W środy czytam na głos w hospicjum - pan Henryk wybrał Sienkiewicza. Dzieci kręcą nosem, że „to przygnębiające, mamo, znajdź coś weselszego". W piątek pan Henryk powiedział, że czytam, „jakbym wierzyła, że zdąży do końca tomu". Zdążył - zaczynamy „Potop".

Kiedy to usłyszałam, coś mnie złapało za gardło. Nie płacz. Coś innego - jakby ktoś nagle przekręcił klucz w zamku, który był zardzewiały od lat. Siedziałam wtedy przy jego łóżku z tomem „Ogniem i mieczem" na kolanach, a pan Henryk patrzył na mnie znad okularów, które i tak mu zsuwały się na czubek nosa, i uśmiechał się. Lekko, prawie niedostrzegalnie. Jakby mówił: nie przepraszaj, to komplement.

Mam na imię Bożena. Sześćdziesiąt dwa lata, emerytowana nauczycielka polskiego z liceum na Bielanach. Trzydzieści cztery lata przed tablicą, tysiące wypracowań o Sienkiewiczu sprawdzonych czerwonym długopisem. A potem - cisza. Emerytura przyszła jak ktoś, kto wchodzi do pokoju i gasi światło, nie pytając, czy jeszcze czytasz.

Do hospicjum trafiłam przez ogłoszenie na tablicy w parafii. „Poszukujemy wolontariuszy do towarzyszenia pacjentom." Pomyślałam - mogę czytać. Umiem czytać na głos, robiłam to przez całe życie. Mąż, Andrzej, powiedział: „Rób, co chcesz, byle nie w domu, bo mi odkurzacz przeszkadza przy meczu". To był żart. Chyba.

Pana Henryka poznałam w marcu. Były kolejarz, siedemdziesiąt osiem lat, rak płuc. Leżał pod kraciastym kocem i czytał gazetę przez lupę. Kiedy koordynatorka zapytała, czy chce, żeby ktoś mu czytał, spojrzał na mnie i powiedział: „Pani jest nauczycielką, prawda? Widać po tym, jak pani stoi. Nauczycielki zawsze stoją, jakby zaraz miały wywołać kogoś do tablicy".

Rozśmieszyło mnie to. Dawno się tak nie śmiałam. Nie z grzeczności, nie z przyzwyczajenia, ale tak naprawdę - szczerze, z zaskoczenia. Pan Henryk wybrał Sienkiewicza. „Trylogię", od początku. Powiedział, że czytał ją w technikum kolejowym i zapamiętał tylko to, że Kmicic podpalał wszystko, co się dało, i że Oleńka była uparta jak jego żona. Żona pana Henryka, Janina, zmarła cztery lata temu.

Czytałam mu co środę, od drugiej do czwartej. Czasem zasypiał. Czasem przerywał mi i opowiadał o swoich trasach - Wrocław-Katowice, Poznań-Szczecin, nocne pociągi, w których konduktorzy grali w karty na zapleczu. Czasem milczał tak długo, że sprawdzałam, czy oddycha. Oddychał. Myślał.

Moje dzieci - Magda i Tomek - nie rozumiały. Magda, czterdzieści lat, księgowa w korporacji, matka dwójki, wieczny brak czasu. Dzwoniła w soboty, zawsze między zakupami a odwożeniem Kuby na piłkę. „Mamo, po co ci to? To musi być strasznie przygnębiające. Znajdź sobie coś weselszego. Chór. Aqua aerobik. Cokolwiek."

Tomek był bardziej bezpośredni. Trzydzieści siedem lat, informatyk, mieszka w Krakowie z dziewczyną, której imienia nie jestem pewna, bo się zmieniają. „Mamo, nie czujesz się dziwnie, siedząc przy umierającym obcym człowieku? Tata mówi, że to niezdrowe."

Andrzej faktycznie tak powiedział. Nie wprost, nigdy wprost. Przy kolacji, krojąc chleb, rzucił: „Renata z dołu mówi, że wolontariat w hospicjum to dla ludzi, którzy nie potrafią poradzić sobie z własnymi problemami. Taka sublimacja czy coś". Odłożyłam widelec. „Andrzej, Renata z dołu wierzy też, że ficus przynosi pecha. Może nie bierzmy od niej porad życiowych."

Nie odpowiedział. Włączył telewizor.

Problem nie polegał na tym, że moje dzieci się martwią. Problem polegał na tym, że im nie o mnie chodziło. Magda bała się, że zacznę mówić o śmierci przy Wigilii. Tomek bał się, że będę „dziwna" przy jego nowej dziewczynie. Andrzej - że zapytam, dlaczego od piętnastu lat nie potrafimy porozmawiać o czymkolwiek ważniejszym niż rachunki za gaz.

Pan Henryk nie bał się niczego z tych rzeczy. Pan Henryk pytał, czy Wołodyjowski naprawdę był taki mały, jak Sienkiewicz pisze, i czy myślę, że Zagłoba kłamał o tej historii z beczką. Dyskutowaliśmy o literaturze jak na seminarium, tyle że on leżał pod kroplówką, a ja siedziałam na plastikowym krześle z książką na kolanach. I było mi dobrze. Tak dobrze, że zaczęłam się tego wstydzić.

Bo jak to - dobrze? W hospicjum? Przy umierającym człowieku?

Powiedziałam to kiedyś pielęgniarce Dorocie. Pokiwała głową. „Pani Bożeno, połowa wolontariuszy odchodzi po miesiącu, bo nie umie sobie z tym poradzić. Ale ci, którzy zostają - zostają właśnie dlatego, że czują to, co pani. Że jest tu jakaś prawda, której na zewnątrz brakuje."

Prawda. Dobre słowo. Bo na zewnątrz - na osiedlu, w domu, przy niedzielnych obiadach z rodziną - panował rodzaj zmowy milczenia. Nie mówiliśmy o niczym prawdziwym. Nie pytaliśmy, jak się naprawdę czujemy. Magda opowiadała o cenach masła. Tomek wysyłał memy na rodzinny czat. Andrzej milczał przy telewizorze. A ja kiwałam głową i podawała sernik.

Trzy tygodnie temu był kryzys. Pan Henryk miał gorszy dzień - ból, duszność, leki nie działały od razu. Przyszłam, a on leżał z zamkniętymi oczami. Myślałam, że nie będziemy czytać. Ale po chwili otworzył oczy i powiedział: „Pani Bożeno, niech pani czyta. Kmicic właśnie jedzie do Częstochowy. Nie mogę tego przegapić."

Czytałam. Głos mi się trząsł, ale czytałam. Po dwudziestu minutach zasnął. Siedziałam przy nim jeszcze godzinę, trzymając zamkniętą książkę. Kiedy wróciłam do domu, Andrzej powiedział, że dzwoniła Magda. „Pyta, czy przyjedziesz na komunię Zuzi. I żebyś nie opowiadała przy stole o tym twoim hospicjum, bo teściowa się denerwuje."

Stanęłam w przedpokoju z kurtką w ręku. Trzydzieści osiem lat małżeństwa. Dwoje dorosłych dzieci. Pięcioro wnuków. Dom na osiedlu przy Kasprowicza, meblościanka w salonie, kryształowy wazon od teściowej, który stoi na półce od 1993 roku i nikt go nigdy nie napełnił kwiatami. I nikt - nikt - nie pyta mnie, co czuję, kiedy wychodzę z pokoju człowieka, który umiera.

Tylko pan Henryk pyta. Jak się czuję. Czy dobrze spałam. Czy lubiłam uczyć. Czy byłam szczęśliwa.

W piątek skończyliśmy „Ogniem i mieczem". Ostatnią scenę czytałam bardzo powoli, bo wiedziałam, że pan Henryk smakuje każde zdanie. Kiedy zamknęłam książkę, milczał przez chwilę. Potem powiedział to - że czytam, jakbym wierzyła, że zdąży do końca tomu. „I miała pani rację" - dodał. - „Zdążyłem. To co, zaczynamy «Potop»?"

„Zaczynamy" - powiedziałam.

Wracając do domu, zadzwoniłam do Magdy. Powiedziałam, że przyjadę na komunię Zuzi. I że przy stole będę opowiadać o czym chcę. Bo mam sześćdziesiąt dwa lata i trzymanie się za język w imię czyjejś wygody to coś, na co nie mam już czasu. Magda milczała. Potem powiedziała: „Mamo, ty się zmieniłaś".

Może tak. A może po prostu wróciłam do siebie.

W przyszłą środę czytam panu Henrykowi pierwszy rozdział „Potopu". Nie wiem, ile jeszcze środów nam zostało. Ale wiem, że chcę czytać tak, jakby zdążył do końca. Bo to jedyna uczciwa odpowiedź, jaką znam - wobec niego i wobec siebie.

Kryształowy wazon stoi na półce od trzydziestu lat. W sobotę kupiłam tulipany.