Na „rodzinne obiady bez okazji" zapraszają mnie raz na kwartał. Nauczyłam się czytać z menu: schabowy - będzie o pieniądzach, ryba - coś do podpisania. W niedzielę podali kaczkę. Kaczki jeszcze nie znałam: wyszło, że „jest taki fajny dom seniora, mamo". Zjadłam do końca. Odmówiłam przy kompocie.

Kaczkę przyrządził Tomek, mój zięć. Trzeba mu oddać - gotuje pięknie. Skórkę przypiekł na chrupko, podał z modrą kapustą i kluskami śląskimi, choć nikt u nas ze Śląska nie jest. Jeszcze otworzył wino, które „akurat miał w piwnicy". Akurat. Nic u nich nie jest akurat.

Elżbieta, moja córka, nakryła do stołu serwetkami w kolorze bordo. Serwetki w kolorze bordo, proszę ja was. Na codzień mają papierowe, z Biedronki. Jak widzę bordo, wiem, że będzie poważnie. Siadłam i czekałam.

Mam na imię Halina, skończyłam siedemdziesiąt dwa lata w styczniu. Mieszkam sama na Bielanach, w bloku, w którym mieszkam od trzydziestu ośmiu lat. Trzecie piętro, winda działa co drugi tydzień. Kolana bolą, ale nogi noszą. Gotuję sobie, sprzątam, co piątek jadę tramwajem do biblioteki na Żoliborzu, bo mają lepszy wybór kryminałów. Czasem boli mnie biodro, czasem zapominam, gdzie położyłam okulary. Ale kto nie zapomina?

Elżbieta mieszka z Tomkiem i dwójką dzieci w nowym bloku na Białołęce. Drugie dziecko, Kuba - syn Elżbiety, mój wnuk - ma dwanaście lat. Starsza, Natalia, skończyła osiemnaście i właśnie poszła na studia. Elżbieta pracuje w księgowości. Tomek jest elektrykiem, dorabia na zleceniach, dobrze zarabia, choć ciągle narzeka. Mam też syna, Grzegorza, ale Grzegorz jest w Irlandii od piętnastu lat. Dzwoni w święta, czasem w urodziny. Nie wracajmy do Grzegorza.

Obiad zaczął się normalnie. Tomek opowiadał o remoncie łazienki u jakiegoś klienta. Elżbieta pytała, czy dobrze się czuję, czy brałam leki na ciśnienie, czy pan z administracji naprawił mi klamkę. Odpowiadałam, że tak, tak, tak. Trzy razy tak i czekałam na prawdziwy temat.

Kaczka była naprawdę dobra. Jadłam powoli, bo zęby już nie te co kiedyś, ale smakowała. Kapustę Tomek doprawił imbirem. Nowoczesna kuchnia, jak to on. Kuba jadł przy swoim biurku w pokoju, bo „ma sprawdzian z matmy". Natalia w ogóle nie było, akademik. Przy stole siedzieliśmy we trójkę.

Elżbieta odchrząknęła przy drugiej porcji.

- Mamo, my się z Tomkiem ostatnio dużo zastanawialiśmy…

Tomek wpatrywał się w talerz. Kiedy Elżbieta zaczyna od „my się z Tomkiem", to znaczy, że to jej pomysł, a on został wciągnięty.

- …bo wiesz, to trzecie piętro, i ta winda, i ty tam sama. Kuba mógłby mieć większy pokój, a my…


- Elka - powiedziałam spokojnie - mów wprost.

Cisza. Tomek nalał sobie wina. Elżbieta odłożyła widelec.

- Jest taki fajny dom seniora, mamo. W Piasecznie. Nowy, czyściutki, ogród, opieka całodobowa. Rozmawiałam z panią dyrektor, widziałam zdjęcia…

- Byłaś tam? - zapytałam.

- Byłam. Dwa razy.

Dwa razy. A mnie nie powiedziała ani słowa. Dwa razy jechała do Piaseczna oglądać pokój dla swojej matki, a przy niedzielnym telefonie pytała, czy mam dość herbaty w domu.

- Mamo, to nie jest tak, jak myślisz. To nie jest jakiś… - zawahała się. - To nie jest żaden przytułek. Tam są zajęcia, wycieczki, ludzie w twoim wieku. Byłoby ci weselej.

Weselej. Bo ja jestem taka smutna, tak? Bo siedzę sama i płaczę? Nie siedzę i nie płaczę. Czytam kryminały, podlewam fiołki, w sobotę rozmawiam z Ireną z czwartego piętra, a we wtorek przychodzi Zosia, sąsiadka, na kawę. Mam swoje życie. Małe, ale moje.

Tomek wreszcie się odezwał.

- Pani Halino, my nie chcemy pani skrzywdzić. Ale to mieszkanie… trzy pokoje, blisko metra. Kuba rośnie, Natalia wraca na wakacje. Moglibyśmy je… przygotować.

Przygotować. Czyli przejąć, wyremontować, zamieszkać albo wynająć. Trzy pokoje blisko metra, to teraz kosztuje. Wiem, ile kosztuje. Czytam ogłoszenia w internecie, bo nauczyłam się go obsługiwać sama, bez niczyjej pomocy.

Zjadłam kaczkę do ostatniego kęsa. Wytarłam usta serwetką - bordową, elegancką. Elżbieta przyniosła kompot z jabłek, ten z cynamonem, jak robiła moja mama. Może dlatego go przyniosła. Żebym zmiękła.

- Nie - powiedziałam, biorąc szklankę.

- Mamo…

- Nie, Elka. Nie przeprowadzam się do żadnego domu seniora.

- Ale pomyśl chociaż…

- Pomyślałam. Między kaczką a kompotem miałam wystarczająco dużo czasu.

Elżbieta miała łzy w oczach. Nie wiem, czy ze złości, czy z bezradności, czy naprawdę z troski. Może ze wszystkiego naraz. Tomek wstał od stołu i zaczął zbierać talerze. Znam ten ruch - wycofanie. Niech kobiety same się dogadają.

Wróciłam do domu tramwajem. Siedziałam przy oknie i patrzyłam na Bielany, na te bloki, które znam na pamięć, na lipę pod moim oknem, która za miesiąc zakwitnie. Weszłam na trzecie piętro, bo winda znowu nie działała. Kolana bolały, ale nogi niosły.

Otworzyłam drzwi i stanęłam w przedpokoju. Cicho. Fiołki na parapecie, zegar na ścianie, szydełkowa serwetka na komodzie - ta, którą robiła jeszcze moja teściowa. Trzy pokoje. Za duże na jedną osobę, mówi Elżbieta. W sam raz, mówię ja.

Ale wieczorem, kiedy siedziałam w fotelu z kryminałem na kolanach, a cisza gęstniała jak ta kapusta z imbirem, pomyślałam o czymś innym. Nie o domu seniora. O Elżbiecie. O jej dwóch wizytach w Piasecznie, o folderze, który pewnie ma w torebce. O tym, że od trzech lat na obiadach sadzają mnie na wygodniejszym krześle, nie na taborecie jak kiedyś. O tym, że Tomek teraz zawsze staje przy drzwiach, kiedy wychodzę - jakby sprawdzał, czy nie upadnę na schodach.

Może widzą coś, czego ja nie widzę. Albo nie chcę widzieć.

Zadzwoniłam do Ireny, sąsiadki z czwartego piętra.

- Irena, powiedz mi szczerze - zaczęłam. - Ja się starzeję?

Irena się roześmiała. - Haluś, my się wszyscy starzejemy. Pytanie, co z tym robisz.

Co z tym robię. Czytam, gotuję, żyję. Odmówiłam przy kompocie i nie żałuję. Ale folder z Piaseczna, ten, którego nie widziałam - może powinnam poprosić, żeby mi go pokazała. Nie dlatego, że się zgodzę. Tylko żeby wiedzieć, ile kosztuje moje trzecie piętro blisko metra.

I czy Elżbieta naprawdę jechała tam dla mnie - czy dla tych trzech pokoi.