedzieć, umówilibyśmy się..."

Odpowiedziałam spokojnie: „Nie musiałam was pytać, Tomku. Zosia mnie zaprosiła".

Cisza po drugiej stronie trwała pięć sekund. Potem Tomek powiedział: „Mamo..." i urwał. Wiedziałam, że chciał powiedzieć „nie musisz się fatygować". Ale nie powiedział.

Od tamtego wtorku minęły trzy miesiące. Chodzę do przedszkola na każdą uroczystość - dostaję zaproszenia bezpośrednio od pani Agnieszki, SMS-em na mój numer. Patrycja o tym wie. Nie komentuje. Tomek czasem mówi: „fajnie, mamo, że byłaś". Nie wiem, czy naprawdę tak myśli, czy tylko nie chce kłótni.

Nie wiem też, czy powinnam była pójść do tego przedszkola za ich plecami. Może to było przekroczenie jakiejś granicy. Może Patrycja czuje, że ją obeszłam. Może Tomek myśli, że robię z siebie ofiarę. A może po prostu dałam się ponieść temu, co zobaczyłam w oczach Zosi, kiedy szukała mnie w tłumie babć i nie znalazła.

Wiem jedno: następnym razem, kiedy Zosia stanie na dywanie, będę na widowni. Nawet jeśli krzesło będzie za małe, kolana pod brodą, a zaproszenie znowu gdzieś utknie.

Bo są występy, na które czeka tylko jedna osoba na widowni. I właśnie dlatego nie wolno tego krzesła zostawić pustego.