Z Basią dzwoniłyśmy do siebie w każdą środę o siedemnastej - od czasów internatu. W marcu Basia odeszła. W środy o siedemnastej i tak siadam przy telefonie. Tydzień temu o tej porze zadzwoniła jej córka: „mama prosiła, żebym sprawdzała, czy pani nie siedzi sama".
Odebrałam po pierwszym sygnale. Jak zawsze o tej porze. Palce mi się zacisnęły na słuchawce tak mocno, że aż zbielały knykcie, bo przez jedną szaloną sekundę pomyślałam, że to Basia. Że to jakiś kosmiczny błąd, że marzec się cofnął, że ona po prostu dzwoni jak co środę i powie swoim ciepłym, lekko zachrypniętym głosem: „No co tam, Grażynka, żyjesz jeszcze?".
Ale to nie była Basia. To była Ania, jej córka. I te słowa - „mama prosiła, żebym sprawdzała, czy pani nie siedzi sama" - uderzyły mnie mocniej niż telefon z hospicjum trzy miesiące wcześniej.
Poznałyśmy się z Basią w internacie w Kaliszu. Wrzesień siedemdziesiątego szóstego roku. Miałyśmy po szesnaście lat, za dużo pryszczy i za mało pieniędzy na stolówkę. Basia Nowak - drobna, ciemnowłosa, z jednym przekrzywionym zębem, który odsłaniała, kiedy się śmiała, a śmiała się praktycznie bez przerwy. Ja - Grażyna Mazur, córka kolejarza z Turku, wyższa od połowy chłopaków w szkole, z warkoczykiem tak cienkim, że koleżanki mówily „szczurzy ogonek". Basia jako jedyna nigdy tego nie powiedziała.
Pierwsze lata dzwoniłyśmy z budek telefonicznych. Potem z aparatów stacjonarnych - ja z korytarza w bloku na poznańskim Ratajach, Basia z kuchni swojego domu pod Wrocławiem. Na końcu z komórek, ale i tak w środy o siedemnastej. Czterdzieści siedem lat. Nie przerwałyśmy serii ani razu. Nawet kiedy mąż Basi, Ryszard, miał wypadek na budowie i leżał w szpitalu przez sześć tygodni. Nawet kiedy ja rodziłam Kasię - tyle że wtedy Basia zadzwoniła na porodówkę i pielęgniarka przystawiła mi słuchawkę do ucha między skurczami.
Ludzie nie rozumieli tej naszej środy. Mój mąż Wojciech - dobry człowiek, spokojny, elektryk z trzydziestoletnim stażem w energetyce - kręcił głową i mówił: „Grażyna, o czym wy możecie gadać tyle lat?". A my gadałyśmy o wszystkim. O dzieciach, o mężach, o bólu kręgosłupa, o sąsiadce, która znowu powiesiła pranie na naszej lince, o sernikach, o teściowych, o lękach, o których nie mówi się nikomu. Basia wiedziała o mnie rzeczy, których nie wiedział Wojciech. I odwrotnie - ja wiedziałam o niej więcej niż Ryszard.
Kiedy w listopadzie Basia powiedziała mi, że ma raka trzustki, przez minutę żadna z nas się nie odezwała. Minuta ciszy przez telefon. Potem Basia powiedziała: „No dobra, Grażynka, to ile ja mam czasu na te środy?". I roześmiała się tym swoim śmiechem z przekrzywionym zębem, który widziałam, nawet kiedy go nie widziałam.
Lekarze mówili o miesiącach. Basia dostała cztery. Przez te cztery miesiące rozmawiałyśmy w każdą środę. Ostatni raz - dwudziestego ósmego lutego. Basia mówiła wolno, cicho, z przerwami. Oddech jej się rwał. Ale zadzwoniła punktualnie.
„Grażynka" - powiedziała - „obiecaj mi jedną rzecz".
„Wszystko" - odpowiedziałam, ściskając telefon obiema rękami, siedząc na tej samej taborecce w kuchni, na której siadam od dwudziestu lat.
„Nie siedź sama. Proszę cię. Nie siedź sama".
Obiecałam. Oczywiście, że obiecałam. A potem Basia odeszła szóstego marca, w czwartek, dzień po środzie. Jakby poczekała na nasz ostatni telefon.
Przez pierwszy miesiąc w środy o siedemnastej po prostu siadałam przy kuchennym stole z telefonem i płakałam. Wojciech przynosił mi herbatę, siadał naprzeciwko, milczał. Nie pytał. Wiedział, że nie o niego tu chodzi, i nie obrażał się. Dobry człowiek, mój Wojciech.
Kasia, nasza córka, dzwoniła z Warszawy: „Mamo, może do psychologa?". Syn Tomek z Gdańska pisał SMS-y: „Trzymaj się, mamo". Trzymałam się. A raczej - trzymałam się tego telefonu, tego stołu, tej siedemnastej, bo to było jedyne, co mi zostało z naszego rytuału.
I wtedy, tydzień temu, zadzwoniła Ania.
Nie rozmawiałyśmy wcześniej wiele. Widziałam ją na pogrzebie Basi - szczupła trzydziestoparolatka o ciemnych oczach matki, zapłakana, ale opanowana. Podała mi rękę, powiedziała „dziękuję, że pani była". Nic więcej.
A teraz dzwoniła w środę o siedemnastej i powtarzała słowa, które Basia musiała jej powiedzieć przed śmiercią. „Mama prosiła, żebym sprawdzała, czy pani nie siedzi sama".
Nie mogłam nic powiedzieć. W gardle miałam kamień. Albo piłkę tenisową. Albo czterdzieści siedem lat środowych rozmów ściśniętych w jedną grudkę.
„Proszę pani" - ciągnęła Ania - „ja wiem, że to dziwne. Ja panią prawie nie znam. Ale mama... mama zostawiła mi taką listę. Co robić po jej śmierci. Kogo powiadomić, gdzie leżą dokumenty, komu oddać ubrania. I na końcu było: Grażyna, środy, siedemnasta, nie może siedzieć sama. Podkreślone".
Podkreślone. Typowa Basia. Nawet umierając, robiła listy i podkreślała najważniejsze punkty grubym flamastrem, tak jak kiedyś podkreślała daty egzaminów w internacie.
„Aniu" - powiedziałam w końcu - „a ty? Ty nie siedzisz sama?"
Przez chwilę milczała. Usłyszałam, jak przełyka. Potem bardzo cicho: „Czasem siedzę".
Nie wiem, co mnie podkusiło. Może to, że w głosie Ani usłyszałam coś, co znałam aż za dobrze - ten ton kogoś, kto mówi „dam radę" i jednocześnie ledwo stoi. Może to, że Basia by tego chciała. A może to zwykły, ludzki odruch - ktoś wyciąga rękę, więc ją chwytasz, nawet jeśli nie wiesz, czy to twoja ręka ma ratować, czy być ratowana.
„To może w przyszłą środę o siedemnastej?" - zapytałam.
Ania zadzwoniła. I tę środę też. Rozmawiałyśmy piętnaście minut. O niczym wielkim. O tym, że w jej ogrodzie pod Wrocławiem przekwitły już narcyzy. O tym, że moja wnuczka idzie do komunii. O tym, że Ania znalazła w szafie matki notatnik z przepisami i nie potrafi odczytać jednego składnika w przepisie na piernik. „Mama miała taki charakter pisma, że same hieroglify" - powiedziała, i obie się roześmiałyśmy, a potem obie na chwilę umilkłyśmy, bo ten śmiech bolał.
Wojciech zapytał wieczorem: „Kto dzwonił?".
„Córka Basi" - odpowiedziałam.
Pokiwał głową. Nic nie powiedział. Postawił przede mną herbatę z cytryną, usiadł naprzeciwko. Ale widziałam, że ma pytanie w oczach. Takie pytanie, którego nie zadał, bo jest za dobrze wychowany. Pytanie w stylu: „Czy to ma sens? Rozmawiać z obcą dziewczyną, bo jej matka tak poleciła?"
A ja sama nie wiem. Ania nie jest Basią. Nie zna moich historii, nie pamięta internatu, nie wie, jak smakowała woda z kranu w kaliskim bloku o trzeciej w nocy po potańcówce. Nie powie „Grażynka" tym swoim głosem. Nikt już tak nie powie.
Ale w zeszłą środę, kiedy się rozłączyłyśmy, po raz pierwszy od marca nie płakałam o siedemnastej trzydzieści. Siedziałam w kuchni, piłam herbatę i myślałam o tym, że Basia nawet po śmierci potrafiła zorganizować mi życie. Lista, flamaster, podkreślenie. Grażyna - nie może siedzieć sama.
Jutro jest środa. Telefon leży na stole od rana. Nie wiem, czy Ania zadzwoni. Nie wiem, czy powinnam dzwonić ja. Nie wiem nawet, czy robimy to dla siebie, czy dla Basi - żeby nie zawieść kobiety, która już nie sprawdzi, czy dotrzymałyśmy słowa. Ale o siedemnastej usiądę przy stole.
Bo obiecałam.